Królewna

Królewna

Wpis z 13 grudnia 2015 roku:

Królewna pojawiła się na podwórku zupełnie niespodziewanie. Dzieci zajęte zabawą zapewne w ogóle nie zwróciłyby na nią uwagi, gdyby nie korona, która – piękna i błyszcząca – połyskiwała w słońcu mnóstwem tęczowych kamyków.

Natomiast sama królewna nie była zbyt ładna – taka jakaś blada, chuda i dość ponura. Stała w rogu podwórka pod trzepakiem, jakby na coś czekała. Dzieci przerwały zabawę i zaczęły wpatrywać się w królewnę z zaciekawieniem

– To omam bajkowy, pojawia się, gdy czyta się za dużo książek – stwierdziła Kasia. – Nie zwracajmy na nią uwagi, to zaraz zniknie...

Ostatnio wpadł mi w oko na Facebooku mem ze słowami: Nie ma czegoś takiego jak „za dużo książek”. Może być tylko „za mało półek”. Nieprawda – sytuacja za dużo książek występuje wtedy, kiedy na własnych półkach nie jesteśmy w stanie znaleźć książki, która jest nam potrzebna i która na pewno gdzieś na nich jest. Czasem łatwiej jest wtedy wypożyczyć ją z biblioteki 😉 Taki właśnie problem miałam dziś, kiedy usiłowałam zlokalizować w domu poprzednie wydanie „Królewny” Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel – z ilustracjami Ewy Poklewskiej – Koziełło. Wtedy ukazała się równolegle z „Gęboludem.

Teraz jej nie znalazłam, więc muszę polegać na własnej pamięci i ilustracjach zamieszczonych na stronie wydawnictwa. Trudno mi porównywać te dwie kreskiMarianny Oklejak i Ewy Poklewskiej – Koziełło, ale mimo że tak różne, to i jedne ilustracje, i drugie moim zdaniem dobrze ilustrują tę historię. Nie potrafię wybrać, które bardziej pasują.

ilustr. Marianna Oklejak
ilustr. Ewa Poklewska – Koziełło

Kiedy wróciłam do „Królewny” po latach, moją pierwszą myślą było to, że znane mi dzisiejsze dzieci, będą się w niej utożsamiać raczej z Królewną niż z Kasią, Szymonem, Martą i resztą towarzystwa z podwórka. One już właściwie nie znają takich swobodnych zabaw podwórkowych. Na placach zabaw widzę maluchy pod opieką dorosłych. Starsze dzieci (takie już bardziej szkolne) czas wolny od lekcji spędzają albo na zajęciach dodatkowych albo w domach przed komputerami czy tabletami. Nawet gdyby znalazły czas, żeby wyjść pobawić się na dworze, to trudno go zsynchronizować z zajęciami innych i po prostu nie ma się z kim bawić. Sekrety ze szkiełek i sreberek od czekolady, grę w kapsle czy nawet skakanie przez gumę niedługo znać będą tylko z książek czy filmów. Podobnie jak kłótnie o to, kto wygrał w klasy czy cztery ognie i mozolne dochodzenie do kompromisów bez ingerencji opiekunów.

Więc może nauka, jaka z tej książki płynie – że to nie drogie zabawki i fachowa opieka są w dzieciństwie potrzebne do szczęścia – jest bardziej dla dorosłych niż dla dzieci ???

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Królewna”, ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2015

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Królewna”, ilustr.: Ewa Poklewska – Koziełło, wyd.: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2004

O słodkiej królewnie i pięknym księciu

O słodkiej królewnie i pięknym księciu

Wpis z 5 października 2008 roku:

Zaczyna się jak każda bajka: była sobie Królewna (całkiem ładna, inteligentna i zdolna) i był sobie oczywiście Piękny Książę. Spotkali się i pokochali, a potem…

Potem powinno paść sakramentalne: i żyli długo i szczęśliwie…

Tak przynajmniej kończą się normalne bajki.

Ale ta – nie.

Ta bajka jest inna niż wszystkie, ponieważ tak naprawdę zaczyna sie tam, gdzie inne się kończą.

„O słodkiej królewnie…” to opowieść o związku dwojga ludzi i o tym, jak on sie zmienia. Pokazuje moment zakochania z całą jego irracjonalnością – bo czy tak naprawdę jest jakieś logiczne wytłumaczenie tego, dlaczego właśnie w tym momencie i dlaczego właśnie w tej osobie ? Potem mamy etap fruwania nad ziemią (na skrzydłach miłości oczywiście) oraz nieuchronne twarde lądowanie, kiedy (również nieuchronnie) pojawia się Nuda i Wątpliwości. Bo gdy pojawiają się Wątpliwości, to nic już nie jest takie samo jak przedtem. A jeszcze potem…

Roksana Jędrzejewska – Wróbel oferuje czytelnikom aż trzy zakończenia i sami możemy zdecydować, co będzie potem. Możemy też wymyślić własne. Żadne z nich nie jest happy endem, bo pod tym określeniem rozumiemy na ogół szczęście, które przychodzi samo, bez wysiłku. Nawet rozwiązanie drugie (to z założenia najszczęśliwsze) wymaga od Królewny i Księcia gotowości do zmian i pracy nad sobą. Uświadamia też ważną prawdę, że aby podobać się innym musimy najpierw podobać się sobie samym i samych siebie polubić.

Najmłodsza z moich córek wybrała właśnie zakończenie drugie czyli to w którym Królewna z Księciem podejmują próbę uratowania miłości i potem pielęgnują ją troskliwie. Mam nadzieję, ze dzięki temu łatwiej jej będzie zrozumieć, że my – rodzice czasem potrzebujemy samotności we dwoje, bez dzieci 😉

Pięcioletni Leo, którego rodzice właśnie się rozwiedli, odebrał tę książkę inaczej. Jego Mama napisała na jednym z forów dla rodziców: Na początku Leo w ogóle nie chciał, żebym ją czytała. Po pierwszych stronach kazał mi przerywać. Dopiero niedawno dotarliśmy do końca. Leo zawsze wybiera jedno i to samo zakończenie – pierwsze. I tak sobie myślę, jak wiele ten jego wybór mówi o jego oczekiwaniach. Zburzyliśmy jego świat. Tylko to się liczy. Że sami mamy własne chciejstwa i niechciejstwa – on jeszcze nie dostrzega.

„O słodkiej królewnie…” to moim zdaniem książka dla dzieci nieco starszych niż sugerowałby to jej rozmiar oraz baśniowy entourage. Świadczą o tym również ilustracje Agnieszki Żelewskiej – bardziej schematyczne i pozornie mniej dopracowane niż w innych książkach przez nią ilustrowanych (np. w  ”Gęboludzie”,  ”Rynnie” czy „Bajkach na krótką metę”). Jest to książka dla dzieci, których rodzice są na wszystkich etapach związku opisanych w niej – bo (mam nadzieję) pomaga zrozumieć, dlaczego jest tak, jak jest. Warto, żeby przeczytali ją również dorośli, ponieważ w krótkich słowach zmusza do zastanowienia nad tym, gdzie jesteśmy i dlaczego jest tak jak jest.

Myślę że powinna być ona obowiązkową lekturą dla narzeczonych. Uświadamia bowiem, że zakochanie nie jest stanem wiecznym, a miłość, której owo zakochanie jest początkiem, nie jest nam dana na zawsze i wymaga troskliwej pielęgnacji.

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „O słodkiej królewnie i pięknym księciu. Opowieść z 3 zakończeniami do wyboru”,  ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2008

Księżniczka Koronka i książę Hafcik

Księżniczka Koronka i książę Hafcik

Wpis z 22 marca 2013 roku:

Gdzieś między „Hobbitem” a kolejnym tomem cyklu „Heartland” Najmłodsza z córek wyraziła pragnienie przeczytania „Romea i Julii”. W pierwszym odruchu zgłosiłam wątpliwość, czy jest to odpowiednia literatura dla trzynastolatki, ale szybko przypomniałam sobie, że jej szekspirowska imienniczka była tylko niewiele starsza.

I tak to u nas w domu jest, że trzynastolatka czyta Szekspira, natomiast jej matka – „Księżniczkę Koronkę i Księcia Hafcika” Liliany Bardijewskiej. A jak się nad tymi książkami dobrze zastanowiłam, to doszłam do wniosku, że obie są o tym samym, ale moja przynajmniej dobrze się kończy 😉

Dawno, dawno temu, a nawet jeszcze dawniej, na północ od południa rozciągało się Królestwo Koronek, białe, bialutkie, zimne, zimniutkie. Królowała w nim królowa Bielissima, calutka cała bielutka biała.

Zaś na południe od północy ciągnęło się wzdłuż i wszerz Królestwo Haftów, ciepłe cieplutkie, barwne barwniutkie. A królowała w nim Królowa Barwinessa, cała barwniutka, barwna calutka.

Miała królowa Bielissima ukochaną córkę, piękną jak płatek śniegu – księżniczkę Koronkę, całą caluśką białą bieluśką. (…) Zaś królowa Barwinessa miała ukochanego syna, pięknego jak malowanie, księcia Hafcika, całego calutkiego barwnego barwniutkiego.

I oto mamy koronkową Julię i haftowanego Romea, których połączyła miłość niepowstrzymana. Miłość tak wielka, że zdołała spruć mur dzielący zwaśnione królestwa ich matek.

Wymieszały wiatry dokładnie południe z północą, upał z mrozem, kolor z bielą ! Już nic nie było takie samo ! Patrzyli na to południowi poddani, patrzyła królowa Biellissima i wszyscy kraśnieli ze zdziwienia. Patrzyli na to północni poddani, patrzyła królowa Barwinessa i wszyscy bledli ze zdziwienia. Musieli przyznać – było pieknie i coraz piękniej. (…) A książę Hafcik i księżniczka Koronka trzymali się za ręce i świata poza sobą nie widzieli.

Im dłużej myślę o tej książce, tym bardziej jestem pewna, że powstała po to, aby mogła ją zilustrować Ewa Kozyra – Pawlak. Bo tylko ona jedna potrafi wyczarować taki koronkowo – gałgankowy świat. A ja oczywiście jak zwykle nie potrafiłam się mu oprzeć 🙂

Liliana Bardijewska „Księżniczka Koronka i książę Hafcik”, ilustr.: Ewa Kozyra – Pawlak, wyd. Literatura, Łódź 2012

Cudowna studzienka

Cudowna studzienka

Już najwyższa pora, żeby na półkach nowego Małego Pokoju stanęły znowu książki zilustrowane przez Elżbietę Wasiuczyńską. Dziś pierwsza z nich, o której pisałam 26 września 2014 roku:

Cudowna studzienka” to książka zaiste cudowna 🙂

Pod bajdułem, pod prastarym, // co potężne ma konary, // i do nieba liśćmi sięga, // wśród korzeni, // w opuszczonej norze lisiej, // zapomniana leży księga. // Obszarpana, // mchem i próchnem przysypana, // lecz ma jeszcze całe karty // druk wcale niezatarty // – księga, która często śni się.

Cieszę się za każdym razem, kiedy na naszym rynku wydawniczym pojawiają się książki z baśniami spoza dominującego na nim twardego kanonu Braci Grimm i Andersena. Z odchodzącymi w zapomnienie baśniami, przekazywanymi dotychczas z pokolenia na pokolenie przekazem ustnym, opowiadanymi przez babcie, ciocie, mamy – książki takie jak „Bajarka opowiada” czy „Święta lipka”… A kiedy jeszcze są tak pięknie ilustrowane, radość moja nie zna granic.

„Cudowną studzienkę” kupiłam więc na niewidzianego, od razu, kiedy się ukazała, kierując się zaufaniem do dwóch nazwisk – Joanny Papuzińskiej, która dokonała wyboru baśni do tego zbioru oraz ilustrującej je Elżbiety Wasiuczyńskiej.

Szukam jej od lat czterdziestu // i wiem, że na pewno jest tu // w naszym kraju, // gdzieś ukryta, // chciałabym ją czytać, czytać…

Joanna Papuzińska, autorka wiersza „Pod bajdułem”, który tę książkę otwiera, tak napisała w posłowiu do niej: Kiedy jeszcze byłam młodocianą czytelniczką, nie rozstawałam się z potężnym czerwonym tomem „Bajarz polski”. Towarzyszył mi on wszędzie, na wakacjach, w podróżach, w chorobie i zdrowiu. A ponieważ życie nie było w tamtych czasach ani tak wygodne, ani tak spokojne jak dzisiaj, biedy „Bajarz” zapłacił spora cenę za tę tułaczkę. Z biegiem czasu stawał się coraz bardziej zniszczony, jego czerwona okładka – coraz bardziej obszarpana, a jego strony coraz bardziej sfatygowane i wytarte. Ale to nic. I tak był naszym ukochanym „Bajarzem”, którego nic nie mogło zastąpić.

Część z baśni zawartych w „Bajarzu” znalazła swoje miejsce w „Cudownej studzience”, ale są tam też inne, które wydały się pani Joannie najważniejsze, najciekawsze i te, które najbardziej przypadły jej do serca. Niektóre znamy wszyscy – jak tę o Smoku Wawelskim czy Złotej kaczce, ale inne czytałam po raz pierwszy albo kołatało mi się podczas lektury po głowie nikłe echo – jakbym kiedyś gdzieś już to słyszała.

Kupiłam tę książkę z myślą o prezencie gwiazdkowym dla czterolatki, ale od razu, kiedy do niej zajrzałam, zrozumiałam, że będzie ona jeszcze musiała na ten prezent poczekać. Język Gustawa Morcinka, Jana Kasprowicza czy Adolfa Dygasińskiego byłby dla niej jeszcze za trudny. Co prawda Joanna Papuzińska nieco uwspółcześniła pisownię i dodała słownik wyjaśniający niektóre archaizmy, ale, jak sama napisała: nie wszystkie, bo chciałam, żeby czytelnik mógł poczuć smak staropolskiej mowy. Myślę, że dobrym adresatem „Cudownej studzienki” będzie dziecko ok. 10 lat – czyli na tyle duże, aby już w miarę biegle czytać i rozumieć, że język współczesny różni się od tego używanego przed laty, ale jeszcze nie tak duże, żeby uznało, że jest na czytanie baśni zbyt nastoletnie 😉

Lecz nikt nie wie // o tym drzewie, // o bajdule. // Nikt nie słyszał nic w ogóle. // Tylko tyle, że jest stary, // że potężne ma konary, // że do nieba liśćmi sięga // i że pod nim leży księga.

Ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej – tym razem malowane, a nie szyte – też wskazują na to, że nie jest to książka dla małych dzieci, choć okładka może być myląca (mnie zmyliła !). To, co zobaczyłam w środku książki skojarzyło mi się z zespołem Mazowsze w tańcu 😉 – ta feeria żywych barw i migoczących przed oczami, nieco rozmazanych pasków. Ona sama, opowiadając o nich na swoim blogu, określiła ich styl jako łowiczyzm pasiasty i ta nazwa (podobna nieco do „Ślimaczyzmu w zarysie” z książki o ślimaku Kacperku ) bardzo mi się podoba.

W związku z ta książką i blogiem mam marzenie i może, jak się nim tutaj podzielę, to się spełni ? Otóż marzy mi się dorosła, autorska edycja tych baśni streszczonych mistrzowsko przez ich ilustratorkę. Jak by to wyglądało ? Voila – oto na przykład „Dąb albo barani kożuszek” albo „Żelazne trzewiczki” w mistrzowskiej interpretacji Elżbiety Wasiuczyńskiej. Proszę klikać i czytać !

A wydawnictwo Media Rodzina bardzo proszę, żeby możliwośc takiej edycji rozważyło życzliwie 🙂

„Cudowna studzienka. Baśnie polskie” (seria: Baśnie świata), wybór i opracowanie: Joanna Papuzińska, ilustr. Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2013

Ale to jeszcze nie koniec !!! Co prawda książka moich marzeń nie ukazała się dotychczas, ale w odpowiedzi na ten wpis Ela popełniła bajkę specjalnie dla mnie. Takie są niespodziewane uroki życia blogera książkowego 🙂

Oto ona —> „O królewiczu – kmiotku, piesku Szczereczku, kotku Mruczku i czarodziejskim pierścieniu”

Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach

Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach

czyli nietypowa książka Widłaka, z nietypowymi ilustracjami Pawlaka i raczej nie dla dzieci –  jak powiedział o niej sam autor.

Wpis z 28 grudnia 2008 roku:

Wygląda jak stary kajet znaleziony gdzieś na strychu i pobieżnie oczyszczony z kurzu i pajęczyn. Czarna okładka, wytarta nieco na rogach, pożółkłe kartki, wyklejka w charakterystyczny, staroświecki wzorek, napisy w w kolorze starego złota… i tylko znaczki reklamowe na ostatniej okładce świadczą o tym, że rzecz jest całkiem współczesna.

A w środku – krasnale. W dziwnych nakryciach głowy – zupełnie nie przypominających czerwonych czapeczek do jakich przyzwyczaiły nas tradycyjne baśnie. Krasnale zadumane nad Sensem Wszystkiego. Krasnale tajemnicze – kryjące twarze pod rondami. Krasnale w Wielkich Kapeluszach.

Można je spotkać we Wrocławiu na fontannie przed Teatrem Lalek zaprojektowanej przez Pawła Pawlaka.

zdjęcie autorstwa Pawła Pawlaka – dziękuję 🙂

Zobaczyłem tę fontannę jeszcze przed jej uruchomieniem – powiedział Wojciech Widłak i zrozumiałem, że każdy z tych krasnali jest osobą, każdy z nich ma swoją historię. A ja poczułem, że muszę te historie spisać.

Tak jak umiałem, opisałem osobników w kapeluszach oraz wierzbę i kota, po czym wysłałem tekst do Pawła. Po jakimś czasie Paweł przysłał mi coś, co uważał za szkice ilustracji, natomiast ja od razu miałem poczucie, że to są już niemal gotowe ilustracje. Paweł dał się przekonać, wycyzelował je oczywiście, dodał smaczków, pokropił złotem i szkice w końcu znalazły się w książce. Moje opowieści też są właściwie szkicami – w tym sensie, że zapraszają czytelnika do dopowiedzenia sobie różnych różności.

zdjęcie autorstwa Pawła Pawlaka – dziękuję 🙂

Wierzbownik, Spragniony, Karmiący Ptaki, Puszczający Stateczki, Parasolnik, Ogrodniczka, Niewidzialnik, Rapsodnik nie są jedynymi krasnalami we Wrocławiu.  Można je tam spotkać na każdym kroku.

Nic dziwnego – w końcu Wrocław to miasto Pomarańczowej Alternatywy , a ona zaczęła się właśnie od krasnoludków. W stanie wojennym wszystkie antysocjalistyczne hasła na murach (w rodzaju: TV KŁAMIE albo WRONA SKONA) były starannie zamazywane białą farbą i straszyły plamami wyraźnie odcinającymi się od brudnych tynków. Któregoś dnia… na tych białych plackach pojawiły się krasnoludki. Trochę koślawe, w krzywych czapeczkach, zaskakujące i absurdalne. Od tamtego czasu i tamtych krasnali minęło 25 lat, a Krasnale w Wielkich Kapeluszach różnią się od nich właściwie wszystkim. Są po prostu z innej epoki.

Podobno zdarzają się tacy, którzy uważają, że wszystkie Krasnale w Wielkich Kapeluszach są jednakowe. Sądzą po pozorach ! Wielkie kapelusze zdają się im podstawowym wyróżnikiem, cechą najważniejszą, dominującą i skazującą krasnale na duchową, intelektualną i uczuciową szarość. Niech ten, kto tak sądzi, ma się jednak na baczności bo sam siebie osądza !

Każdy może znaleźć wśród nich Krasnala, z którym łączy go powinowactwo duchowe. Takie własne, krasnalowe alter ego. Dla mnie jest nim rzecz jasna Wierzbownik, z jego pasją przeczytania wszystkich książek świata 😉 A dla Ciebie ?

„Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach [opowieść o fontannie] * spisał Wojciech Widłak dzięki uprzejmości Pawła Pawlaka i krasnala Raspodnika, zilustrował Paweł Pawlak”, wyd.: Format, Łagiewniki 2008

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Gębolud

Gębolud

Wpis z 4 marca 2017 roku:

Po raz pierwszy „Gębolud” ukazał się w 2004 roku nakładem Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego. Wtedy była to jedna z ukochanych książek mojej Najmłodszej. Potem wydało ją Wydawnictwo Literatura, a teraz wznowiło Wydawnictwo Bajka.

Ja także bardzo lubiłam historię Gęboluda i Pyzatej, a nawet pokusiłam się o jej własną interpretację:

Czy ktoś, kto urodził się w rodzinie strasznych czarnoksiężników może zostać w życiu kimś innym niż strasznym czarnoksiężnikiem? Nie ??? Nawet jeśli tak naprawdę to pragnie być ogrodnikiem, miłym panem, który lubi zwierzęta i dzieci ? Gdy zamiast mieszać śmierdzące czarne mazidła, chciałby hodować róże, a z ich pachnących płatków robić konfitury i olejek różany ? Niemożliwe ??? Możliwe, możliwe – jeśli tylko włączy się w tę sprawę dobra czarownica Hortensja i postawi na jego drodze małą pyzatą istotkę.

Czytałam Najmłodszej tę książeczkę wiele razy i widziałam w niej tylko sympatyczną historyjkę o miłym czarodzieju. Optymistyczną opowiastkę o tym, że dużo lepiej jest mieć kogoś do kochania, niż być samotnym i ponurym. I jeszcze – że w wysprzątanym i czystym domu jest dużo przyjemniej niż w brudzie i bałaganie. Sympatyczność tej książeczki dodatkowo podkreślają ciepłe, pastelowe ilustracje Agnieszki Żelewskiej, która jest etatową ilustratorką książek Roksany Jędrzejewskiej Wróbel (Najmłodsza najbardziej lubi ten obrazek, na którym Gębolud i myszka kąpią się – każde w swojej wannie, ale w identycznych pozach 😉 ).Dopiero ostatnio, kiedy kolejny raz przeczytałam słowa: Tatuś ? Jaki śliczny tatuś ! doznałam olśnienia – „Gębolud” to historia faceta, który zostaje ojcem.

Dochodzenie mężczyzny do ojcostwa jest zupełnie inne niż nasze, kobiece do macierzyństwa. Związek kobiety z dzieckiem jest naturalny i oczywisty, a w dodatku wspierają go hormony. Dla mężczyzny pojawienie się na świecie malucha (dość odległe w czasie od aktu poczęcia) ma w sobie posmak czarów. Pstryk i jest 😉 Zupełnie tak samo, jak w życiu Gęboluda pojawiła się Pyzata. Pojawiła się i wywróciła do góry nogami cały jego specyficznie uporządkowany świat. Wywróciła do góry nogami, a jemu wcale to nie przeszkadza. Nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz przeciwnie – jest bardzo zadowolony. To muszą być czary – bo jeśli nie one, to co ???

Moja recenzja doczekała się niespodziewanej dla mnie reakcji Autorki, która skomentowała ten wpis następująco:

Wow ! Ale dałaś. Historia o stawaniu się ojcem ! Ja chciałam chyba napisać o marzeniach, o buntowaniu się przeciwko stereotypom – „Tatuś był mógł to i ty powinieneś”. O tym, że każdy ma własną drogę i sensem zycia jest jej szukanie… To na poziomie świadomym chciałam. Ale co tam u autora w podświadomości piszczy, tego się on może dowiedzieć od recenzenta 🙂 Wielkie dzięki za taki pomysł, zawsze uważałam, że książki po wydaniu żyją własnym życiem, niezależnym od intencji autora. I jest w nich dokładnie to, co czytelnik zobaczy. Sama jako czytelniczka daję sobie takie prawo.

Pamiętam, że zrobiło mi się bardzo miło, kiedy to przeczytałam.

Agnieszka Żelewska, która ilustrowała także wydanie poprzednie, przygotowała do tego całkiem nowe ilustracje. Nie podejmę się nazwać techniki, w jakiej zostały one wykonane, miejscami robią wrażenie wyklejanki z papierowych wyrywanek. Trochę się tego obawiałam, na szczęście Gęboluda i Pyzatej nie sposób na nich nie poznać 😉 Ta wersja jest, powiedziałabym, nieco bardziej surowa niż poprzednia, i okładka, i początkowe ilustracje utrzymane są w gamie barw zdecydowanie odpowiadających stanowi domostwa naszego Czarodzieja sprzed zmian.

Ja jednak pozostanę wierna tamtym poprzednim, co nie zmienia faktu, że bardzo cieszę się z tego wznowienia, bo następne pokolenie zasługuje na to, żeby móc się zaprzyjaźnić z Gęboludem i Pyzatą 🙂

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Wydawnictwo Literatura Łódź 2010

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Warszawa 2004

Mały Książę

Mały Książę

Zbliża się Dzień Dziecka i jest to jedyny czas w roku, kiedy kultura dla dzieci staje się tematem nieco mniej niszowym. Wczorajszy „Pegaz” był w całości jej poświęcony – jeśli ktoś chciałby go obejrzeć, zapraszam tutaj 😉
Jednym z zaproszonych gości był dr Michał Zając, który polecał tam nowe wydanie „Małego księcia” w przekładzie Henryka Woźniakowskiego z ilustracjami Pawła Pawlaka. Mogę się pod tą rekomendacją podpisać oburęcznie 😉 

Wpis z 21 września 2018 roku:

W księgarniach kameralnych od jakiegoś czasu, a we wszystkich pozostałych od 3 października – „Mały Książę” w przekładzie Henryka Woźniakowskiego i (co najważniejsze !!!) z nowymi ilustracjami Pawła Pawlaka.

Nie widziałam nigdy tej książki z innymi ilustracjami niż autorskie, nie wiem, czy w ogóle były, bo do niedawna chyba nie było to możliwe. Twórczość Antoine’a de Saint-Exupery’ego od 2015 roku jest w domenie publicznej na całym świecie z wyjątkiem Francji, gdzie ma on status poległego za Francję, co wydłużyło ich ochronę do 2044 roku.

„Mały Książę” nie był nigdy moją ukochaną książką i zapewne dlatego nie mam problemów z zaakceptowaniem go w tej wersji, ale wiem, że nie wszystkim przychodzi to łatwo. Z drugiej strony: przyzwyczaiłam się uważać wersję Saint-Exupery’ego za dzieło autorskie – kompletne i skończone, a pewną nieporadność ilustracji za uzasadnioną i wynikającą z tekstu. Chyba nigdy wcześniej nie przyszło mi w ogóle do głowy, że można widzieć Małego Księcia inaczej niż w niebieskim płaszczu do ziemi, mimo że w książce jego wygląd nie został wcale opisany.

Odwagę Pawła Pawlaka, żeby się zmierzyć z tym kanonicznym wizerunkiem przyjęłam z zaskoczeniem, które potem zmieniło się w podziw. On sam tak mówił o tym w wywiadzie dla „Książek dla dzieci i młodszych dorosłych”, dodatku do dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do czytania” :

– Bałeś się ?

Przeilustrować kanon ? Nie podjąłbym się zilustrowania „Muminków”. Podobnie jak „Kubusia Puchatka” – ilustracje Ernesta Sheparda czy Tove Jansson są nie tylko kanoniczne, ale też perfekcyjne.

– A w „Małym Księciu” nie ?

Muszę to powiedzieć, niezależnie od tego, jak to zabrzmi: to są złe ilustracje. Widzę w nich nieporadność, ale przede wszystkim brak emocji. Spójrz, oczy Małego Księcia są na nich puste. A przecież to emocje budują związek między oglądającym a książką.

– A jednak reprodukowane są przez pół świata – znajdziesz je nie tylko w książkach, ale także na notesach, koszulkach, a nawet butach.

Ale zwróć uwagę, że większość tych ilustracji jest uśliczniona. Kolory są mocniejsze, formy wyrazistsze, oczka bardziej niebieskie. Na stronie nowojorskiego Morgan Library & Museum, w którym jest przechowywany rękopis „Małego Księcia”, można obejrzeć oryginały Saint-Exupery’ego. One mają jeszcze słabsze, bledsze, bardziej bure kolory niż te, które znamy choćby z polskich wydań. (…)

Musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie: kim mam być wobec tekstu ? Uznałem, że siłą rzeczy muszę zostać barbarzyńcą, który wyszturchnie Saint-Exupery’ego z jego własnej książki i nada jej całkiem inny charakter…

To się udało – ilustracje Pawła Pawlaka w żadnym miejscu nie kojarzą się z oryginalnymi, są zupełnie inne. Nawet wąż zamknięty, który u Saint-Exupery’ego wygląda jak kapelusz typu fedora, tutaj jest bardziej melonikiem 😉 Dominującymi kształtami są w nich trójkąty i koła. Te pierwsze, nieprzytulnie kanciaste są wszędzie tam, gdzie jest nieprzyjaźnie i groźnie. Drugie wiążą się z miłością i bezpieczeństwem. Okrągła jest piękna ukochana Księcia – róża, okrągłe są planety, przez które wędruje, w okrąg także wpisane jest uczucie, które połączyło pilota z chłopcem.

Dzięki temu, że są tak inne od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni, te ilustracje pozwalają spojrzeć inaczej na całą tę historię. Warto dać sobie na to szansę…

Antoine de Saint-Exupery „Mały Książę”, przekł.: Henryk Woźniakowski, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Znak, Kraków 2018

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Wierzbowa 13

Wierzbowa 13

Zastanawiałam się, jaką książkę wstawić teraz na półki Małego Pokoju, ale kiedy dowiedziałam się, że dziś mija 20 rocznica śmierci Danuty Wawiłow, wybór mógł być tylko jeden.

Wpis z 19 marca 2006 roku:

Przy ulicy Wierzbowej stoi sobie blok – pozornie całkiem zwyczajny, taki, jakich wiele dookoła nas. Normalne ponure korytarze z pobazgranymi ścianami, normalna skrzypiąca winda, śmierdzący zsyp i lokatorzy też wydawałoby się zupełnie przeciętni. Od innych bloków odróżnia go tylko to, że oprócz zwykłych ludzi mieszkają w nim najrozmaitsze Straszydlaki rodem z odchodzących w zapomnienie podań ludowych – strzygi, nocnice, rusałki, wilkołak, bazyliszek.

Straszydlaki, tak jak w starej ludowej piosence: dobrym ludziom pomagają, a złym ludziom narobią szkody. Czasem trzymają się ich głupie żarty – nastraszą listonosza albo zaplotą w nocy warkoczyki wszystkim i na czym tylko się da. Z miłymi i sympatycznymi mieszkańcami potrafią się zaprzyjaźnić, a nawet uznać ich nieprzyjaciół za swoich. To za ich sprawą w terroryzującej sąsiadów nauczycielce matematyki Immogenie Gębockiej zachodzi przemiana i porzuca ona matematykę (oraz gnębienie uczniów) na rzecz Sztuki.

Dawniej na miejscu bloku była wieś i tam Straszydlaki były u siebie. Żyły sobie w opowieściach snutych podczas darcia pierza i opowiadanych dla zabicia czasu w długie zimowe wieczory. Dzisiejsze dzieci nie znają już tych historii przekazywanych z pokolenia na pokolenie – one oglądają dobranocki albo słuchają trzydziestej trzeciej uwspółcześnionej wersji bajki o Czerwonym Kapturku. Znikają też z ich świadomości magiczne miejsca, gdzie żyli bohaterowie starych podań – rosochate wierzby na rozstajach dróg, zagracone strychy, kominy i studnie.

W czasach kaloryferów, wind i zsypów na śmieci Starszydlaki musiały znaleźć sobie inne miejsce do życia. Okazało się, że w bloku na Wierzbowej mogą się zadomowić równie dobrze jak w wiosce Wierzbowo, która była wcześniej w tym miejscu. Diabeł wietrzny przekwalifikował sie na Windziora i opowiada dzieciom bajki dostosowane do blokowych realiów. Rusałki kapią się tam w pralkach a Dytko pod nieobecność lokatorów wydzwania do Zegarynki, bo się w niej zakochał.

Kiedy moja Najstarsza chodziła do zerówki, właśnie ta książka była naszym dyżurnym prezentem urodzinowym dla dzieci z jej grupy. Przedszkole mieściło się na ponurym blokowisku – później dowiedziałam się, że mieszkała tam też Danuta Wawiłow (być może także z córką – Natalią Usenko), a więc tamtejsze bloki były zapewne pierwowzorem Wierzbowej.

Moje córki nigdy nie zaznały życia w bloku, ja – owszem. Pamiętam strach, jakim napawało mnie zejście do piwnicy i obawę, że coś wyskoczy na mnie ze zsypu. Dziewczyny znają bloki tylko z wizyt u dziadków i kolegów. Początkowo bały się jazdy jęczącą i skrzypiącą windą, ale po przeczytaniu “Wierzbowej 13” zaczęły każdy jej zgrzyt witać niemal jak pozdrowienie od Windziora.

Ta książka pomaga oswoić smutną blokową rzeczywistość, także dzięki wesołym ilustracjom Pawła Pawlaka. Nowsze wydanie “Naszej Księgarni” ma już inne obrazki, jednak robią takie wrażenie, jakby ich autor zapatrzył się na tamte. Jeśli można wybierać – my wolimy“Wierzbową 13” w wersji wydawnictwa “Plac Słoneczny 4”, ale także ta z obrazkami Żejmy warta jest przeczytania nie tylko przez dzieci z bloków.

Świat rusałek, utopców i innych Straszydlaków odchodzi powoli w zapomnienie. W kulturze masowej globalnej wioski nie ma już dla nich miejsca.

P.S. Przygotowując się do wstawienia tego wpisu dogrzebałam się informacji, że były jeszcze co najmniej dwie inne edycje tej książki nakładem wydawnictwa Egmont. Nie udało mi się znaleźć informacji o autorach ilustracji, ale widok okładek nie był specjalnie zachęcający 😦

Danuta Wawiłow, Natalia Usenko “Wierzbowa 13”, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd. Plac Słoneczny 4, Warszawa 1996

Danuta Wawiłow, Natalia Usenko “Wierzbowa 13”, ilustr. Żejmo, wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 2004

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Bracia Lwie Serce

Bracia Lwie Serce

Wpis z 16 listopada 2012 roku:

Rzadko zdarza mi się popełniać wpisy okolicznościowe i ten też nim nie jest, ale przeczytana na Facebooku informacja o przypadających przedwczoraj 105 urodzinach Astrid Lindgren była bodźcem do skończenia tego, nad czym siedziałam już od jakiegoś czasu.

Pytanie o książki oswajające dziecko z tematem śmierci jest, można powiedzieć, listopadowym pytaniem kalendarzowym. Przez długi czas odpowiedź na nie sprowadzała się w zasadzie do jednego tytułu, jednak ostatnio bardzo modne zrobiło się opisywanie w książkach dla dzieci rozmaitych tematów stanowiących dotychczas tabu, więc i książek o śmierci pojawiło się trochę. Żadna nie dorównuje jednak „Braciom Lwie Serce” mimo, że od napisania jej minęło niemal 40 lat.

Dlaczego ?

Po pierwsze – oczywiście dlatego, że Astrid Lingren była Wielką Czarodziejką. Po drugie – dlatego że (w przeciwieństwie do nowości) nie jest to książka tylko o śmierci. W tej opowieści o życiu po życiu jest wszystko – i miłość, i nienawiść, i strach, i zdrada, i odwaga, i poświęcenie… To książka o byciu Człowiekiem.

Chciałbym Wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, ale przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt i tym nie wie poza mną i Jonatanem.

Na początku tej historii wszystko wskazywało na to, że tym który umrze będzie młodszy z braci, ciężko chory Sucharek. Jonatan, jego ukochany starszy brat opowiedział mu więc bajkę o krainie zwanej Nangijalą, gdzie wciąż są jeszcze czasy ognisk i bajek. (…) Mówił że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten kto tam się znajdzie ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jonatan obiecał braciszkowi, że on tam również przybędzie, że wkrótce będą tam razem.

A także że w Nangijali nie ma c z a s u w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet zył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. Bo tak jest, jak nie ma prawdziwego czasu.

Tymczasem wydarzyło się tak, że to Jonatan pierwszy tam dotarł, a potem przysłał do brata biała gołębicę, która jego głosem opowiedziała Sucharkowi o tym, jak pięknie jest tam, w Nangilali. I o Zagrodzie Jeźdźców w Dolinie Wiśni, w której będą mieszkali razem.

No i potem stało się to. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego. Nagle znalazłem się po prostu przed furtką i zobaczyłem napis na zielonej tabliczce: „Bracia Lwie Serce”.

Jak tam przyszedłem ? Kiedy pofrunąłem ? Jak znalazłem drogę, nikogo nie pytając ? Nie wiem. Wiem tylko, ze nagle stałem tam i czytałem napis na furtce.

Dla mnie Nangijala nie jest ani Niebem, ani Piekłem, ani Czyśćcem w takim rozumieniu jak to przedstawia Biblia. Nangijala to Czas Próby – czas, w którym każdy staje przed wyzwaniem. Zostaje skonfrontowany ze Złem w czystej postaci i musi się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Są w tej książce wyraźne echa wojny i Holokaustu – rycerze Tengila – groźni i okrutni, Dolina Dzikich Róż otoczona murem i pilnowana przez nich oraz mały chłopiec przemykający się pod murem… Ta historia niesie prawdę o tym, że najbardziej boimy się nie o siebie, ale o tych, których kochamy, a równocześnie ta miłość i ten strach mogą dawać siłę do czynów nadzwyczajnych.

Ktoś, kto kojarzy Astrid Lindgren wyłącznie jako autorkę beztroskich obrazów dzieciństwa takich jak „Dzieci z Bullerbyn”, może być bardzo zdziwiony tę książką. Razem z Ronją, corką zbojnika” i „Mio, mój Mio” tworzą one w jej twórczości nurt baśniowy i są to książki, o których mogę napisać: piękne, choć momentami bardzo smutne. Ale ten smutek jest w życiu dziecka też potrzebny i potrzebne mu są rozmowy o rzeczach ostatecznych.

„Bracia Lwie Serce” to jedna z tych książek, do opisania których przymierzam się od początku mojej blogowej działalności. Próbowałam już kilka razy i dochodziłam do wniosku, że wielkość tej książki mnie przerasta. I że lepiej nie napisać nic, niż nie sprostać zadaniu. Mam nadzieję, że w końcu mi się to udało…

P.S. Tak, wiem oczywiście że „Bracia Lwie Serce” są lekturą szkolną, ale uważam, że nie warto czekać z nią, aż dziecko będzie musiało ją przeczytać. Szkoda tak pięknej książki na czytanie jej z obowiązku, A poza tym – uważam, że piątoklasiści są już na nią trochę za duzi.

Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2000

Południowa łąka

Południowa łąka

Wpis z 8 listopada 2010 roku

Nie tak dawno zapytałam na zaprzyjaźnionym forum rodzicielskim o skojarzenia, jakie przychodzą do głowy w związku z książkami Astrid Lindgren. Słowem, które powtarzało się najczęściej była beztroska.Tymczasem pierwszym określeniem, jaki nasunęło mi się, kiedy skończyłam tę książkę było: smutna. Nie: piękna choć smutna jak w przypadku „Braci Lwie Serce”, „Mio, mój Mio” czy „Ronii, córki zbójnika”, tylko: przejmująco, wręcz rozpaczliwie smutna.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… życie było bardzo trudne. Osierocone dzieci musiały ciężko pracować u gospodarza, który ich przygarnął. Wziął ich do siebie nie dlatego, ze mieli najbardziej jasne i szczere oczy pod słońcem i najsprawniejsze małe ręce, ani tez dlatego, że czuli bezbrzeżny smutek po śmierci swojej mamy, nie, wziął ich, żeby przynosili mu korzyść. Dziecinne ręce są w stanie pracować całkiem dobrze, jeśli tylko nie pozwoli im się na wyrzynanie łódek z kory i wycinanie świstawek, i budowanie na stokach domków do zabawy.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… osierocone dzieci, których nikt nie chciał przygarnąć trafiały do przytułku dla ubogich, jak mała Malin z opowiadania „Gra moja lipa, śpiewa mój słowik ?”. Taki przytułek był miejscem, gdzie nie było niczego co piekne, ani niczego, co radosne, a Malin tak mocno pragnęła piękna i radości… Cytat z tego opowiadania kończył „Portrety Astrid Lindgren” – bardzo chciałam je poznać, a teraz leży mi ono osadem na duszy.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

… nawet te dzieci, które miały rodziców, chorowały i umierały dużo częściej niż teraz.

Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…

…Szwecja była zupełnie innym krajem niż teraz. Aż trudno uwierzyć, że to właśnie tam spędziliśmy cudowne wakacje dwa lata temu.

Dlatego właśnie zaliczyłam „Południową łąkę” do książek kontrowersyjnych – nie bardzo wiem, komu mogłabym ją zaproponować. Pokazuje świat jakiego na szczęście już nie ma, ani w Szwecji, ani w Polsce, świat, którego współczesne dzieci (a wydawnictwo przeznaczyło ją już dla ośmiolatków) chyba nie są w stanie zrozumieć.

Ja nie potrafiłam zaproponować jej mojej niemal jedenastoletniej Najmłodszej, która przecież zna i lubi i Ronię, i Mio i Braci Lwie Serce (a ostatnie z opowiadań „Paź Nils z Dąbrowy” jest do nich podobne).

Mimo że dwa z czterech wchodzących do tego zbioru opowiadań kończą się właściwie dobrze (choć też nie do końca), całość po prostu zasmuca. W przeciwieństwie do tamtych książek w „Południowej łące” brakuje nadziei. I chyba słusznie, że towarzyszą jej tylko czarno -białe ilustracje, bo wszelkie kolory byłyby tu nie na miejscu.

Astrid Lindgren „Południowa łąka i inne opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2009