Książka nagrodzona w kategorii literackiej konkursu Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY za książkę dla starszych !!!

Klarę budzi cisza.
Dziewczynka czuje się dziwnie. Zawsze towarzyszył jej szum, którego na ogół nie zauważa. Otaczał ją i nigdy nie cichł. Żeby go usłyszeć, trzeba było się ukryć. Klara wchodziła do szafy albo chowała się za wersalką. Zza ściany dobiegały rozmowy, tata coś opowiadał, mama śmiała się. Dźwięczały kubki odstawiane na stół, woda gotująca się w czajniku, trącane szklanki i upuszczane przedmioty…
Tym razem jest inaczej i dziesięcioletnia Klara bardzo szybko odkrywa, że została sama w wakacyjnym domu w górach. Wygląda na to, że rodzice pojechali bez niej do domu, ale dlaczego??? Zapomnieli o jedynej córce? Nie zauważyli, że nie ma jej w samochodzie? Pewnie wrócą po nią, jak się zorientują, ale kiedy to będzie? Jak ma sobie do tego czasu radzić?

„Wylinka” to pierwsza książka Wita Szostaka adresowana (także) do czytelników niedorosłych. Była to również pierwsza książka jego autorstwa, którą przeczytałam, więc nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Opinie o niej, które do mnie docierały, były raczej zgodnie pozytywne, a jedynym głosem wyłamującym się z tego chóru była recenzja Zosi z Małej czcionki (—>>>tutaj). Kiedy usłyszałam werdykt jury konkursu Książka Roku IBBY, zrozumiałam, że nie mam innego wyjścia – muszę ją też przeczytać, żeby wyrobić sobie własne zdanie.
Przeczytałam więc i… nie rozczarowałam się aż tak, jak Zosia, ale także nie zachwyciła mnie ona specjalnie. Myślę, że problem, jaki z nią mam, bierze się stąd, że (moim zdaniem) nie jest to historia dla dzieci. Żeby to wyjaśnić, muszę jednak trochę pospoilerować, więc dalej zapraszam tylko tych, którzy są na to gotowi.

Czy zdarzyło się Wam kiedyś, na przykład oglądając swoje zdjęcia z dzieciństwa, zastanowić się: gdzie się podziało to dziecko, które na nich jest? Kiedy nastąpił ten moment, od którego widzimy na nich siebie, tylko trochę młodszych, a nie dzieci, którymi byliśmy? Co jest tą granicą?
„Wylinka” to opowieść właśnie o tym, ale wydaje mi się, że do tego rodzaju refleksji, który proponuje, trzeba po prostu dorosnąć. To nie jest żaden ejdżyzm, ale świadomość tego, że w wieku nastoletnim człowiek bardzo chce przestać być dzieckiem, ciągnie go do dorosłości, samodzielności i wszystkiego, co się z tym wiąże. Myśl o tym, że aby to nastąpiło, musi się w życiu skończyć coś, co już nie wróci, przychodzi później, kiedy ten Rubikon ma się już daleko za sobą.
Stąd moja wątpliwość związana z tym, czy wczesnonastoletnich czytelników te historia w ogóle zainteresuje. Na ostatniej okładce książki możemy przeczytać: „Wylinka” to emocjonalne i intelektualne wyzwanie, które najlepiej podjąć wspólnie. Dzieci zachwyci atmosfera tajemnicy, warstwa przygodowa i nieoczekiwane rozwiązanie zagadki. Rodzice rozpoznają w tekście nawiązania do najwspanialszych dzieł kultury.
No, nie wiem… Atmosfera tajemnicy – owszem jest, przynajmniej na początku. Zaczyna się jak thriller, ale potem jakoś się to rozmywa. W ogóle – mam wrażenie, że rzeczywistość wykreowana w tej książce, ów (jak to określono w laudacji IBBY) realistyczny czas i fantastyczny bezczas, jest trochę za bardzo rozbudowany. W tych rozmowach Klary z Jankiem, którym w moim odczuciu brakuje emocji, w ich wędrówkach po górach, w tajemnicy żółtych cukierków, rozpływa się sens całej tej historii.

Przeczytałam „Wylinkę” już jakieś trzy tygodnie temu i ciągle nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Im dłużej myślę o tym ich trwaniu w bezczasie, tak bez końca, którego nie przynosi nawet śmierć, tym bardziej się na tę wizję nie zgadzam. Zaraz po skończeniu tej książki zaczęłam się zastanawiać: gdzie w takim razie podziewa się moja wylinka? Jeśli miałoby tak być, to chyba została gdzieś w Bydgoszczy, gdzie mieszkałam przez pierwsze dziesięć lat życia… a może w Krówce, w Borach Tucholskich – naszym wakacyjny miejscu, do którego już potem nie wracaliśmy? Nie wiem. Wolę jednak myśleć, że ta Agnieszka, którą wtedy byłam, jest nadal mną, tylko trochę doroślejszą. Jest we mnie – we wspomnieniach, które mam, w książkach, które przeczytałam, w zachwytach i lękach, które do mnie wracają, w potrawach, które nadal lubię. Nie podoba mi się wizja tego, że się gdzieś beze mnie błąka, zawieszona w bezczasie.

Gdybym miała podać dwie zalety tej książki, to byłoby po pierwsze właśnie to, że nie odkłada się jej po przeczytaniu ot tak. Zostaje w głowie. Może nawet trochę złości, ale prowokuje do zadawania sobie pytań.
Drugą zaletą są ilustracje Aleksandry Krzanowskiej – delikatne, trochę przygaszone, może staroświeckie, ale pasujące do nastroju tej historii. Bez nich czytałoby się ją zdecydowanie mniej interesująco.
Wit Szostak „Wylinka”, ilustr.: Aleksandra Krzanowska, wyd.: Powergraph, Warszawa 2025













































