Złodziejka

Złodziejka

Książka nominowana w kategorii literackiej konkursu Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY i mam nadzieję, że na tym się nie skończy !!!

„Złodziejka” to książka z rodzaju tych, które równocześnie bardzo lubię i… nie lubię 😉
Lubię jako czytelniczka, bo po prostu świetnie się ją czyta. Jest ciekawa, dobrze napisana, ma dobrze wymyślonych bohaterów i nieszablonową akcję.

Nie lubię jako recenzentka, gdyż bardzo trudno jest napisać o niej tak, żeby kolejnym potencjalnym czytelnikom nie zdradzić zbyt wiele i nie odebrać przyjemności z lektury. Dlatego nie napiszę, kim jest tytułowa złodziejka i co takiego ukradła, natomiast postaram się wyjaśnić, co moim zdaniem powoduje, że warto po nią sięgnąć (oprócz tego, co napisałam powyżej).

Podobają mi się bohaterowie tej książki – ósmoklasiści, a więc ludzie w taki wieku przejściowym, już nie dzieci, jeszcze nie dorośli, ale stojący przed pierwszą tak dużą zmianą w ich życiu. Mamy w „Złodziejce” dwójkę narratorów – Marikę i Tymona (choć początkowo nie zdają sobie sprawy z tego, że opowiadają nam tę samą historię) oraz kilkoro bohaterów drugiego planu. Wszyscy oni są jacyś – wyraziści, z charakterem i własnymi historiami. Czasem, kiedy czytam powieść z większą liczbą bohaterów, bywa że początkowo trudno jest mi ich zapamiętać i odróżnić. Tutaj od początku nie miałam z tym problemu.

Łączy ich szkoła i okołoszkolne życie towarzyskie, ale wszyscy (mniej lub bardziej) umieszczeni są także w swoim domowym kontekście. Nic dziwnego – to jeszcze taki wiek, kiedy dom, jaki by nie był, jest ważnym punktem odniesienia i oparcia (lub jego braku). Jest tym miejscem, z którego wyrusza się w samodzielność.

W tych ich rodzinnych relacjach szczególnie urzekła mnie braterska więź Tymona z Czesiem, bo nie zdarza się często przy takiej różnicy wieku. Skojarzyli mi się z Borysem i Szczepciem, którzy byli bohaterami jednej z „Kilku niedużych historii” Katarzyny Wasilkowskiej, która w dodatku także dzieje się nad morzem.

Bardzo ucieszyła mnie w tej historii postać Miłki. We współczesnej literaturze młodzieżowej (i nie tylko) nader rzadko pojawiają się bohaterowie, którzy deklarują się jako osoby wierzące i nie są przedstawieni w sposób karykaturalny. Miłka jest normalną sympatyczną nastolatką, dla której wiara i wynikający z niej system wartości są czymś naturalnym. Nie narzuca się i nie usiłuje nikogo nawracać, ale zapytana potrafi bardzo klarownie i szczerze wyjaśnić to, jak myśli. Jej dwie rozmowy z Mariką to bardzo mocne punkty tej historii.

Podoba mi się też, jak dojrzale tytułowa bohaterka rozwiązała problem swojej kradzieży. Dojrzale, choć niełatwo dla siebie. Na tym właśnie polega dorosłość – że zamiast wybrać to, co łatwiejsze i przyjemniejsze, trzeba czasem stanąć w prawdzie. Bez gwarancji, że wszystko skończy się tak, jak byśmy chcieli.

Na ostatniej okładce możemy przeczytać: „Złodziejka” to historia o presji, przyjaźni, pierwszych uczuciach i wyborach, które bolą, i o tym, jak łatwo przekroczyć granicę… i jak trudno się potem cofnąć.

Choć nie jestem fanką filmów Tarantino, które odkrywają dla siebie jej bohaterowie, ani tym bardziej muzyki, której słuchają, to muszę powiedzieć, że „Złodziejka” to jedna z najlepszych powieści dla młodzieży, jaką w ostatnich latach zdarzyło mi się czytać !!!

Katarzyna Wasilkowska „Złodziejka” (seria: Plus minus 16), wyd.: Literatura, Łódź 2025

Czarodziej osobisty

Czarodziej osobisty

Są obok nas magiczne światy. Tam intensywniej pachną kwiaty. Tam dzień jest nocą, noc jest dniem, sen bywa jawą, jawa snem. Tam wszystko zwiewne jest i lśniące, ulotne, kruche, czarujące…

„Czarodziej osobisty” to książka, która jest jak brama do tych światów. Wystarczy tylko ją otworzyć i już znajdujemy się tam, gdzie można spotkać księżniczki, czarodziejów i wróżki, że o smokach nie wspomnę. Tam wszystko jest możliwe, a najbardziej to, że dobre uczucia są wszechmocne.


Twórczość Doroty Gellner towarzyszy mi od czasów, kiedy moje córki były małe, a więc (nie zaglądając im w metryki 😉 ) od dość dawna. Myślałam, że doskonale wiem, czego się mogę po jej książkach spodziewać, ale „Czarodziej osobisty” okazał się dla mnie zaskoczeniem. W porównaniu z wcześniejszymi publikacjami Autorki, mniej jest tutaj absurdalnego humoru, który bardzo lubiłyśmy, a więcej zadumy nad upływającym czasem i nad tym, co jest w życiu najważniejsze, bez czego nie możemy się obejść.

Tę atmosferę znakomicie budują ilustracje Piotra Fąfrowicza, które towarzyszą mi równie długo i nieodmiennie zachwycają.

To książka o przyjaźni, miłości, czułości, nadziei, wdzięczności, cierpliwości i uzdrawiającej mocy słów. O sile marzeń i wyobraźni. (…) Ale też o smutku, żalu, tęsknocie i rozczarowaniu, samotności i rozpaczy. O niewidzialnej granicy między jawą i snem, życiem i baśnią – możemy przeczytać na jej okładce.

Kiedy czytam zawarte w niej wiersze i baśnie, dzieje się ze mną coś dziwnego. Mam poczucie, że zapadam się w jakąś inną rzeczywistość, a świat codzienny – pełen złości, kłótni i okrutnych słów rzucanych ot tak sobie, bo internet wszystko pomieści – dokądś odpływa, oddala się i wcale nie mam ochoty do niego wracać.

Nieważne, ile macie lat – spróbujcie się tam udać !!!

Wystarczy tylko znaleźć wejście: sekretną furtkę, tajne przejście, nacisnąć nagle coś niechcący i wniknąć w świat zdumiewający, pełen cudownych niezwykłości. I świat ten chętnie nas ugości – przez chwilę lub przez okamgnienie – swoje ujawni nam istnienie.

Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki !!!

Dorota Gellner „Czarodziej osobisty”, ilustr.: Piotr Fąfrowicz, wyd.: Bajka, Warszawa 2025

Zawieruszek. Baśń skandynawska

Zawieruszek. Baśń skandynawska

Trafiłam na tę książkę właściwie przypadkiem, ale urzekła mnie, jeszcze zanim ją otworzyłam. Najpierw chyba zachwycił mnie jej tytuł –chapau bas dla tłumaczki za to urocze słowo !!! Również okładkowa ilustracja, tak bardzo korespondująca z tym, co nas aktualnie otacza, była zachętą, żeby po nią sięgnąć. A potem…

… niezwykle plastyczny opis miejsca, gdzie się to wszystko dzieje – okolicy czyli klifu nad szumiącym morzem, Szumidrogi, która tam prowadziła i małego domku, w którym mieszkali bohaterowie.

Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie skały porośniętej mchem. Na drugi wyglądał jak ogromne powalone drzewo, które uschło i zbutwiało. Dopiero za trzecim razem i po kilku krokach okazywało się, że to faktycznie dom. (…)

Domek miał troje mieszkańców. Dwoje z nich upodobniło się do domstwa; pomarszczone twarze staruszków były poprzecinane głębokimi bruzdami – koleinami życie, które oplatały ich ciała niczym bluszcz. Przy chodzeniu, schylaniu się lub wstawaniu sędziwe kości trzeszczały prawie tak samo jak zżarte przez korniki belki, gdy wzburzone morze nie tylko szumiało, lecz także wyło i kipiało.

Byli to stary Per i jego żona Tove. W domku na szczycie klifu mieszkali od zawsze i razem z nim się zestarzeli.(…) Trzeci mieszkaniec domu nazywał się Vilmar. Miał mniej więcej siedem lat, czego z różnych powodów nie było po nim widać…

Motyw samotnych (często starych) ludzi (dwojga lub czasem jednego) przygarniających dziecko, które pojawia się nie wiadomo skąd, jest dosyć częsty w baśniach. Znam ich kilka, z różnych stron świata, ta nie jest pierwsza. Chodzi w nich o bezwarunkową miłość, która potrafi wypełnić pustkę wcześniejszego życia oraz o akceptację dla odmienności istoty, którą się pokochało. A także o zrozumienie, że prawdziwa miłość polega również na tym, aby pozwolić odejść kochanej osobie.

To wszystko jest w tej baśni, ale jednak pozostawiła mnie ona z uczuciem pewnego niedosytu. Czegoś mi w niej zabrakło – jakby zakończenie się autorowi rozmyło. Nie było tak interesujące i wyraziste jak początek tej opowieści. Chciałoby się, żeby nieco szerzej została opowiedziana historia Hendrika, myślę, że wiele by ona wyjaśniła.

Na szczęście niczego nie brakuje ilustracjom Emilii Dziubak, które znakomicie oddają nastrój tej historii.

„Zawieruszek” to książka, która pasuje do zimowych wieczorów, szczególnie takich mroźnych jak teraz. Ogień w kominku, gorąca herbata i wspólne czytanie – nic więcej nie jest mi do szczęścia potrzebne.

Kai Lüftner (tekst), Emilia Dziubak (ilustr.) „Zawieruszek. Baśń skandynawska” przekł.: Małgorzata Słabnicka – Turpeinen, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2024

Wylinka

Wylinka

Książka nagrodzona w kategorii literackiej konkursu Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY za książkę dla starszych !!!

Klarę budzi cisza.

Dziewczynka czuje się dziwnie. Zawsze towarzyszył jej szum, którego na ogół nie zauważa. Otaczał ją i nigdy nie cichł. Żeby go usłyszeć, trzeba było się ukryć. Klara wchodziła do szafy albo chowała się za wersalką. Zza ściany dobiegały rozmowy, tata coś opowiadał, mama śmiała się. Dźwięczały kubki odstawiane na stół, woda gotująca się w czajniku, trącane szklanki i upuszczane przedmioty…

Tym razem jest inaczej i dziesięcioletnia Klara bardzo szybko odkrywa, że została sama w wakacyjnym domu w górach. Wygląda na to, że rodzice pojechali bez niej do domu, ale dlaczego??? Zapomnieli o jedynej córce? Nie zauważyli, że nie ma jej w samochodzie? Pewnie wrócą po nią, jak się zorientują, ale kiedy to będzie? Jak ma sobie do tego czasu radzić?

„Wylinka” to pierwsza książka Wita Szostaka adresowana (także) do czytelników niedorosłych. Była to również pierwsza książka jego autorstwa, którą przeczytałam, więc nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Opinie o niej, które do mnie docierały, były raczej zgodnie pozytywne, a jedynym głosem wyłamującym się z tego chóru była recenzja Zosi z Małej czcionki (—>>>tutaj). Kiedy usłyszałam werdykt jury konkursu Książka Roku IBBY, zrozumiałam, że nie mam innego wyjścia – muszę ją też przeczytać, żeby wyrobić sobie własne zdanie.

Przeczytałam więc i… nie rozczarowałam się aż tak, jak Zosia, ale także nie zachwyciła mnie ona specjalnie. Myślę, że problem, jaki z nią mam, bierze się stąd, że (moim zdaniem) nie jest to historia dla dzieci. Żeby to wyjaśnić, muszę jednak trochę pospoilerować, więc dalej zapraszam tylko tych, którzy są na to gotowi.

Czy zdarzyło się Wam kiedyś, na przykład oglądając swoje zdjęcia z dzieciństwa, zastanowić się: gdzie się podziało to dziecko, które na nich jest? Kiedy nastąpił ten moment, od którego widzimy na nich siebie, tylko trochę młodszych, a nie dzieci, którymi byliśmy? Co jest tą granicą?

„Wylinka” to opowieść właśnie o tym, ale wydaje mi się, że do tego rodzaju refleksji, który proponuje, trzeba po prostu dorosnąć. To nie jest żaden ejdżyzm – po prostu mam świadomość tego, że w wieku nastoletnim człowiek bardzo chce przestać być dzieckiem, ciągnie go do dorosłości, samodzielności i wszystkiego, co się z tym wiąże. Myśl o tym, że aby to nastąpiło, musi się w życiu skończyć coś, co już nie wróci, przychodzi później, kiedy ten Rubikon ma się już daleko za sobą.

Stąd moja wątpliwość związana z tym, czy wczesnonastoletnich czytelników te historia w ogóle zainteresuje? Na ostatniej okładce książki możemy przeczytać: „Wylinka” to emocjonalne i intelektualne wyzwanie, które najlepiej podjąć wspólnie. Dzieci zachwyci atmosfera tajemnicy, warstwa przygodowa i nieoczekiwane rozwiązanie zagadki. Rodzice rozpoznają w tekście nawiązania do najwspanialszych dzieł kultury.

No, nie wiem… Atmosfera tajemnicy – owszem jest, przynajmniej na początku. Zaczyna się jak thriller, ale potem jakoś się to rozmywa. Mam wrażenie, że rzeczywistość wykreowana w tej książce, ów (jak to określono w laudacji IBBY) realistyczny czas i fantastyczny bezczas, jest trochę za bardzo rozbudowany, jest w nim zbyt wiele szczegółów, a zbyt mało emocji. Nawet skonstatowanie, że spotkany w domu chłopiec jest jej nieżyjącym już, ale bardzo przez nią kochanym dziadkiem, nie zrobiło na Klarze szczególnego wrażenia. Jej rozmowy z Jankiem (a potem jeszcze pojawienie się tam kolejnego chłopca) , ich wędrówki po górach, cała tajemnica żółtych cukierków były w moim odczuciu wypełniaczem czasu i kartek książki. Nie zbliżały czytelników do zrozumienia tego, co się tam dzieje, a wręcz rozwadniały sens całej tej historii.

Przeczytałam „Wylinkę” już jakieś trzy tygodnie temu i ciągle nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Im dłużej myślę o tym ich trwaniu w bezczasie, tak bez końca, którego nie przynosi nawet śmierć, tym bardziej się na tę wizję nie zgadzam. Zaraz po skończeniu tej książki zaczęłam się zastanawiać: gdzie w takim razie podziewa się moja wylinka? Jeśli miałoby tak być, to chyba została gdzieś w Bydgoszczy, gdzie mieszkałam przez pierwsze dziesięć lat życia… a może w Krówce, w Borach Tucholskich – naszym wakacyjny miejscu, do którego już potem nie wracaliśmy? Nie wiem. Wolę jednak myśleć, że ta Agnieszka, którą wtedy byłam, jest nadal mną, tylko trochę doroślejszą. Jest we mnie – we wspomnieniach, które mam, w książkach, które przeczytałam, w zachwytach i lękach, które do mnie wracają, w potrawach, które nadal lubię. Nie podoba mi się wizja tego, że się gdzieś beze mnie błąka, zawieszona w bezczasie.

Gdybym miała podać dwie zalety tej książki, to byłoby po pierwsze właśnie to, że nie odkłada się jej po przeczytaniu ot tak. Zostaje w głowie. Może nawet trochę złości, ale prowokuje do zadawania sobie pytań.

Drugą zaletą są ilustracje Aleksandry Krzanowskiej – delikatne, trochę przygaszone, może staroświeckie, ale pasujące do nastroju tej historii. Bez nich czytałoby się ją zdecydowanie mniej interesująco.

Ale nadal uważam, że jest to historia bardziej dla dorosłych niż dla dzieci !

Wit Szostak „Wylinka”, ilustr.: Aleksandra Krzanowska, wyd.: Powergraph, Warszawa 2025

Wołek i osiołek. Powiastka tradycyjna

Wołek i osiołek. Powiastka tradycyjna

Pod względem ilustratorskim rok 2025 był dla mnie Rokiem Eli Wasiuczyńskiej!!!

Jedną z pierwszych książek, które stanęły w nim na półkach Małego Pokoju, była „Mała wiedźma Bazylka”. Lato upłynęło mi na zachwytach nad „Kroniką olsztyńską i innymi zielonymi wierszami” Gałczyńskiego, a grudzień niespodziewanie przyniósł tę uroczą książeczkę.

To była zupełnie nieoczekiwana adwentowa niespodzianka!!!

Pierwszy sygnał o tym, że coś się wydarzy, wydawnictwo Wołek i Osiołek umieściło na swoim fejsbukowym profilu 4 grudnia, a cztery dni później uchyliło rąbka tajemnicy. Wyglądał ów rąbek następująco 😉


Wtedy już nie miałam wątpliwości, że w tej zapowiadanej niespodziance maczała swoje czarodziejskie paluszki Ela Wasiuczyńska. Następnego dnia zostało to oficjalnie potwierdzone i rozpoczęła się przedsprzedaż, bo książka była jeszcze w druku. Wydawnictwo zaczęło ją wysyłać 18 grudnia i dzięki pomocy aniołków (dla niepoznaki przebranych za kurierów InPostu 😉 ) udało się jej dotrzeć do mnie jeszcze przed Świętami. Z radością zrobiłam sobie taki prezent i to w wersji wypasionej, w której książce towarzyszyły nie tylko kartki świąteczne z ilustracjami z niej ale także pyszne krówki, w papierkach zaprojektowanych przez Elę.

To prawdziwa uczta dla ciała i dla ducha!!!

Każdy anioł w Niebie, nawet ten najmniejszy, pamięta historię Bożego Narodzenia.

Ale mało który wie, jak to się stało, że spośród tak wielu zwierząt i zwierzątek to właśnie Wołek i Osiołek znaleźli się przy żłóbku…

I tego właśnie możemy dowiedzieć się z tej powiastki. To bardzo prosta historia, zrozumiała już dla najmłodszych czytelników, bo przeznaczona jest dla dzieci w wieku do 4 lat. W warstwie tekstowej nie jest ona szczególnie rozbudowana, można powiedzieć, że całą robotę robią tu ilustracje, które są po prostu zachwycające. Wszystko jest tam piękne – i anioły,

i zwierzęta,

i scena w stajence, z małym Jezuskiem smyrającym Wołka po pysku 🙂

„Wołek i osiołek” to wśród dziesiątków (jeśli nie setek) książek o tematyce świątecznej zjawisko rzadkie. Naprawdę, niewiele jest wśród nich takich, które umieszczają te święta w ich pierwotnym, religijnym kontekście. Właśnie ta luka rynkowa spowodowała, że kilka lat temu Julianna Wołek, mama (wówczas) pięciorga (a obecnie – dziewięciorga) dzieci, napisała opowiadanie „Cud Bożego Narodzenia”. A potem, żeby je wydać w wersji książkowej, razem z mężem rozpisali zbiórkę i założyli wydawnictwo, którego historię znajdziecie —>>>tu.

Potem powstało jeszcze oparte na „Cudzie Bożego Narodzenia” słuchowisko z muzyką męża Julianny – Jakuba Wołka. No i wreszcie tegoroczna adwentowa nowość – czyli „Wołek i osiołek. Powiastka tradycyjna”. Mam nadzieję graniczącą z pewnością, że na tym się nie skończy. Bardzo czekam na kolejne nowości tego wydawnictwa 🙂

P.S. Wiem, że nie byłam jedyną osobą, której rozważania nad tym, jakie zwierzęta towarzyszyły Jezusowi w stajence, skojarzyły się z londyńskimi jasełkami z filmu „Love actually”. Tam w stajence znalazło się miejsce nie tylko dla ośmiornicy, ale także dla (niejednego) homara. Nie odmówię sobie przyjemności podzielenia się z wami jedną z moich ukochanych scen z tego filmu 😉

Cieszę się, że dzięki tej książce, nikt już nie będzie miał wątpliwości co do tego, kto tam był naprawdę i dlaczego 🙂

Julianna Wołek (tekst), Elżbieta Wasiuczyńska (ilustr.) „Wołek i osiołek. Powiastka tradycyjna”, wyd.: Wołek i Osiołek, Kraków 2025

Księga świątecznych radości

Księga świątecznych radości

Bardzo lubię ilustracje Marianny Jagody. Przez cały 2024 rok w mojej kuchni wisiał jej kalendarz i kiedy pod jego koniec zobaczyłam tę książkę, kupiłam ją przede wszystkim ze względu na osobę ilustratorki. Pomyślałam sobie, że nawet jeśli rozczaruje mnie tekstem, to przynajmniej sobie obrazki z przyjemnością obejrzę 😉

Ale nie rozczarowała. Wręcz przeciwnie – bardzo miło zaskoczyła, bo na tle obfitej oferty rynkowej w segmencie książek świątecznych wyróżnia się na plus – nie tylko ilustracjami, ale także pomysłem. To nie jest kalendarz adwentowy z zadaniami na kolejne dni jak „W grudniu po południu”, nie jest to też żadna historia podzielona na 24 rozdziały, ani kompendium wiedzy o zwyczajach świątecznych.

Agata Komosa-Styczeń tak pisze we wstępie do niej:

Z tym czekaniem to jest okropnie trudna sprawa. Nikt przecież tego nie lubi, prawda? Bo co może być przyjemnego w staniu w kolejce do kasy albo wyczekiwaniu na mamę, gdy wraca z pracy. Oczekiwanie na przyjaciela, który ma nas odwiedzić, dłuży się niemiłosiernie, a do przyjęcia urodzinowego – tylko się siedzi i odlicza dni. A co dopiero z czekaniem na Gwiazdkę? Pierwsze świąteczne ozdoby w witrynach sklepów pojawiają się już w listopadzie – a wtedy na Święta trzeba czekać jeszcze cały miesiąc! Piosenki z dzwoneczkami płyną z radia od dawna, a Święty Mikołaj jeszcze nie zapakował prezentów do sań!

Autorka wzywa więc do wykorzystania tego czasu na szukanie świątecznej radości. Poszukajmy tej radości razem, rozmieńmy ją na mniejsze przyjemności – one pomogą nam przygotować się do tego najcieplejszego Święta w roku, które rozgrzewa nas w zimne, grudniowe wieczory i daje nadzieję, że światło zawsze zwycięży nad ciemnością.

Jakie to mogą być przyjemności? Rozmaite – i świąteczne przystrojenie domu, i dokarmianie ptaków, i wysłanie kartek z życzeniami, i świąteczny jarmark, i rodzinne wspomnienia, i szykowanie tradycyjnych potraw. Znajdziemy w tej książce trochę historii, trochę tradycji z różnych stron świata (między innymi ze Skandynawii, do Autorka wraz z rodziną mieszka w Danii), trochę pomysłów na różne aktywności, ale też zachętę do tego, żeby samodzielnie wymyślić i zrobić różne świąteczne ozdoby i przysmaki.

A wszystko to bajecznie i kolorowo zwizualizowane przez Mariannę Jagodę, dzięki której oglądanie tej księgi też można wpisać na listę świątecznych przyjemności.

Agata Komosa-Styczeń „Księga świątecznych radości” ilustr.: Marianna Jagoda, wyd.: Wilga (Grupa Wydawnicza Foksal) Warszawa 2024

Tej nocy przyszedłeś na świat

Tej nocy przyszedłeś na świat

Coraz bliżej Święta…

… i widzę to nie tylko po asortymencie w sklepach, w których zmuszona jestem bywać, ale także po tym, że coraz częściej zaglądacie tutaj w poszukiwaniu książek świątecznych. W tym roku prawdziwy Adwent rozpoczyna się 31 listopada i wtedy odpalę na Facebooku hasztag #adwentowykalendarzksiążkowy2025, ale zanim to nastąpi, wstawię tutaj pierwszą tegoroczną nowość świąteczną z kategorii książek bożonarodzeniowych (po wyjaśnienie mojego prywatnego podziału na te kategorie zapraszam —>>>tutaj).

Kiedy w wigilijny wieczór czytamy stosowny fragment Ewangelii według świętego Łukasza, kończymy go na ogół słowami:

Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. (Łk.2.19)

Katherine Paterson spróbowała opowiedzieć nam o tym, co się działo w głowie tej młodziutkiej dziewczyny, której właśnie przydarzył się cud. Cud podwójny – urodziła Syna Bożego, wie o tym. Słyszałam słowo anielskie w pełnym czci okrzyku mojej krewniaczki. Widziałam to, kiedy pasterze w niemym uwielbieniu gładzili aksamitny policzek niemowlęcia szorstkimi palcami. Ale cudem są przecież każde narodziny i Maryja, jak każda matka, przeżywa uniesienie: Sprowadziłam dziecko na świat. Ta doskonała istota wyszła z mojego ciała. Jak każda matka odczuwa też obawę przed tym, co jej dziecku przyniesie życie.

Ze wszystkich Świąt Bożego Narodzenia w moim życiu najmocniej przeżywałam te, podczas których byłam w ciąży albo miałam przy sobie niemowlę. Tegoroczne będą znowu szczególne, bo tym razem dziecka spodziewa się moja córka, a ja szykuję się do nowej w moim życiu roli babci. Ta książka wspaniale do nich pasuje.

Ilustracje Lisy Aisato, które nie zawsze mi się podobają, tym razem doskonale oddają jej atmosferę. Zastanawiam się, dlaczego tak jest, że lubię jej kreskę właśnie w kontekście świątecznym, bo wcześnie była przecież „Śnieżna siostra” i „Opowieść wigilijna” ? Także spośród książek, do których rękę przyłożyła Emilia Kiereś najbardziej lubię te świąteczne – „Cacko” i „O kolędach. Gawęda”.

Nie rozumiem natomiast, dlaczego twórczość Katherine Paterson, laureatki dwóch najważniejszych nagród w dziedzinie literatury dla dzieci i młodzieży czyli przyznawanego przez IBBY Medalu im. Hansa Christiana Andersena oraz Astrid Lindgren Memorial Award (ALMA), jest w Polsce tak mało znana? Oprócz „Mostu do Therabithii” wydano u nas jeszcze tylko jedną z ponad 40 książek jej autorstwa. Może po „Tej nocy przyszedłeś na świat” doczekamy się kolejnych ???

P.S. Jedyne, co mi trochę w związku z tą publikacją zgrzyta, to kategoria wiekowa, do której przypisało ją wydawnictwo. Dla mnie to książka dla dorosłych, a szczególnie dla kobiet, które odnajdą w niej w niej swoje obawy, wątpliwości i uniesienia. Trudno mi sobie wyobrazić dzieci w wieku 9-12 lat, do których ona przemówi równie mocno.

Katherine Paterson (tekst), Lisa Aisato (ilustr.) „Tej nocy przyszedłeś na świat”, przekł.: Emilia Kiereś, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025

Co to ? Tutu i dźwięki

Co to ? Tutu i dźwięki

Zapytacie, kim jest Tutu ? No cóż – Tutu to… po prostu Tutu 😉

Śmieszny stworek z wielkimi oczami i długim ogonem, który powstał w wyobraźni Piotra Karskiego i zmaterializował się na kartach tych książek. Tutu to imię, które powtórzy nawet bardzo małe dziecko, a książki o nim są adresowane właśnie do bardzo małych maluszków. Mają solidne, sztywne kartki i zaokrąglone brzegi oraz rozmiar w sam raz dla małych rączek – napisałam tutaj, kiedy stawiałam na półce Małego Pokoju poprzednie dwie książeczki o nim. „Co to? Tutu i dźwięki” jest trzecią z tej serii. I mam nadzieję, że nie ostatnią 😉

Tym razem wspólnie z Tutu zastanawiamy się nad odgłosami, które słyszymy i nad tym, kto je wydaje ?

Łubu – skrzyp

Co to?

Na pewno znacie taką zabawę – jak robi piesek ? A jak kotek ? A jak… (tu wstawcie sobie dowolne cokolwiek, co może wydawać odgłosy) ? Na pewnym etapie rozwoju mowy dzieci uwielbiają się tak bawić.

Ale piesek ze swoim hau-hau, czy kotek, który robi miau-miau, są dla Tutu (i Piotra Karskiego) zbyt oczywiste. Zgadniecie na przykład – co robi wiu-kap ? A co szszu-kop, albo psi-plum?

Odpowiedzi na te (i inne) pytania znajdziecie na sztywnych kartkach tej książki. W dolnym rogu każdej ze stron znajduje się pytanie, a odpowiedź czeka po przełożeniu kartki.

„Co to? Tutu i dźwięki” to książeczka, która znakomicie nadaje się na przedsenny rytuał. Wspólna zabawa w odgadywanie prowadzi nas bowiem… No właśnie: chrr-fiu

Co to?

Wiecie ??? Jeśli nie, to dowiecie się tego od Tutu 😉

Piotr Karski „Co to? Tutu i dźwięki”, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2025

Truchlin. Kredowy ludzik

Truchlin. Kredowy ludzik

Czyli komiksowa kontynuacja trzytomowego cyklu powieściowego o Truchlinie – niezwykłej i nieistniejącej w rzeczywistości dzielnicy Pragi. Pisałam o nim —>>>tutaj i —>>>tutaj.

Na ostatniej okładce Przemek Staroń tak odpowiada na pytanie czy trzeba znać książki z serii TRUCHLIN, żeby przeczytać ten komiks:

Są dwie możliwości. Pierwsza: nie znasz Truchlina. A jednak ten komiks zabierze Cię w świat, który znasz doskonale. Świat, który jedni chcieliby zmienic, inni wręcz przeciwnie, a Ty miotasz się, nie mogąc znaleźć swojego miejsca. Jest jeszcze druga możliwość: znasz Truchlin. No ale w takiej sytuacji nie czytasz przecież tych słów, bo jesteś już pewnie gdzieś w połowie książki!

Ostatnimi czasy kończy się sporo historii z Truchlina…

Stare domy znikają jeden po drugim, a razem z nimi ludzie.

Od wydarzeń opisywanych w ostatnim tomie minęły podobno dwa lata, choć mnie się wydaje, że trochę więcej. Na Truchlinie działa już elektryczność, a terenem położonym w centrum miasta interesują się inwestorzy, ale historii tego miejsca nie da się tak po prostu zamknąć. Nadal żyją tam ludzie, którzy nie chcą opuścić swoich domów. Nie chcą zmian, pragną dalej żyć tak, jak dotychczas…

Wojtech Matocha i Karel Osoha wracają z historią w siedmiu częściach, które pierwotnie ukazywały się w kolejnych zeszytach, a teraz są zebrane razem. Wracają na Truchlin, ale z innymi bohaterami (nie do końca, ale nie chcę zdradzać, kto i w jakich okolicznościach tam się pojawia). Najważniejszą postacią „Kredowego ludzika”, można powiedzieć, że narratorem tej opowieści jest Vašek, który jest tam obcy. Po śmierci mamy przyjechał do Pragi do wujka. Nie znał prawdziwego Truchlina, ale próbuje zrozumieć to miejsce i znaleźć w nim swoje miejsce. Czy mu się to uda?

Obawiałam się tej kontynuacji, bo często jest tak, że jedynym powodem, aby ciągnąć dalej jakąś historię, jest chęć odcinania kuponów od wcześniejszego sukcesu. „Kredowy ludzik” nie jest takim przypadkiem – autorzy mają jeszcze coś ciekawego do opowiedzenia, a Truchlin zwizualizowany przez Karela Osohę ma niezwykłą atmosferę. Jego mrok pozostaje z nami na długo po skończeniu tej książki.

Pozwolę sobie na zakończenie na opinię odmienną o blurba Staronia:

Są dwie możliwości. Pierwsza: znasz Truchlin i ta historia wciągnie Cię od pierwszej strony, bo to będzie powrót do miejsc, które pamiętasz i które są fascynujące.

Jest jeszcze druga możliwość: nie znasz Truchlina. Wtedy zdecydowanie powinnaś (lub powinieneś) najpierw sięgnąć po książki. Nie będziesz żałować!!!

Wojtech Matocha & Karel Osoha „Truchlin. Kredowy ludzik”, przekł.: Anna Radwan-Żbikowska, wyd.: Afera, Wrocław 2025

Czarodziejskie pianino Fisia

Czarodziejskie pianino Fisia

Książka nominowana w konkursie KSIĄŻKA ROKU Polskiej Sekcji IBBY w kategorii graficznej !!!

Mały Filemon, zwany przez wszystkich Fisiem, przeprowadził się niedawno z rodzicami do nowego, większego mieszkania. Było w nim mnóstwo miejsca. W salonie stały tylko kanapa i stół. Można było biegać dookoła, tarzać się po podłodze i odbijać balonik od ścian i sufitu.

Pewnego dnia wszystko zmienił jeden dźwięk. Dzwonek.

Trrrilt!

Ten dzwonek oznajmił, że w domu zjawili się dwaj panowie, którzy wniesili do niego… pianino. Fiś pierwszy raz widział ten instrument. Gdy mama podniosła klapę, ujrzał białe i czarne klawisze. Nic nadzwyczajnego. Tylko czerń, biel i cisza.

Fiś wyciągnął rękę i nieśmiało nacisnął jeden z klawiszy…

…i od tego momentu zaczęły dziać się czary, które przepięknie zwizualizowała Marianna Oklejak. Czary ? A może nie one, tylko wyobraźnia i talent ?

Na facebookowym fanpage’u Wydawnictwa Bajka znalazłam dziś takie słowa:

Opowieść o Fisiu to wielka pochwała wyobraźni i twórczości, a zarazem BAJKA TERAPEUTYCZNA o oswajaniu się dziecka z własnym talentem, o wrażliwości i wytrwałości, o budowaniu odporności na porażki, o mądrych wspierających rodzicach i o ważnej roli mistrza w naszym życiu.

To także KSIĄŻKA BARDZO OSOBISTA. Bo napisała ją mama małego wirtuoza, Joanna Olejarczyk (jej bajki znajdziesz na Złotej Liście Cała Polska Czyta Dzieciom ). Bo swoją ukochaną MUZYKĄ ZILUSTROWAŁA Marianna Oklejak (nikt inny tak by nie potrafił).

Jej ukazanie zbiegło się w czasie w Konkursem Chopinowskim. Od kilku dni, kiedy tylko mam taką możliwość i siłę na to, towarzyszą mi gdzieś w tle etiudy, nokturny, walce, ballady i barkarole grane w pierwszym etapie. Zaczęłam zastanawiać się, jak to jest z jego uczestnikami ? Czy oni widzą muzyką podobnie do Fisia? Bo ja nie i pewnie jestem o coś od nich uboższa, ale to nie znaczy przecież, że mój odbiór jest gorszy.

Pomyślałam sobie, że „Czarodziejskie pianino Fisia” może być dobrym wstępem do rozmowy z dzieckiem (a takie książki lubię bardzo!) – rozmowy właśnie o tym, jak odbieramy muzykę, jak ją rozumiemy, po co w ogóle jej słuchamy i co nam to daje…

Potem przyszła do mnie refleksja o tym, że aby dobrze zrozumieć i poczuć muzykę potrzebna jest cisza, której bardzo w naszym świecie brakuje. Jeszcze nie tak dawno – jakieś sto lat temu czyli kilka pokoleń wstecz, muzykę można było usłyszeć tylko na żywo, a do tego potrzebny był instrument i ktoś, kto potrafi na nim grać. Teraz żyjemy w środowisku zaśmieconym dźwiękami, atakującym nas ze wszystkich stron: muzyką z głośników, sygnałami wydawanymi przez rozmaite urządzenia oraz hałasem, jaki robią pracując. W tym wszystkim gubi nam się gdzieś piękno i emocje, które możemy usłyszeć w muzyce – ale tylko wtedy, gdy będziemy jej słuchać, a nie puszczać mimo uszu w biegu. Jak ci ludzie w waszyngtońskim metrze mijający bez zainteresowania grającego skrzypka…

…a był to Joshua Bell, jeden z najwybitniejszych skrzypków, który na najdroższych skrzypcach świata grał jedne z najtrudniejszych utworów, jakie powstały. W ramach eksperymentu społecznego grał tam przez godzinę, a w tym czasie zaledwie kilka osób zwróciło na to uwagę.

Nie dziwię im się, bo do tego, żeby naprawdę słuchać potrzebna jest cisza i choć odrobina spokoju, pozwalającego poświęcić uwagę dźwiękom. I tego właśnie na kolejne etapy Konkursu Chopinowskiego życzę sobie i tym, którzy też tego pragną !

Dziękuję Wydawnictwu Bajka z egzemplarz recenzencki tej książki !!!

Joanna Olejarczyk „Czarodziejskie pianino Fisia”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2025