Wojtek z Armii Andersa

Wojtek z Armii Andersa

17 września 1939 roku to data, której długo nie można było w Polsce wspominać i która do dziś nie znalazła odbicia w naszej literaturze adresowanej do młodych czytelników. Losy Polaków pod okupacją sowiecką pomału się do niej przedostają, ale jest to bardzo pomału. Poniekąd opisują to dwie książki Doroty Combrzyńskiej – Nogali: „Wysiedleni” i „Syberyjskie przygody Chmurki” , jednak w obu z nich nad pierwszymi dwoma latami wojny autorka się prześlizguje. Nadal jedynym literackim opisem 17 września 1939 roku na wschodnich terenach Rzeczpospolitej pozostaje to, co napisała w swojej, wydanej w 1957 roku książce „Dziewczęta szukają drogi” Elżbieta Jackiewiczowa.

Jest także wydana staraniem IPN seria komiksów „Wojenna odyseja Antka Srebrnego”, której pierwszy tom dotyczy obrony Grodna przed Armią Czerwoną, ale nie miałam go jeszcze w ręku, więc trudno mi coś na jego temat powiedzieć.

Z braku innych okolicznościowych lektur przypomnę dziś adresowaną do starszych nastolatków (oraz dorosłych czytelników) książkę, która przy okazji historii misia Wojtka stara się opowiedzieć szerzej o polskich losach na nieludzkiej ziemi i po jej opuszczeniu. Pisałam o niej 27 marca 2009 roku. To była notabene pierwsza (oprócz wydanej w PRL książki Janusza Przymanowskiego 😉 ) publikacja o misiu Wojtku, potem dopiero nastąpiły kolejne.

W naszym rodzinnym archiwum jest zdjęcie sprzed wielu, wielu lat. Mała dziewczynka siedzi w wózeczku, a dookoła niej reszta rodziny – Mama, Tata i kilkuletni braciszek. Wszyscy z uśmiechem patrzą w obiektyw, chłopiec przytula do siebie misia. Ot – zwykła szczęśliwa rodzina. To zdjęcie nabiera szczególnego znaczenia, kiedy uświadomimy sobie, że zostało zrobione wiosną 1939 roku. Kilka miesięcy później wybuchła wojna.

Trzy lata później z trapu statku, który przepłynął Morze Kaspijskie, schodzili już tylko we dwoje – Mama z synkiem. Za sobą, na nieludzkiej ziemi zostawili grób siostrzyczki, która umarła w Kazachstanie. Niewidzianego od września 39 roku Tatę spotkali, kiedy dotarli do polskiego wojska, ale w ostatniej chwili przed ewakuacją aresztowało go NKWD. Przed nimi była Persja, potem Indie i Londyn. Do Polski nie wrócili nigdy.

Właśnie w Persji rozpoczyna się akcja książki Maryny Miklaszewskiej. Tytułowy Wojtek to niedźwiedź – maskotka 22 Kompanii Transportowej. Małego niedźwiadka – sierotę żołnierze kupili od perskiego chłopca i towarzyszył im w ich dalszej wojennej wędrówce. Pod Monte Cassino nosił pociski, a po wojnie dożył dni swoich w edynburskim ZOO.

Jest w tej książce jeszcze jeden Wojtek – mały chłopiec, jedno z wielu osieroconych, zagubionych polskich dzieci, które trafiały do powstających przy Armii sierocińców. Ich opiekunowie dokonywali cudów poświęcenia, aby jak najwięcej z tych błąkających się dzieci odnaleźć i uratować.

Wątek Wojtka, Jadzi i innych dzieci jest tym, który zrobił na mnie największe wrażenie – szczególnie moment, kiedy NKWD usiłuje powstrzymać ewakuację dzieci z wojskiem. Mają zostać w rosyjskim dietdomie. Opiekunowie decydują się na desperacki krok i organizują ucieczkę dzieci, które schowane w okolicach dworca, czekają na gwizdek – sygnał, że mają biec do pociągu. Prawie je widzę – dzieci biegnące do pociągu, słyszę rozpaczliwy krzyk ich opiekunki, która woła do żołnierzy: To dzieci, pomóżcie wejść naszym dzieciom ! Zostaną tu na zawsze, pomóżcie !

Scena bardzo filmowa, bo też zaczątkiem tej książki był projekt scenariusza, który nie wzbudził zainteresowania producentów filmowych. Szkoda, że taki film nie powstał i pokolenie moich córek jest kolejnym, które wychowuje się na „Czterech pancernych” i „Kapitanie Klossie”.

„Wojtek z Armii Andersa” to książka, która jest próbą nakreślenia panoramy polskich losów – od 1941 roku, kiedy w Związku Radzieckim generał Anders (sam prosto z celi na Łubiance) zaczyna tworzyć Armię Polską, przez Persję, Palestynę i Monte Cassino. Obok wielkiej polityki i postaci historycznych pojawiają się tam zwykli ludzie. Mężczyźni, kobiety i dzieci, bo taka była ta armia więźniów dowodzona przez więźnia, jak ją określił Gustaw Herling – Grudziński.

Autorka towarzyszy swoim bohaterom aż do zakończenia wojny i londyńskiej defilady zwycięstwa, w której zabrakło miejsca do Polaków. Czytając tę część miałam wrażenie, że trudno jej było znaleźć właściwy ton na opisanie ich losów, prób odnalezienia się w powojennym świecie oraz (a może przede wszystkim) ich uczuć. Uczuć, w których dominowała gorycz – gorycz Murzyna, który zrobił swoje i któremu można powiedzieć „Go home !” – nie zastanawiając się nad tym, czy gdzieś w ogóle jest ten dom, do którego może wrócić.

A gdy miną już dni walki, szturmów i krwi, Bratni Legion gdy wreszcie powróci, pójdzie wiara gromadą Alejami z paradą i piosenkę szturmową zanuci. Panien rój, kwiatów rój i sztandary, równy krok, śmiały wzrok, bruk aż drży. Alejami z paradą będziem szli defiladą w wolną Polskę, co wstała z naszej krwi. – śpiewali harcerze z batalionu „Parasol” w swojej „Piosence szturmowej”. Taka defilada nie była dana ani im, ani żołnierzom Polskich Sił Zbrojnych. W powojennym świecie, którego porządek ukształtowany został w Jałcie i Poczdamie, nie było dla nich miejsca. O żołnierzach Andersa i o nim samym przez wiele lat nie można było w Polsce pisać. Teraz – kiedy już można, prawie nikogo to nie interesuje…

Maryna Miklaszewska „Wojtek z Armii Andersa” , wyd.: Fronda, Warszawa 2007

Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia

Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia

Wpis z 30 września 2016 roku :

To zdecydowanie nie jest książka dla dzieci.

Dla kogo więc ?

Dla tych dorosłych, którzy jako dzieci czytali utwory Wandy Chotomskiej – czyli dla… wszystkich, bo nie ma w Polsce osoby, która by się z jej twórczością nie zetknęła.

Pierwszą ważną książką w moim życiu było „Abecadło krakowskie” – sympatyczna rymowana historia wędrówki Słoneczka po Krakowie, w której każdej literze alfabetu przypisane było jakieś ważne miejsce lub rzecz w tym mieście. Uwielbiałam ją, znałam ją na pamięć i na niej właśnie nauczyłam się czytać. Jak opowiada moja Mama, jeszcze zanim posiadłam tę umiejętność, po mistrzowsku ją udawałam – czytałam na głos recytując z pamięci, ale palcem cały czas wodziłam po tekście utrzymując tempo 😉 Dzięki „Abecadłu” nie tylko nauczyłam się alfabetu, ale także poznałam Kraków na długo przedtem, zanim tam pojechałam. Do dziś pamiętam, co było pod każdą literą: od Akademii Sztuk Pięknych po dzwon Zygmunta przez Elementarz, Fafika i Igrce. (edit: a kiedy w zeszłym roku zwiedzałam z córkami wystawę #dziedzictwo w krakowskim Muzeum Narodowym, z radością odnalazłam tam oryginały ilustracji Szancera do tej książki)

Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, że od „Abecadła” zaczęło się wszystko, co w moim życiu ważne, czyli maniackie czytanie i zainteresowanie historią. Nie mam już tamtej książki z mojego dzieciństwa, zapewne padła ofiarą naszej przeprowadzki do Warszawy, kiedy rodzice stojący wobec konieczności spakowania i przewiezienia własnego, niemałego księgozbioru, drastycznie ograniczyli mój, oddając wszystkie książki, z których ich zdaniem już wyrosłam. Pamiętałam ją doskonale – jej tytuł, ilustratora (bo kreska Szancera jest nie do pomylenia), ale nie wiedziałam, kto był autorem. Dopiero po wielu latach odkryłam, że napisała ją Wanda Chotomska. Nie był to, jak się okazuje, mój pierwszy kontakt z jej twórczością, bo przecież (jak wszystkie dzieci wówczas) oglądałam w telewizji Jacka i Agatkę !

W ogromnym dorobku Wandy Chotomskiej nie da się wskazać jednego utworu, który znają wszyscy, jak „Lokomotywę”, „Akademię Pana Kleksa” czy „Dzieci z Bullerbyn”. Nie ma jednak osoby (nawet wśród tych, które kontakt z książką miały i mają niewielki), która by się żadnym z jej utworów nie zetknęła – jeśli nie z podręcznika do języka polskiego to chociażby jako piosenki „Gawędy”. Czy był w Polsce ktoś, kto w latach siedemdziesiątych nie słyszał choć raz „Gry w kolory” ? Nie należałam do Gawędy, ale miałam tam koleżanki, chodziłam na ich koncerty, słuchałam płyt i wszystkie piosenki, które na nich były, umiałam na pamięć.

ogląda się kiepsko, ale posłuchać można 😉

Moje córki najlepiej znają chyba „Tadka niejadka”. Czarna płyta z tym słuchowiskiem (z cudowną Ireną Kwiatkowską w roli Babci !) pochodziła z czasów dzieciństwa mojego Męża, a ja przegrałam ją dla dziewczyn na kasetę magnetofonową. Kiedyś usłyszałam, jak któraś z nich śpiewa piosenkę o balonikach uwzględniając w niej to miejsce, w którym podczas nagrywania płyta się zacięła 😉

Barbara Gawryluk przez dwa lata odwiedzała Wandę Chotomską w jej mieszkaniu na rogu Tamki i Warszawy i… rozmawiały. Te rozmowy (jak mogliśmy dowiedzieć się na bardzo miłym spotkaniu w Muzeum Książki Dziecięcej) zaczynały się w chwili, gdy gospodyni otwierała drzwi mieszkania, a kończyły dopiero, kiedy za gościem zamykały się drzwi windy. Rozmawiały o wszystkim począwszy od najwcześniejszego dzieciństwa Poetki, przez wojnę i lata tużpowojenne, ale najwięcej oczywiście jest opowieści o literaturze i literatach, o książkach, spotkaniach autorskich i podróżach. Rozmowom towarzyszyło przeglądanie zawartości przepastnych szuflad pełnych zdjęć, listów, ręko- i maszynopisów, nierzadko budzących zaskoczenie ich właścicielki. Wiele z tych znalezisk znalazło się w książce, a dwa być może będą miały ciąg dalszy… 😉

Są tam też opowieści licznych znajomych z branży (i nie tylko). Wszystkich nie wymienię, ograniczę się tylko do Joanny Papuzińskiej, Bohdana Butenki i Grzegorza Kasdepke, który powiedział tam: Szwedzi mają Astrid Lingdren, Finowie Tove Janson, a Polacy – Wandę Chotomską. Naprawdę nie wyszliśmy na tym źle ! Też tak uważam – szczególnie, że Polacy znają świetnie książki obu tych autorek, a czy Skandynawowie mieli okazję poznać twórczość Wandy Chotomskiej ???

P.S. Cieszę się, że ja również w maciuciupuleńkim stopniu przyczyniłam się do tej publikacji, bo cytowana tam dedykacja: Będzie miała Ania dużo do czytania pochodzi z książki „Tańce polskie”, którą moja córka przyniosła ze spotkania w swojej szkole 🙂

Barbara Gawryluk „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”, wyd.: Marginesy, Warszawa 2016

Oblicze Pana

Oblicze Pana

Wpis z 30 listopada 2009 roku:

Trochę jak Pan Samochodzik, tylko bardziej dla dorosłych – powiedziała Najstarsza (edit: wówczas szesnastoletnia), która w naszym domu wygrała wyścig do tej lektury. Podobną opinię wygłosił później mój Mąż (dorzucając jeszcze coś o skojarzeniach z „Poszukiwaczami Zaginionej Arki”).

I coś w tym rzeczywiście jest…

Znów (jak w „Kacprze Ryxie i Królu Przeklętym” ) wracamy do ponurego dnia 13 marca 1314 roku, kiedy to w Paryżu na wyspie Cite na wprost katedry Notre Dame zapłonął stos, na którym zginęli: Jakub de Molay, ostatni wielki mistrz zakonu templariuszy oraz Geoffroy de Charnay, prowincjał Normandii. Był to koniec tego, do niedawna potężnego zakonu, ale nie spełnił on nadziei króla Francji Filipa Pięknego i papieża Klemensa. Ogromne skarby templariuszy rozpłynęły się jakby w powietrzu, podobnie jak relikwie, które podobno były w posiadaniu Zakonu Rycerzy Świątyni. Na tych relikwiach szczególnie zależało wrogom zakonu. Zwłaszcza na jednej – o niezwykłej mocy, tak silnej, że sprowadziła iście starotestamentowy słup ognia, który pochłonął cały oddział wojsk królewskich…

Sto lat później owe relikwie bardzo przydałyby się Krzyżakom w wojnie z Jagiełłą…

Kolejne pięćset lat później, u schyłku Trzeciej Rzeszy, na ich trop trafia Hauptsturmfuhrer Helmut von Baysen i widzi w nich szansę na odwrócenie losów wojny…

Jeszcze kilkadziesiąt lat później (a z naszej perspektywy czasowej – za pół roku, bo w czerwcu 2010 r.), na Plantach w Krakowie zamordowany zostanie jego syn Ernest von Baysen. Zupełnie przypadkowo w sprawę wplącze się jego daleki krewny, z polskiej linii tej pruskiej rodziny – Tomasz Bażyński

Tomasz Bażyński, podobnie jak jego imiennik zwany Panem Samochodzikiem, jest historykiem sztuki i jeździ mocno specyficznym samochodem. Na tym jednak podobieństwa między oboma panami się kończą. Pan Samochodzik był (teraz tak to widzę) dość niesympatycznym, zadufanym w sobie przemądrzalcem. W tzw. realu chyba mocno denerwującym i w dodatku kompletnie aseksualnym (jak na bohatera grzecznych książek dla młodzieży przystało 😉 )

Tomasz Bażyński wcale nie jest przemądrzały. Ani aseksualny 😉 Na pozór trochę życiowy nieudacznik, w sytuacjach trudnych potrafi zachować zimą krew. Inteligentny, wykształcony i kulturalny spadkobierca pięknej tradycji rodu Bażyńskich i rodzinnej willi na krakowskim Salwatorze. Poza tym obu bohaterów różnią wyraźnie poglądy polityczne. Nie wiem, czy ktoś to jeszcze pamięta, ale Pan Samochodzik był dumnym posiadaczem legitymacji ORMO i czynił z niej użytek na łamach którejś z książek.

Wszyscy troje (czyli Najstarsza, Mąż i ja) przeczytaliśmy „Oblicze Pana”z wielką przyjemnością, wręcz jednym tchem. Prawie jak kiedyś Pana Samochodzika. To tak miła odmiana po rozczarowaniu, jakim był dla nas serial „Czas honoru” (edit: a konkretnie pierwsza seria, potem już było trochę lepiej). Oglądałam go (do niedawna, potem przestałam w ogóle 😉 ) z narastającą irytacją. Bardzo złościła mnie nonszalancja z jaką jego twórcy podchodzą do realiów czasów, w którym umieścili akcję. Zdarzyło mi się jednak słyszeć, że się czepiam, bo to w końcu fikcja i najważniejsze, żeby było ciekawie dla widza. A widowni się podoba i serial ma tzw. oglądalność.

No cóż – fikcja fikcją, a realia historyczne – realiami. Mariusz Wollny po raz kolejny udowadnia, że można stworzyć fikcyjną historię, która z jednej strony będzie pasjonująca dla czytelnika, a z drugiej – nie będzie się kłócić z faktami.

Trzeba tylko chcieć. I umieć.

A Mariusz Wollny umie. I chce 🙂

Mariusz Wollny „Oblicze Pana”, wyd.: Otwarte, Kraków 2009

Kacper Ryx

Kacper Ryx

Pora przypomnieć jeden z naszych ulubionych cykli książkowych. Trochę zazdroszczę tym, którzy go nie znają, że mają tyle znakomitej lektury przed sobą 🙂

Wpis z 2 stycznia 2008 roku:

Książką roku 2007 w naszym domu jest niewątpliwie „Kacper Ryx”. Nieoficjalny plebiscyt wygrał w cuglach, aż trzema głosami – Najstarszej z córek, mojego Męża i moim. Córki Środkowa i Najmłodsza miały w nim swoje własne typy, ale one po prostu są jeszcze za małe na tę lekturę 😉 To książka dla młodzieży interesującej się historią i dla dorosłych o podobnych zainteresowaniach.

W dniu Trzech Króli Roku Pańskiego 1550 pod bramą krakowskiego kościoła św. Ducha znaleziono niemowlę płci męskiej. Na pamiątkę owego dnia postanowiono nazwać go Kacper Rex, ale (skutkiem omyłki pisarza parafialnego) ostatecznie nosi nazwisko Ryx…

W roku 1569 ów Kacper Ryx jest już studentem Akademii Krakowskiej, a ponadto wykazuje się niezwykłą inteligencją i talentem do rozwikływania rozmaitych zagadkowych spraw. Owemu talentowi zawdzięcza swe miano Inwestygatora Jego Królewskiej Mości

Król Zygmunt August, Jan Kochanowski, Mikołaj Rej, Mikołaj Sęp – Sarzyński, Łukasz Górnicki, Jan Zamojski (że o Panu Twardowskim nie wspomnę) to tylko najbardziej znane nazwiska z plejady postaci historycznych przewijających się przez karty tej książki. Poza tym całe tłumy mniej lub bardziej bezimiennych mieszkańców ówczesnego Krakowa. „Kacper Ryx” to książka, która mogłaby mieć podtytuł „Życie codzienne w Krakowie za czasów Zygmunta Augusta”. Znaleźć tam można dosłownie wszystko – od wyglądu lochów w Ratuszu przez opis operacji okulistycznej, aż po zawody strzeleckie Bractwa Kurkowego. A także: kulisy zawarcia unii lubelskiej, przejmujący opis egzekucji na Rynku, trochę wiedzy o zależnościach miedzy radą miejską, rektorem Akademii a dworem królewskim, początki poczty, próbę wyjaśnienia, co stało się z panem Twardowskim… Rzec można – dla każdego coś miłego 😉 Mój mąż z wielką przyjemnością czytał sobie o ówczesnej broni – zarówno białej, jak i palnej, a na mnie duże wrażenie zrobił opis szalonej podróży Kacpra rozstawnymi końmi do Lublina. Najstarsza, zapytana o to, co jej się w tej książce podobało najbardziej, odpowiedziała: to, że to wszystko mogło się wydarzyć naprawdę.

Wiedza jej autora, Mariusza Wollnego o Krakowie jest wręcz onieśmielająca. Chętnie pospacerowałabym po tym mieście z takim cicerone 😉 Wydaje się, że nie ma tam domu, którego historii by nie znał i legendy, której by nie wykorzystał. Wszystko to opisane tak realistycznie, że niemal czujemy smród unoszący się nad ulicami, po których wędrujemy z Kacprem 😉

Na okładce napisano: takiej historii nie znajdziecie w podręcznikach. Przypomniało mi to pewne ćwiczenia w czasie studiów, podczas których prawie cała nasza grupa wykazała się dużą wiedzą pozapodręcznikową (ku sporemu zaskoczeniu prowadzącego zajęcia) – bodaj na temat masonerii. Wyjątek stanowiła pewna stypendystka z USA, która nie brała udziału w naszych popisach elokwencji, a po zajęciach zapytała z podziwem graniczącym z przerażeniem: Skąd Wy to wszystko wiedzieliście ? Odpowiedzieliśmy zgodnie: Z Pana Samochodzika oczywiście !” 😉

„Kacper Ryx” to książka zanurzona w realiach  renesansowych, ale równocześnie bardzo współczesna w tempie narracji. Jej bohater wpada z jednych perypetii w drugie, z trudem znajdując czas na sen, a wszystko to w czasie, który powinien spędzać na wykładach. Okazuje się, że choć właściwie wszystko się od tamtych czasów zmieniło, to jedno zdaje się być ponadczasowe – ilość czasu, który studenci poświęcają na naukę 😉

Mariusz Wollny „Kacper Ryx”, wyd.: Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2007

Wpis z 6 maja 2009 roku:

To nie jest książka dla dzieci !!! (piszę o tym, bo ostatnio na jednym z forów pojawiły się wątpliwości)

O pierwszym tomie tego cyklu czyli  ”Kacprze Ryxie” napisałam, że jest to książka dla młodzieży zainteresowanej historią i dla dorosłych o podobnych zainteresowaniach. Uściślając: od gimnazjum wzwyż. Dla osób oczytanych i z wiedzą historyczną wykraczającą poza program szkolny..

Opinię tę podtrzymuję również jeśli chodzi o „Kacpra Ryxa i króla przeklętego”, bo jest to książka zaglądająca w jeszcze mroczniejsze zakątki szesnastowiecznego Krakowa. W tym tomie w ogóle wszystkiego jest jakby więcej – postaci historycznych, z którymi styka się Kacper, tajemnic, spisków, dziwnych spraw, okrucieństwa, strachu, śmierci. Trudno się zresztą temu dziwić.

Kacper Ryx jest Investygatorem Królewskim, a tytuł ten pochodzi od łacińskiego słowa investigo, co znaczy: śledzić, tropić, badać, poszukiwać. Jest więc kimś w rodzaju detektywa, śledczego. Przestępstw raczej nie popełniają (i tu się nic specjalnie nie zmieniło od XVI wieku) ludzie mili, grzeczni i dobrze wychowani.

Akcja tej części rozgrywa się w latach 1572 – 1574 i obejmuje okres bezkrólewia po śmierci Zygmunta Augusta, elekcję Henryka Walezego i krótki czas jego panowania w Polsce. Interegnum to czas zawieszenia, rozprężenia, bezhołowia, bo śmierć króla powodowała wygaśnięcie wszystkich dotychczasowych urzędów i przywilejów.

Kraków w tej książce to miejsce mało sympatyczne. Zupełnie nie przypomina tego miasta, które znamy teraz. Pełen ludzi – miejscowych i przyjezdnych, Polaków, Litwinów, Francuzów przybyłych z królem, Szkotów, Holendrów (i innych nacji, które w Rzeczpospolitej znajdowały schronienie przed prześladowaniami religijnymi we własnych krajach)… Zatłoczony, brudny i niebezpieczny.

No i jeszcze ten dwór królewski, francuskie otoczenie króla… Co tam się działo ! Nie – to zdecydowanie nie jest książka dla dzieci 😉

Ale za to jaka ciekawa ! A zostało jeszcze kilka niezakończonych spraw, co bardzo dobrze rokuje trzeciemu tomowi cyklu :-)))

Mariusz Wollny „Kacper Ryx i król przeklęty”, wyd.: Otwarte, Kraków 2008

Wpis z 5 marca 2012 roku:

Spieszę donieść, że ukazał się czwarty tom cyklu o Kacprze Ryxie, Inwestygatorze czterech kolejnych władców Rzeczpospolitej. Po „Kacprze Ryxie” i „Kacprze Ryxie i królu przeklętym” w zeszły roku moglismy przeczytać „Kacpra Ryxa i tyrana nienawistnego”, a kilka tygodni temu do księgarni dotarł „Kacper Ryx i król alchemików”

W posłowiu autor sumituje się nieco przed czytelnikami za tom trzeci – rzekomo niedopracowany i pisany na kolanie. Jeśli tak wygląda książka niedopracowana, to wolę się nie zastanawiać, na czym pisze większość publikujących obecnie autorów ! Mój Mąż, po przeczytaniu tego tomu, powiedział, że robi on wrażenie jakby pan Wollny pozazdrościł Sienkiewiczowi. Rzeczywiście – po pierwszych dwóch, w których Kacper z rzadka opuszczał Kraków, nie wypuszczając się poza granice Korony, tym razem autor zafundował mu przyspieszony, praktyczny kurs geografii Kresów Rzeczpospolitej Obojga Narodów i nie tylko, rzucając nim od Pskowa po Krym.

„Kacper Ryx i król alchemików” jest czwartym i zarazem (zgodnie z pierwotnym założeniem) ostatnim tomem cyklu. Jego bohater urodził się w roku 1550 i przyszło mu żyć pod panowaniem czterech kolejnych królów w burzliwych dla Rzeczpospolitej czasach. Każdy z tomów cyklu obejmuje panowanie innego z władców – od Zygmunta Augusta przez Henryka Walezego, Stefana Batorego do Zygmunta III Wazy. W chwili wstępowanie na tron jego następcy – Władysława IV – Kacper miałby 82 lata. To wiek jak na owe czasy matuzalemowy i na pewno nieodpowiedni do pełnienia funkcji Inwestygatora. Mariusz Wollny konsekwentnie podomykał wszystkie wątki i nieodwołalnie zakończył tetralogię o Kacprze Ryxie, ale równocześnie…

… pozostawił sobie furtkę do rozpoczęcia kolejnego cyklu. I nie mogę się już doczekać, kiedy z niej skorzysta 😉

Mariusz Wollny „Kacper Ryx i tyran nienawistny”, wyd.: Otwarte, Kraków 2011

Mariusz Wollny „Kacper Ryx i król alchemików”, wyd.: Otwarte, Kraków 2012

Rzeczywiście – doczekałam się 🙂 W następnych latach okazał się trzytomowy cykl „Krwawa Jutrznia” nazywany też „Kronikami Dymitriad”. Jest to historia syna Kacpra Ryxa – po uszlachceniu ojca nosi on miano Kacpra Turopońskiego. Ten cykl stanowi całość, tomy trzeba czytać po kolei i warto jest mieć od razu wszystkie, żeby nie robić sobie przerw w lekturze 😉 Podobnie jak w cyklu pierwotnym, są to książki fascynujące, trzymające w napięciu, świetnie napisane i znakomicie osadzone w realiach. To osadzenie sprawia, że są równocześnie dość brutalne i ociekające krwią, ale trudno się dziwić, bo takie były wydarzenia w nich opisywane .

Ukazało się także pięć opowiadań o Kacprze Ryxie seniorze. Wydarzenia w nich opisywane mieszczą się gdzieś pomiędzy tomami zasadniczego cyklu, ale to już jest lektura dla szczególnych maniaków tematyki, którzy po przeczytaniu pozostałych nie mogą się rozstać z bohaterem, epoką i Krakowem 😉

Wszystkie książki Mariusza Wollnego, a także wiele innych gadżetów z epoki można nabyć w Składzie Towarów u Kacpra Ryxa – w Krakowie tuż obok Kościoła Mariackiego albo przez internet 🙂

ArchiTekturki

ArchiTekturki

Wpis z 23 września 2015 roku:

ArchiTekturki” to książka która niewątpliwie robi wrażenie. Nie wiem tylko czym bardziej: formą czy ceną ? 😉

Cena rzeczywiście daje po oczach, ale jest uzasadniona – po pierwsze: formą wymagającą zegarmistrzowskiej precyzji przy konstruowaniu oraz ręcznego klejenia, a po drugie: mikroskopijnym wręcz nakładem, który wyniósł 1000 (słownie: jeden tysiąc) egzemplarzy (edit: potem na szczęście były jeszcze dodruki). W dodatku książka została wyprodukowana w Polsce, a nie w krajach Trzeciego Świata, gdzie często wykorzystywane są do tego dzieci, co też miało wpływ na cenę.

Mimo tego homeopatycznego wręcz nakładu i zaporowej ceny, które mocno ograniczyły zasięg czytelniczy tej publikacji, warto odnotować jej pojawienie się, ponieważ  „ArchiTekturki” to pierwsza od bardzo dawna polska książka typu pop-up i pierwsza wykorzystująca taką formę do popularyzacji wiedzy o architekturze współczesnej.

Ta książka to opowieść o kilkudziesięciu warszawskich miejscach i budynkach. Pokazujemy budowle małe i duże, piękne i brzydkie, pasujące do otoczenia i te, które odwracają się plecami do sąsiadów. Opisane zostały budynki – przyjaciele, które pozdrawiamy, przechodząc obok, i takie, które wolimy obchodzić z daleka. Bohaterów tej książki łączy jedno: wszystkie pokazane obiekty to zrealizowane marzenia ich autorów o lepszym mieście.

Wydało ją Muzeum Powstania Warszawskiego, co może budzić zdziwienie, bo powstanie kojarzy się raczej z unicestwieniem warszawskiej architektury. Warto jednak pamiętać, że większość wojennych zniszczeń Warszawy nie była związana z walkami powstańczymi, a samo powstanie to tylko etap w historii miasta – etap graniczny, między Warszawą dawną, tą tworzoną przez wieki, a Warszawą obecną, w której sąsiadują ze sobą ostańce tamtej dawnej i budynki powstałe w ostatnich siedemdziesięciu latach. Ważną częścią Muzeum jest Instytut Stefana Starzyńskiego i to z jego inicjatywy ( a personalnie – Agnieszki Szulejewskiej) powstała  ta książka.

Warszawa to miasto inne niż wszystkie. Są w Polsce i na świecie miasta większe, miasta starsze, miasta piękniejsze. Ale urok Warszawy kryje się w jej charakterze, na który składają się tysiące pozornie zupełnie niepasujących elementów – budynków, miejsc, historii, a przede wszystkim ludzi. Tych, którzy tu mieszkają i tych, którzy użyli swego talentu, aby uczynić to miasto wspanialszym i lepszym. Chociaż często ich wizje bardzo się od siebie różniły. 

Marlena Happach wybrała i opisała, a Robert Czajka narysował ponad 40 miejsc w Warszawie, które powstały w ciągu ostatnich 70 lat – od tunelu trasy W-Z po Dom Kereta. Są to rzeczy małe (jak Dom Kereta właśnie) i rozległe (jak Osiedle „Za Żelazną Bramą” czy Ursynów), takie, które budzą powszechny zachwyt i te ciut kontrowersyjne. 8 z nich ma swoją wersje trójwymiarowe, które rozkładają się, kiedy otwieramy książkę. Na końcu znajduje się spis ich wszystkich, wraz z nazwiskami projektantów (a dzięki strzałkom można bez trudu zobaczyć, które z nich łączą się poprzez osoby ich twórców). Bohdan Pniewski, Romuald Gutt, Zofia i Oskar Hansenowie, Józef Sigalin, Stanisław Jankowski, Halina Skibniewska, Marek Leykam, Marek Budzyński, Stefan Kuryłowicz czy grupa JEMS (i wiele, wiele innych nazwisk, w tym także mój Tata) – na tej liście jest cała historia polskiej architektury XX wieku (że o Normanie Fosterze i Danielu Liebenskindzie nie wspomnę).

W jednym z radiowych wywiadów towarzyszących premierze  ArchiTekturek” Marlena Happach opowiadała, że sporą trudność stanowiło dla niej pisanie o architekturze tak, aby uniknąć fachowych określeń, które mogłyby być zbyt trudne dla dzieci, do których adresowana jest ta książka. Sprawdzała ją więc na swoim, wówczas siedmioletnim synu i jeśli on czegoś nie rozumiał, zmieniała. Oczywiście nie dało się napisać takiej książki kompletnie bez użycia fachowego słownictwa, więc na końcu znajdziemy też podręczny słowniczek architektoniczny

Choć czasem trudno polubić Warszawę, ukrytą pod warstwą bannerów, brudu, rusztowań i tysięcy pozornie niepasujących do siebie elementów, warto zrozumieć, co powoduje te emocje. Kto i w jakich czasach tworzył przestrzeń stolicy, jak wyglądało zderzenie marzeń z rzeczywistością.

Tak jak budynki tu opisane są ucieleśnieniem marzeń ludzi o lepszym mieście, tak ta książka jest spełnieniem marzenia jaj twórców, aby architektura rozbudzała wyobraźnię grą przestrzeni, materiałów, technik i kolorów – inspirowała dzieci, aby w przyszłości potrafiły budować swoje marzenia. 

„ArchiTekturki” to książka, która co prawda powstała z myślą o młodych czytelnikach, ale zdecydowanie nie jest lekturą tylko dla dzieci. Myślę, że każdy, kto jest choć trochę zainteresowany Warszawą czy architekturą, sięgnie po nią z przyjemnością. A jeśli potem chciałby poczytać coś jeszcze, to bardzo zachęcam do sięgnięcia po książki Filipa Springera – przede wszystkim „Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL”, ale także „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach’ i najnowsze „13 pięter”.

Marlena Happach (tekst), Robert Czajka (projekt graf. i ilustracje)  „ArchiTekturki. Powojenne budynki warszawskie”, wyd.: Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2015

Jestem miasto. Warszawa

Jestem miasto. Warszawa

Wpis z 1 grudnia 2012 roku:

Mam, tak samo jak Ty // Miasto moje, a w nim: // Najpiękniejszy mój świat, // Najpiękniejsze dni…

Lubię miejsca z tradycją, lubię wiedzieć, co było kiedyś w miejscu, które znam teraz. Co prawda tu, gdzie stoi teraz nasz dom, jeszcze pięćdziesiąt lat temu szumiał las, ale w całkiem bliskim pobliżu mamy miejsca z bardzo ciekawą tradycją.

Jestem warszawianką nietypową. Urodziłam się gdzie indziej (choć to akurat teraz jest wśród mieszkańców stolicy dość częste 😉 ), ale przez cztery co najmniej pokolenia wstecz moi antenaci związani byli z Warszawą. Prezentowali przy tym sporą ruchliwość i dlatego zarówno moja Mama, jak i ja urodziłyśmy się i pierwszą dekadę życia spędziłyśmy w Bydgoszczy. Każda z nas w swoim czasie oczywiście.

Po przeprowadzce do Warszawy trudno było mi wrosnąć w to miasto. Szczególnie, że zamieszkaliśmy na niezbyt sympatycznym blokowisku na jego peryferiach, a w centrum bywałam niezbyt często. Przełomem było rozpoczęcie nauki w liceum, już w Śródmieściu – zaczęłam wtedy sama poruszać się po całej Warszawie, oswajać ją i wydeptywać w niej swoje własne ścieżki.

Moje córki już są definitywnie tutejsze, choć z racji mieszkania na peryferiach też nie do końca identyfikowały się z Warszawą jako całością. Już dla dwóch z nich przełomem było także pójście do liceum w Śródmieściu. Teraz mają w Warszawie własne szlaki i miejsca mnie nie znane. Jednym z takich miejsc dla Najstarszej z nich jest Czuły Barbarzyńca – księgarnia, kawiarnia, a czasem także wydawnictwo (edit: wtedy jeszcze na Powiślu). To właśnie Czuły Barbarzyńca wydał niedawno autorską, obrazową książkę Marianny Oklejak, a Najstarsza nabyła ją tam dla mnie.

Książka, którą trzymasz w ręku opowiada o Warszawie. Na jej kartach ukryte są tajemnice, które poznasz, patrząc uważnie. Rozejrzyj się wśród zakamarków, tajnych ścieżek. Podążaj szlakami ulic, budynków i placów, a twoje spostrzegawcze oko wnet odnajdzie fascynujące historie, niezwykłych bohaterów , zapomniane czasy Warszawy. Odkryj tysiące tysięcy jej dni. Odgadnij jej przyszłość !

Sześć tablic, a na nich kłębi się życie. Od drewnianego grodu otoczonego lasem na pierwszej z nich (Praczasy czyli bardzo dawno temu) po metropolię początków XXI wieku (Wawa dzisiaj). I na każdej nieodmiennie Syrenka – towarzyszy miastu i dzieli jego los, zmieniając się razem z nim.

Czy to jest książka dla dzieci, jak sugeruje jej rozmiar, sztywne strony i obrazkowość ? Nie – to książka dla każdego, kto chce zagłębić się w historie, które opowiada. A opowiada bez słów – poza tytułami stron oraz nazwami ulic, budynków czy nazwiskami osób na nich występujących.

Ale dobrze byłoby, gdyby dzieciom w tej wędrówce przez dzieje miasta towarzyszył ktoś, kto potrafi im wyjaśnić, co dzieje się na poszczególnych obrazkach i pomoże skojarzyć to, co widzą w książce, z rzeczywistymi miejscami w dzisiejszej Warszawie.

I jeszcze dobrze byłoby, żeby ten ktoś nie był purystą kartograficznym 😉 Bo jeśli by był, to mogłaby mu trochę przeszkadzać swoboda, z jaką autorka wpasowuje rozwijające się miasto w format strony, oraz to że w zależności od potrzeb Wilanów raz zbliża się i mieści na niej, a innym razem wyjeżdża poza stronę 😉 Ale przecież nie ścisłe trzymanie się odległości jest tu najważniejsze ! Sednem tej książki jest genius loci, a ten został oddany po mistrzowsku.

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2012

Marianna Oklejak „Jestem miasto. Warszawa”, wyd.: Wilga, Warszawa 2014

Kotka Brygidy

Kotka Brygidy

„Kotka Brygidy” po raz pierwszy ukazała się w 2007 roku, a niedawno wydało ją po raz drugi Wydawnictwo Muchomor. Lubiłam jej starą okładkę, ale nowa podoba mi się także, bo jest na niej uchwycone to, co było sednem świata bohaterki tej książki.

W tym wydaniu wydawnictwo określiło wiek czytelników na „13+” – moim zdaniem słusznie.

Przypominam to, co napisałam o „Kotce Brygidy” 19 kwietnia 2007 roku:

Dziś mija kolejna rocznica wybuchu powstania w Getcie warszawskim.

Na forum fanów Małgorzaty Musierowicz (edit: obecnie jest to forum ESD) toczyła się niedawno burzliwa dyskusja na temat opisanego w „Kalamburce” gestu Ignacego Borejki, który słuchając w 1968 roku telewizyjnego przemówienia Gomułki, rzucił w telewizor półmiskiem z pierogami bezpowrotnie niszcząc i jedno, i drugie. Spór dotyczył kwestii: czy miało to głębszy sens jako wyraz niezgody na wylewający się z ekranu antysemityzm, czy też był to li i jedynie akt bezmyślnego wandalizmu, wręcz wyczyn chuligański – jakże zaskakujący w wykonaniu człowieka kulturalnego i wykazującego się dotychczas stoickim charakterem?

W tym samym czasie natknęłam się na interesujący artykuł o Zofii Kossak w „Wysokich Obcasach”, a następnego dnia miałam okazję obejrzeć „Dworzec Gdański” – poruszający dokument o marcowych emigrantach. Czytam też systematycznie blog osoby używającej nicka Żydóweczka (edit: niestety ten blog już od dłuższego czasu nie istnieje). Wszystko to razem dostarczyło mi sporo materiału do przemyśleń nad złożonością i poplątaniem spraw polsko – żydowskich, a „Kotka Brygidy” wpasowała się w tę tematykę znakomicie.

 Jeden jest Bóg – mówiła Mama.

Ale Helena wiedziała swoje. Tam na Pradze, gdzie mieszkała, Bogów było trzech. I do wszystkich trzech modliła się co wieczór, zmieniając trochę modlitwę, której nauczyła jej Stańcia: „Panie Boże z kościoła, panie Boże z cerkwi, panie Boże z synagogi, Ojcze Nasz, który jesteś w niebie, święć się imię Twoje…”

Dzieciństwo Heleny upłynęło między kościołem św. Floriana a praską cerkwią i synagogą. Jej świat przykryty był kloszem troskliwości dorosłych, ograniczony do domu i podwórka. Nawet wojna toczyła się gdzieś na jego obrzeżach i pozornie nie dotykała jej bezpośrednio. Pozornie – bo w rzeczywistości pomału wszystko się zmieniało. Pierwszą nowością była wizyta wujka Eryka, zawsze przysyłającego jej z Berlina czekoladki, teraz w mundurze SS. Potem pojawiły się opaski, które nie wiadomo dlaczego musieli nosić wszyscy znajomi Żydzi – także ci, którzy stali się Żydami przez wojnę. Wkrótce wszyscy oni odeszli przez most Kierbedzia do getta, aby następnie powracać już pojedynczo i po jakimś czasie znikać. Helena przyjmowała to wszystko jak coś zwykłego, co po prostu się dzieje. Patrzyła i zapamiętywała – tak jak nakazał jej ojciec, kiedy pokazywał jej getto przez okno tramwaju.

„Kotka Brygidy” nie opowiada o Holokauście, próbuje natomiast opowiedzieć o postawach Polaków wobec niego. W książkach na których się wychowałam (np. w „Sprawie Honoru” Marii Kann) podział był prosty – szlachetni, odważni i wielcy duchem „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata” oraz ludzie mali, tchórze i szmalcownicy. W „Kotce Brygidy” właściwie nie ma postaci jednoznacznych i prostych motywacji. Najłatwiej jest zrozumieć prostą Stańcię – uosobienie tzw. antysemityzmu ludowego. Ona nie zastanawia się nad tym, co się dzieje – dla niej Żydzi to Żydzi i już. Pozornie ich los jest jej obojętny (A tam,wrócą. Nie po to robią im getto, żeby mieli wrócić.), ale dla swoich Żydów gotowa jest narazić siebie i swoich bliskich, bo przecież nasza Róża to Róża, a nie żadna Żydówka. Motywacje rodziców Heleny są dużo bardziej skomplikowane, a im więcej o nich wiemy, tym mniej rozumiemy. Coraz więcej pytań i żadnych odpowiedzi.

Wbrew temu, co sugeruje okładka i dziecięca bohaterka, „Kotka Brygidy” nie jest książką dla dzieci i na pewno nie powinna być pierwszą książką o Holokauście przeczytaną w życiu. Jej zrozumienie wymaga już pewnej wiedzy o historii i naturze ludzkiej.

Na tym świecie nie ma zbyt wielu aniołów. Chodzą po nim ludzie z krwi i kości, z ludzkimi słabościami i ograniczeniami. O tym, jak zachowają się wobec wyzwań ostatecznych, wiadomo dopiero wtedy, kiedy Historia już ich postawi przed taką próbą. My możemy być jedynie wdzięczni losowi, ze oszczędził nam podobnych doświadczeń i mieć nadzieję, że tak już zostanie.

Wyróżnienie literackie w konkursie Książka Roku IBBY 2007

Joanna Rudniańska „Kotka Brygidy”, wyd.: Pierwsze, Lasek 2007

Joanna Rudniańska „Kotka Brygidy”, ilustr.: Ewa Mędrek,  wyd.: Muchomor, Warszawa 2018

Podręczny Nieporadnik – Młotek

Podręczny Nieporadnik – Młotek

Wpis z 4 lutego 2010 roku:

Żyjemy w czasach, w których każde urządzenie zakupione w sklepie wyposażone jest w instrukcję we wszystkich językach świata, rozmiarów bez mała Encyklopedii Olgerbranda. Zawiera ona często tak doniosłe rady jak to, że nie należy wkładać kanapek do kieszeni na kasety video w odtwarzaczu 😉

Żyjemy w czasach, w których największy dział w księgarniach stanowią poradniki i nie ma chyba problemu, na który nie znalazło by się w nich antidotum.

Panowie Wojciech Widłak i Paweł Pawlak czyli duet autorski, którego pierwszym dziełem było „Sekretne Życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach”, poszli jeszcze o krok dalej i stworzyli dzieło nowatorskie – Podręczny Nieporadnik, poradnik a rebours czy też inaczej: Instrukcję Nieobsługiwania przyrządu wydawałoby się oczywistego.

„Młotek” to książka dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Począwszy od okładki, której skrzydełko posiada własną instrukcję obsługi, i skończywszy na stopce redakcyjnej. Spotkaliście się kiedyś z książką, w której stopka jest interesującą lekturą ? Nad całością unosi się Duch Dobrej Zabawy, a frajda, jaką Panowie W&P (vel Profesor Kurzawka i Adiunkt Kwas) mieli podczas jej tworzenia, wręcz się z jej kartek wylewa 😉

Z nadzieją czekam na, zapowiedziane pod koniec tej książki, kolejne Nieporadniki. (Edit: ukazały się jeszcze dwa – Grzebień i Rękawiczka oraz absolutne mistrzostwo świata w dziedzinie absurdu czyli „NIEkalendarz” (uniwersalny, pasuje do każdego roku i jeszcze można go kupić !!! 😉 ).

Wydawnictwo „Czerwony Konik” (kolejne bardzo obiecujące, małe wydawnictwo, które pojawiło się na naszym rynku !) wspólnie z portalem „Bajkopisarze” ogłosiło konkurs na kolejne Niezastosowania Młotka. Wydawać by się mogło, że twórcy Nieporadnika wyczerpali już wszystkie możliwości tego rodzaju, ale…

Na własne oczy mogłam się kiedyś przekonać, że Młotek Nie Służy do tłuczenia kotletów schabowych. Rzeczony kotlet, utłuczony z zaangażowaniem przez dziarskiego harcerza podczas obozowej służby kuchennej:

po pierwsze – trudno jest następnie oddzielić od deski;

po drugie – trudno jest go usmażyć;

po trzecie – może zawierać drzazgi i to w ilościach większych niż śladowe 😉

P.S.

W naszym domu ta książka zdecydowanie bardziej zainteresowała dorosłych niż dzieci – myślę, ze to ze względu na różnice doświadczeń związanych z młotkami i innymi tego rodzaju narzędziami. Dlatego zaliczam ją do książek wbrew pozorom – nie dla dzieci.

Książka nagrodzona tytułem Książki Roku IBBY 2009 za ilustracje i projekt graficzny.

Wojciech Widłak (tekst), Paweł Pawlak (ilustr.) „Młotek. Podręczny Nieporadnik Profesora Kurzawki & Adiunkta Kwasa”, wyd.: Czerwony Konik, Kraków 2009

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach

Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach

czyli nietypowa książka Widłaka, z nietypowymi ilustracjami Pawlaka i raczej nie dla dzieci –  jak powiedział o niej sam autor.

Wpis z 28 grudnia 2008 roku:

Wygląda jak stary kajet znaleziony gdzieś na strychu i pobieżnie oczyszczony z kurzu i pajęczyn. Czarna okładka, wytarta nieco na rogach, pożółkłe kartki, wyklejka w charakterystyczny, staroświecki wzorek, napisy w w kolorze starego złota… i tylko znaczki reklamowe na ostatniej okładce świadczą o tym, że rzecz jest całkiem współczesna.

A w środku – krasnale. W dziwnych nakryciach głowy – zupełnie nie przypominających czerwonych czapeczek do jakich przyzwyczaiły nas tradycyjne baśnie. Krasnale zadumane nad Sensem Wszystkiego. Krasnale tajemnicze – kryjące twarze pod rondami. Krasnale w Wielkich Kapeluszach.

Można je spotkać we Wrocławiu na fontannie przed Teatrem Lalek zaprojektowanej przez Pawła Pawlaka.

zdjęcie autorstwa Pawła Pawlaka – dziękuję 🙂

Zobaczyłem tę fontannę jeszcze przed jej uruchomieniem – powiedział Wojciech Widłak i zrozumiałem, że każdy z tych krasnali jest osobą, każdy z nich ma swoją historię. A ja poczułem, że muszę te historie spisać.

Tak jak umiałem, opisałem osobników w kapeluszach oraz wierzbę i kota, po czym wysłałem tekst do Pawła. Po jakimś czasie Paweł przysłał mi coś, co uważał za szkice ilustracji, natomiast ja od razu miałem poczucie, że to są już niemal gotowe ilustracje. Paweł dał się przekonać, wycyzelował je oczywiście, dodał smaczków, pokropił złotem i szkice w końcu znalazły się w książce. Moje opowieści też są właściwie szkicami – w tym sensie, że zapraszają czytelnika do dopowiedzenia sobie różnych różności.

zdjęcie autorstwa Pawła Pawlaka – dziękuję 🙂

Wierzbownik, Spragniony, Karmiący Ptaki, Puszczający Stateczki, Parasolnik, Ogrodniczka, Niewidzialnik, Rapsodnik nie są jedynymi krasnalami we Wrocławiu.  Można je tam spotkać na każdym kroku.

Nic dziwnego – w końcu Wrocław to miasto Pomarańczowej Alternatywy , a ona zaczęła się właśnie od krasnoludków. W stanie wojennym wszystkie antysocjalistyczne hasła na murach (w rodzaju: TV KŁAMIE albo WRONA SKONA) były starannie zamazywane białą farbą i straszyły plamami wyraźnie odcinającymi się od brudnych tynków. Któregoś dnia… na tych białych plackach pojawiły się krasnoludki. Trochę koślawe, w krzywych czapeczkach, zaskakujące i absurdalne. Od tamtego czasu i tamtych krasnali minęło 25 lat, a Krasnale w Wielkich Kapeluszach różnią się od nich właściwie wszystkim. Są po prostu z innej epoki.

Podobno zdarzają się tacy, którzy uważają, że wszystkie Krasnale w Wielkich Kapeluszach są jednakowe. Sądzą po pozorach ! Wielkie kapelusze zdają się im podstawowym wyróżnikiem, cechą najważniejszą, dominującą i skazującą krasnale na duchową, intelektualną i uczuciową szarość. Niech ten, kto tak sądzi, ma się jednak na baczności bo sam siebie osądza !

Każdy może znaleźć wśród nich Krasnala, z którym łączy go powinowactwo duchowe. Takie własne, krasnalowe alter ego. Dla mnie jest nim rzecz jasna Wierzbownik, z jego pasją przeczytania wszystkich książek świata 😉 A dla Ciebie ?

„Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach [opowieść o fontannie] * spisał Wojciech Widłak dzięki uprzejmości Pawła Pawlaka i krasnala Raspodnika, zilustrował Paweł Pawlak”, wyd.: Format, Łagiewniki 2008

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Dwoje ludzi

Dwoje ludzi

Skoro pojawił się temat książek obrazowych, myślę, że to najwyższa pora, że wstawić na półki Małego Pokoju kolejne książki Iwony Chmielewskiej.

Wpis z 3 maja 2014 roku:

Gdy dwoje ludzi żyje razem, to jest im łatwiej, bo są razem i jest im trudniej, bo są razem…

„Dwoje ludzi” to książka, którą czyta się i ogląda dość szybko, ale myśli o niej – długo. I, co najciekawsze, po każdym kolejnym kontakcie z nią dostrzegam w niej coś innego i myśli nią wywołane wędrują inną drogą.

Ta książka zawiera więcej prawdy o miłości i związkach dwojga ludzi niż wszystkie romanse świata, mimo że słowa w niej zawarte zmieściłyby się na jednej stronie maszynopisu…

Tym słowom towarzyszą obrazy, które dopełniają tekst i same są przez niego dopełniane. Dopiero razem tworzą tę opowieść.

Szperając po internecie w poszukiwaniu rzeczy pomocnych w napisaniu o tej książce, trafiłam na dwa bardzo ciekawe wywiady z Iwoną Chmielewską. Pierwszy, filmowy znajduje się na Portalu Edukacji Medialnej Civilia (edit: a raczej – znajdował się, bo teraz nie mogę znaleźć w necie tego portalu, zniknął 😦 ), a drugi to rozmowa z Agnieszką Sikorską – Celejewską dla portalu Qulturka. W tym ostatnim na pytanie: Tworzy Pani książki obrazkowe czy obrazowe? padła taka odpowiedź:

– Ech, dużo kłopotu z tą nazwą. Ja staram się tworzyć książki obrazowe. To dlatego, że nie zgadzam się na infantylizację sztuki dla dzieci. Słowo obrazek niesie ze sobą rodzaj uproszczenia i sprowadzenia obrazu w książce do funkcji podrzędnej tekstowi. Książka z obrazkami to opowieść z dołączonymi ilustracjami.

Zarówno w autorskich, jak i wspólnych projektach nie tworzę obrazków i nie zajmuję się tylko ilustracją. Staram się osiągać taki związek obrazu z tekstem, żeby powstawał rodzaj hybrydy, w której tekst jest niepełny bez obrazu, a obraz nie może byc odebrany w pełni bez tekstu.

A tak o tym, czym jest obraz, Iwona Chmielewska opowiadała Civilii:

– Obraz jest znakomitym narzędziem do prowadzenia narracji. W nieoczekiwany sposób można za jego pomocą, poza słowami dowiedzieć się o tym, co było przedtem, ale też dowiedzieć się można o tym, co było potem, dowiedzieć się, co było w miejscu, w którym nie jesteśmy w tekście…

Obraz nie powinien być łatwy, ponieważ za pomocą łatwo przyswajalnego obrazu nie dajemy szansy dzieciom i odbiorcom dorosłym na rozwój.

Obraz powinien zawsze wychodzić krok naprzód i zmuszać niejako inteligencję odbiorcy do samodzielnego współtworzenia tego obrazu już w głowie odbiorcy – do samodzielnego współtworzenia narracji w książce.

Dlatego ja nawet nie próbuję tutaj ani cytować kolejnych fragmentów tekstu, ani opowiadać, co jest na towarzyszących im ilustracjach. To po prostu trzeba przeczytać, zobaczyć i przeżyć samodzielnie !

Jak to zwykle bywa z książkami Iwony Chmielewskiej, z racji niewielkiej ilości tekstu i dużej ilości ilustracji również ta odbierana jest jako przeznaczona dla dzieci. Ona sama powiedziała:

– „Dwoje ludzi” jest książką, która może być odczytywana na każdym etapie życia. Równie dobrze może stanowić prezent na złote gody dla małżonków, jak i na 14. urodziny.

Staram się zawsze tak budować swoje książki, żeby były książkami dla ludzi, a nie książkami dla dzieci.

Jeśli opowiada się prostymi słowami i jednoczesnym obrazem, używając do tego prostych metafor, to można mówić nawet małym dzieciom o najtrudniejszych sprawach. Poza tym zawsze przyświeca mi myśl, że książka będzie dopełniana przez odbiorców na różnym etapie rozwoju świadomości ich własnymi koncepcjami, dlatego staram się robić książki otwarte. I raczej zadawać pytania, a nie formułować kategoryczne odpowiedzi.

Ale to, jakie pytania stawia ta książka, zależy wyłącznie od czytelnika. Bo każdy z nas musi je tak naprawę postawić sobie sam…

Iwona Chmielewska (tekst i ilustr.) „Dwoje ludzi”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2014

Edit: Iwona Chmielewska została nominowana do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!