W ostatnią sobotę, podczas Warszawskich Targów Książki ogłoszono wyniki V Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren organizowanego przez Fundację ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom. To jedyny taki konkurs w Polsce – odbywa się co trzy lata i biorą w nim udział utwory jeszcze nie opublikowane, napisane zarówno przez debiutantów, jak i autorów z uznanym dorobkiem. Prace oznaczone są godłem, nazwiska autorów jurorzy poznają dopiero po uzgodnieniu werdyktu.
Wyniki tegorocznej edycji można znaleźć tutaj, a ja pomyślałam, że jest to dobra okazja, żeby przypomnieć książki nagrodzone w tym konkursie wcześniej.
Wpis z 1 kwietnia 2011 roku:
Był piękny pogodny poranek dziewięćdziesiątego szóstego dnia tysiąc osiemset dwudziestej piątej pustki…
„A niech to czykolada !” to książka zaskakująca…
Zupełnie niepodobna do wcześniejszych książek Pawła Beręsewicza, które znam – przesympatycznego cyklu o rodzinie Ciumków oraz „Czy wojna jest dla dziewczyn ?”. Niepodobna w ogóle do żadnej znanej mi książki.
„A niech to czykolada !” to książka fascynująco przewrotna…
Czytając ją, cały czas zadajemy sobie pytanie: O co w tym wszystkim chodzi ? A kiedy już nam się wydaje, że wiemy, przewracamy kartkę i… okazuje się, że jednak nie wiemy. I tak jest do samego końca.
„A niech to czykolada !” to książka skonstruowana precyzyjnie, niemal jak zegarek „Rolex”…
…
albo jak puzzle, w których wszystkie elementy muszą do siebie
precyzyjnie pasować. Nie może niczego zabraknąć i nie przydadzą
się żadne elementy nadprogramowe. Wszystko jest po coś, wszystko
jest na swoim miejscu, a jedyna, wydawało by się, nie niezbędna
informacja z początku książki, powraca na samym końcu jako sedno
puenty.
Całość uzupełniają również doskonale pasujące ilustracje Piotra Fąfrowicza. Pierwszy raz zetknęłam się z nimi w „Leonie i kotce” i od tego czasy zwracam uwagę na wszystkie książki przez niego ilustrowane. Nie jest ich dużo, ale tym większa radość z każdej kolejnej.
„A niech to czykolada !” to książka bez górnej granicy wieku…
…opowieść, która i młodszych i całkiem dorosłych czytelników pobudzi do rozważań istocie świata.
„A niech to czykolada !” to zdecydowanie książka inna niż wszystkie 🙂
Paweł Beręsewicz „A niech to czykolada !”, ilustr.: Piotr Fąfrowicz, wyd.: Wydawnictwo Piotra Marciszczuka STENTOR, Warszawa 2011
W ostatnią sobotę, podczas Warszawskich Targów Książki ogłoszono wyniki V Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren organizowanego przez Fundację ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom. To jedyny taki konkurs w Polsce – odbywa się co trzy lata i biorą w nim udział utwory jeszcze nie opublikowane, napisane zarówno przez debiutantów, jak i autorów z uznanym dorobkiem. Prace oznaczone są godłem, nazwiska autorów jurorzy poznają dopiero po uzgodnieniu werdyktu.
Wyniki tegorocznej edycji można znaleźć tutaj, a ja pomyślałam, że jest to dobra okazja, żeby przypomnieć książki nagrodzone w tym konkursie wcześniej.
Wpis z 4 grudnia 2008 roku:
Beatę Wróblewską znałam już jako autorkę przesympatycznej „Małgosi z Leśnej Podkowy”, która jest dla mnie podobną pomyłką wydawniczą jak książki Astrid Lindgren o podróżach Kati.
„Małgosia
z Leśnej Podkowy” to
moim zdaniem świetna książka dla dorosłych, choć dziecko
oczywiście też może ją przeczytać i nie zaszkodzi mu to. Za to
jego rodzice będą mieli z tej lektury masę frajdy.
Atmosfera tej książki kojarzy mi się z początkami pisma „Dziecko”,kiedy było w nim jeszcze mało reklam, a dużo relacji żywych rodziców o ich życiu i problemach z dziećmi. Przypomina mi trochę felietony Magdy Szczypiorskiej – Mutor – nie tylko z powodu podwarszawskiego anturage’u w którym żyją ich bohaterowie. Fragmenty „Małgosi” były z resztą drukowane dawno temu właśnie w „Dziecku”. Od razu sobie to przypomniałam, kiedy przeczytałam tekst „No, kangur – rodzisz czy nie rodzisz ?”. Pamiętam też doskonale historię o Elku, który zjadł banana. A czytając rozdział o Tacie – pracoholiku, miałam wrażenie, że to o mojej własnej rodzinie.
„Jabłko Apolejki” nawiązuje do jednej z naszych ukochanych baśni – „Apolejki i jej osiołka” Marii Kruger – nie tylko tytułem. Zawsze trochę mnie dziwiła mnie u jej bohaterki ta gotowość do poświęcenia i końcowe wyznanie miłości w stosunku do osobnika, z którym królewna nie zamieniła nawet słowa, bo kiedy zeszła z wieży, on już był osiołkiem. Teraz zrozumiałam, że to baśń o miłości przeznaczonej – niezależnej od urody oraz przymiotów ducha czy umysłu osoby ukochanej.
Kasia,
bohaterka „Jabłka
Apolejki”, odnalazła
w niej historię swojego autystycznego brata Jaśka i całej ich
rodziny: Pokazana
jest pogoń za lekarstwem, niechęć pacjenta do terapii, rezygnacja
osoby, która opiekuje się chorym, ze swoich planów, wygodnego
życia, wolnego czasu. A także samotność chorego i jego
bliskich… kpiny otoczenia… Niestety
w ich bajce nie ma happy endu.
Problem
niepełnosprawności pojawia w literaturze młodzieżowej bardzo
rzadko, a upośledzenie umysłowe – prawie nigdy. „Jabłko
Apolejki” jest próbą pokazania nie tylko tego, na czym polega
autyzm, ale też – w jaki sposób to choroba wpływa na życie całej
rodziny. To niezaprzeczalna zaleta tej książki.
Czytałam ją z przyjemnością – mniej więcej w trzech czwartych. Potem coś zaczęło się w niej psuć, coś rozłazić… Tak jakby autorka nie bardzo potrafiła ją zakończyć. Najstarsza po przeczytaniu jej powiedziała, że niektórych rzeczy mogłoby w ogóle nie być, a niektóre dzieją się za szybko. Do tych pierwszych zdecydowanie należą kryminalne problemy ojca Kasi, a do tych drugich – wątek miłosny, w którym jakoś trudno poczuć tę miłość. Pojawia się natomiast pytanie, czy siostra chorego może liczyć na uczucie tylko ze strony terapeuty brata ? Niedosyt pozostawiają też kapitalne sceny szkolne, którym w moim odczuciu zabrakło puenty.
Reasumując: „Jabłko Apolejki” jest materiałem na świetną książkę, której niestety zabrakło redaktora 😦
Beata
Wróblewska „Jabłko
Apolejki”, wyd.:
Stentor, Warszawa 2007
Beata
Wróblewska „Małgosia
z Leśnej Podkowy” (seria:
Magnes), ilustr.: Marcin Piwowarski, wyd.: Egmont, Warszawa 2005
Po serii archeologicznych wykopalisk blogowych sprzed lat przypomnę dziś ostatnią z książek, które stanęły na półkach Małego Pokoju w poprzedniej jego lokalizacji.
Wpis z 18 marca 2019 roku:
Po raz kolejny możemy przekonać się, jak silną nasza cechą narodową jest przekora. Im bardziej Polakom czegoś się zabrania, tym odwrotniejszy ma to skutek 😉
Dzięki akcji pewnego kuratorium, które ze zgrozą odkryło ją w bibliotece jednej ze szkół, książka „Kim jest ślimak Sam ?” po czterech latach od pierwszego wydania wzbudziła takie zainteresowanie, że wydawnictwo zdecydowało się na dodruk. Nie wiem, jaki był jej wcześniejszy nakład i poziom sprzedaży, ale jedyny egzemplarz dostępny w bibliotekach na warszawskim Bemowie (ponad 100 tysięcy mieszkańców) został wypożyczony 8 razy, ja byłam dziewiąta. Nie można więc powiedzieć, że dotychczas czytelnicy wyrywali sobie tę książkę z rąk. Wiadomo jednak nie od dziś, że nie ma lepszej reklamy niż mały skandal, ale czy na pewno o to chodziło władzom oświatowym ?
Kim więc jest ślimak Sam ?
Sam jest (co zapewne nie będzie dla nikogo niespodzianką 😉 ) ślimakiem i jako taki jest hermafrodytą (co jest cechą części ślimaczych gatunków). O tym, że coś może być z nim nie tak, dowiaduje się pierwszego dnia szkoły, kiedy nauczycielka każe się klasie podzielić na dziewczynki i chłopców…
Nie wiem, czy to ten problem z jednoznaczną identyfikacją Sama (Samuel czy Samanta ???) spowodował, że książka stała się obiektem takich kontrowersji, czy też chodzi bardziej o ten przegląd… jak to się teraz ładnie nazywa… nieheteronormatywnych sytuacji występujących w przyrodzie ?
Miałam tę książkę w ręku tuż po tym, jak się ukazała, a teraz wróciłam do niej, przyciągnięta zamieszaniem, które wywołała. Zadałam sobie dwa pytania: czy jest to książka w jakiś sposób szkodliwa i czy poleciłabym ją do czytania swoim i nieswoim dzieciom.
Moja odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: nie. Ta książka nie jest szkodliwa, ale według mnie żadna książka samojedna nie może mieć destrukcyjnego wpływu na czytelnika. Wbrew obawom wyrażanym przez osoby, które raczej jej w ręku nie miały, nikt nie zmieni orientacji seksualnej po jej przeczytaniu 😉
Czy poleciłabym ją ? Też nie, bo moim zdaniem jest ona po prostu kiepsko napisana. To jest częsty problem z książkami, które powstały, bo autor uważał, że ma misję przekazania czytelnikom czegoś jego zdaniem ważnego. W tym przypadku – dla przekazania garści ciekawostek przyrodniczych stworzono kompletnie wydumaną sytuację, w którą wstawiono zbiór zwierzęcych bohaterów pasujących do tezy. Bardzo niewiele dzieje się w tej książce, choć wydawać by się mogło, że nagromadzono tam wydarzenia, które powinny być dla bohatera dużym stresem – pierwszy dzień w szkole, silna burza i zniszczenia w lesie. Nawet ślimak powinien w związku z tym odczuwać jakieś emocje, a tu kompletnie ich nie czujemy. Najpierw Sam dowiaduje się, ze jego hermafrodytyzm jest dziwny (choć przecież w jego gatunku jest to norma). Potem wędruje przez las, poznaje kilka nieheteronormatywnych par i przyjmuje do wiadomości, że w przyrodzie różnie bywa. I już – koniec, finito, the end.
Jak czytelnik może wczuć się w ową niedookreśloną identyfikację płciową bohatera, skoro autorzy konsekwentnie piszą o nim w rodzaju męskim ? A przecież język polski ma na taką okoliczność rodzaj nijaki ! Marta Kisiel w swoim cyklu książek zaczynającym się od „Dożywocia” wspaniale udowodniła, że postać literacka może znakomicie funkcjonować w takim rodzaju, a nawet mówić o sobie w pierwszej osobie liczby pojedynczej.
Mimo, że książkę o Samie napisała osoba fachowa, z doktoratem z biologii w Cambridge, ja moim okiem laika widzę w niej pewien biologiczno – logiczny zgrzyt. Sam mówi: Każdy ślimak może być albo chłopcem, albo dziewczynką. Trzeba się zdecydować. Ale ja… Ja jeszcze nie wiem, czy wolę być Samuelem czy Samantą. Nauczycielka kwituje to stwierdzeniem, że gdy Sam już podejmie decyzję, powie nam, jeśli będzie chciał. Tymczasem prawdziwy ślimak, jeśli jest hermafrodytą (bo nie wszystkie gatunki są), nie musi wcale wybierać. Po prostu jest obojniakiem i jak taki znakomicie może się rozmnażać. I to jak !!!
Książka
o zwyczajach seksualnych ślimaków zdecydowanie nie byłaby dla
dzieci i zapewne wywołałaby skandal nieco większy niż ten, z
którym mamy do czynienia obecnie… 😉
Maria Pawłowska, Jakub Szamałek „Kim jest ślimak Sam ?”, ilustr.: Katarzyna Bogucka, wyd.: Krytyka Polityczna, Warszawa 2015
Dziś Dzień Mamy, więc dobra okazja, żeby sięgnąć po tę książkę. Pisałam o niej trzynaście lat temu i widzę, że jedną rzeczą, która się od tego czasu zdezaktualizowała są czarodziejki WITCH. Mało kto już o nich pamięta, a Mama Czarodziejka nadal czaruje dzieci 🙂
Wpis z 12 maja 2006 roku:
Jaką książkę dla dziecka w wieku trzech (czterech, siedmiu, jedenastu…) lat ? – takie pytanie pojawia się często na rozmaitych forach internetowych poświęconych dzieciom lub książkom. Dorośli, którzy tam pisują, zaczynają się wtedy prześcigać w propozycjach tytułów, które sami lubili będąc dziećmi. Od tego czasu minęło jednak przynajmniej dwadzieścia lat, a zmieniło się zadziwiająco dużo. Inny świat, inne realia życia i inne dzieci. Wiele spośród książek naszego dzieciństwa nie podoba im się – są dla nich trochę anachroniczne. „Nasza mama czarodziejka” to jeden z tych rzadkich evergreenów, które nie zestarzały się i nadal cieszą tak samo.
Ta
książka jest w spisie lektur dla pierwszej klasy, ale moim zdaniem
to już trochę za późno na pierwszy kontakt Mamą Czarodziejką.
Siedmiolatek początku XXI wieku to dziecko, które zapewne zdążyło
poznać Harrego Pottera i czarodziejki WITCH, oglądało masę filmów
naszpikowanych efektami specjalnymi i jest za pan brat z grami
komputerowymi.
Czary tej Mamy nie mają nic wspólnego z czarną magią, nie jest do nich potrzebna żadna różdżka ani nadprzyrodzone zdolności– to jest raczej magia codzienności. Pozwala ona dolepić z ciasta obtłuczony rożek księżyca i zapobiec sztormowi poprzez upranie ciemnej, burzowej chmury, a nawet zrobić na drutach czapkę dla dzwonnicy. To książka dla dzieci, które jeszcze wierzą w to, że ich Mama wie wszystko i potrafi rozwiązać każdy problem, dla dzieci w takim wieku, kiedy na smutki pomaga przytulenie się do niej, a dolegliwości uśmierza się przez podmuchanie lub naklejenie plasterka 😉
Wszystkie moje córki bardzo ją lubiły, a kiedy zapytałam, który z czarów Mamy podobał im się najbardziej – każda wymieniła inny: Środkowa – ciężarówkę, Najmłodsza – olbrzyma a Najstarsza – dzwonnicę. Ja sama najbardziej lubiłam ten z księżycem – chyba z powodu skórek pomarańczowych, których Mama użyła zamiast plasterków. Pachniały mi te skórki bardzo, bo wtedy pomarańcze to był rarytas. Ten zapach też był trochę magiczny.
Książka, którą czytałam z dziewczynkami, to wydanie Literatury z sympatycznymi ilustracjami Anety Krelli – Moch. Czasem tęsknię jednak do tej z mojego dzieciństwa – na jej okładce była Mama lecąca na poduszce, a wyglądała zupełnie jak wschodnia księżniczka na latającym dywanie. Ta nowsza wydała mi się z początku trochę za bardzo zwyczajna, ale może właśnie taka być powinna.
Wczoraj na Targach miałam w ręku kolejne wydanie książki, którą wiele lat temu bardzo lubiły moje córki. Tym razem towarzyszą jej ilustracje Marianny Jagody – są bardzo radosne, pełne słońca, wesołe i wakacyjne, podobnie jak historia w niej opisana 🙂
(wpis z 31 maja 2006 roku:)
Czas
akcji:
wakacje.
Miejsce: działka
po lasem.
Dramatis
personae:
na działce: dwie Mamy – szkolne przyjaciółki; ich dzieci – w sumie szóstka, od nastolatki Karoliny do dwuletniego Karola zwanego Lolem; a ponadto: Dziobak (czyli przytulanka Lola), Rysiek (fioletowy królik), Tygrysy (niewidzialne, liczba bliżej nieokreślona) i Owadek (choć nie wszyscy wierzyli w jego istnienie 😉 );
za płotem – koty (czarne, nie wiadomo ile ich było, ale sporo) i jeszcze KTOŚ.
Wszystko wskazywało na to, że to będą bardzo nudne wakacje – no bo co może się wydarzyć na działce pod lasem? Szczególnie, że pierwotnym planem wakacyjnym była Grecja, ale z jakichś powodów nic z tych planów nie wyszło.
Skąd wzięły się cukierki na płocie ? A puszki po „Whiskas” za płotem – skąd ? Kto porwał Lola ? Jaką TAJEMNICĘ kryje garaż za płotem ? Czy możliwe jest, że ktoś w nim mieszka ? Duch, Baba Jaga, Czarownica czy może samotny Mechanik, który nie lubi spóźniać się do pracy ?
Okazuje się, że nawet takie z pozoru nieciekawe miejsce może być intrygujące i to wcale nie z powodu kosmitów czy mocy nadprzyrodzonych 😉 Okazuje się też, że nie trzeba koniecznie wyjechać nad ciepłe morza, żeby przeżyć fajne wakacje.
Opowieść o tych wydarzeniach została rozpisana na głosy wszystkich dzieci. Każde z nich ma swoją koncepcję rozwiązania Tajemnicy Garażu i każde dąży do tego na swój sposób. Nawet Lolo wtrąca swoje trzy grosze i właśnie te jego wstawki lubię najbardziej. Każdemu z narratorów przypisany jest symbolizujący go piktogram, którym oznaczona jest jego część opowieści (edit: w najnowszym wydaniu piktogramów nie ma). Ważną rolę w tej historii odgrywają smsy i one również są tam cytowane.
„Róże w garażu” znakomicie nadają się dla początkującego czytelnika – całość jest niezbyt długa. Górnej granicy wieku nie ma – ja też czytałam z przyjemnością 🙂 Sympatyczna i ciepła lektura znakomicie wprowadzająca w nastrój wakacyjny.
Rzadko zdarza mi się popełniać wpisy okolicznościowe i ten też nim nie jest, ale przeczytana na Facebooku informacja o przypadających przedwczoraj 105 urodzinach Astrid Lindgren była bodźcem do skończenia tego, nad czym siedziałam już od jakiegoś czasu.
Pytanie o książki oswajające dziecko z tematem śmierci jest, można powiedzieć, listopadowym pytaniem kalendarzowym. Przez długi czas odpowiedź na nie sprowadzała się w zasadzie do jednego tytułu, jednak ostatnio bardzo modne zrobiło się opisywanie w książkach dla dzieci rozmaitych tematów stanowiących dotychczas tabu, więc i książek o śmierci pojawiło się trochę. Żadna nie dorównuje jednak „Braciom Lwie Serce” mimo, że od napisania jej minęło niemal 40 lat.
Dlaczego
?
Po pierwsze – oczywiście dlatego, że Astrid Lingren była Wielką Czarodziejką. Po drugie – dlatego że (w przeciwieństwie do nowości) nie jest to książka tylko o śmierci. W tej opowieści o życiu po życiu jest wszystko – i miłość, i nienawiść, i strach, i zdrada, i odwaga, i poświęcenie… To książka o byciu Człowiekiem.
Chciałbym Wam opowiedzieć o moim bracie. Nazywa się Jonatan Lwie Serce i o nim właśnie będzie ta historia. Mnie się ona wydaje prawie baśnią i nawet trochę, troszeczkę, opowieścią o duchach, ale przecież wszystko w niej jest prawdą. Tyle tylko, że nikt i tym nie wie poza mną i Jonatanem.
Na początku tej historii wszystko wskazywało na to, że tym który umrze będzie młodszy z braci, ciężko chory Sucharek. Jonatan, jego ukochany starszy brat opowiedział mu więc bajkę o krainie zwanej Nangijalą, gdzie wciąż są jeszcze czasy ognisk i bajek. (…) Mówił że z Nangijali pochodzą wszystkie bajki, bo właśnie tam takie rzeczy się dzieją i ten kto tam się znajdzie ma przygody od rana do wieczora, a nawet w nocy. Jonatan obiecał braciszkowi, że on tam również przybędzie, że wkrótce będą tam razem.
A także że w Nangijali nie ma c z a s u w takim sensie, jak tu na ziemi. Gdyby nawet zył dziewięćdziesiąt lat, to mnie by się wydawało, że minęły najwyżej dwa dni. Bo tak jest, jak nie ma prawdziwego czasu.
Tymczasem
wydarzyło się tak, że to Jonatan pierwszy tam dotarł, a potem
przysłał do brata biała gołębicę, która jego głosem
opowiedziała Sucharkowi o tym, jak pięknie jest tam, w Nangilali. I
o Zagrodzie Jeźdźców w Dolinie Wiśni, w której będą mieszkali
razem.
No i potem stało się to. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego. Nagle znalazłem się po prostu przed furtką i zobaczyłem napis na zielonej tabliczce: „Bracia Lwie Serce”.
Jak tam przyszedłem ? Kiedy pofrunąłem ? Jak znalazłem drogę, nikogo nie pytając ? Nie wiem. Wiem tylko, ze nagle stałem tam i czytałem napis na furtce.
Dla mnie Nangijala nie jest ani Niebem, ani Piekłem, ani Czyśćcem w takim rozumieniu jak to przedstawia Biblia. Nangijala to Czas Próby – czas, w którym każdy staje przed wyzwaniem. Zostaje skonfrontowany ze Złem w czystej postaci i musi się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Są w tej książce wyraźne echa wojny i Holokaustu – rycerze Tengila – groźni i okrutni, Dolina Dzikich Róż otoczona murem i pilnowana przez nich oraz mały chłopiec przemykający się pod murem… Ta historia niesie prawdę o tym, że najbardziej boimy się nie o siebie, ale o tych, których kochamy, a równocześnie ta miłość i ten strach mogą dawać siłę do czynów nadzwyczajnych.
Ktoś, kto kojarzy Astrid Lindgren wyłącznie jako autorkę beztroskich obrazów dzieciństwa takich jak „Dzieci z Bullerbyn”, może być bardzo zdziwiony tę książką. Razem z ”Ronją, corką zbojnika” i „Mio, mój Mio” tworzą one w jej twórczości nurt baśniowy i są to książki, o których mogę napisać:piękne, choć momentami bardzo smutne. Ale ten smutek jest w życiu dziecka też potrzebny i potrzebne mu są rozmowy o rzeczach ostatecznych.
„Bracia Lwie Serce” to jedna z tych książek, do opisania których przymierzam się od początku mojej blogowej działalności. Próbowałam już kilka razy i dochodziłam do wniosku, że wielkość tej książki mnie przerasta. I że lepiej nie napisać nic, niż nie sprostać zadaniu. Mam nadzieję, że w końcu mi się to udało…
P.S. Tak, wiem oczywiście że „Bracia Lwie Serce” są lekturą szkolną, ale uważam, że nie warto czekać z nią, aż dziecko będzie musiało ją przeczytać. Szkoda tak pięknej książki na czytanie jej z obowiązku, A poza tym – uważam, że piątoklasiści są już na nią trochę za duzi.
Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce”, przekł.: Teresa Chłapowska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2000
Nie tak dawno zapytałam na zaprzyjaźnionym forum rodzicielskim o skojarzenia, jakie przychodzą do głowy w związku z książkami Astrid Lindgren. Słowem, które powtarzało się najczęściej była beztroska.Tymczasem pierwszym określeniem, jaki nasunęło mi się, kiedy skończyłam tę książkę było: smutna. Nie: piękna choć smutna jak w przypadku „Braci Lwie Serce”, „Mio, mój Mio” czy „Ronii, córki zbójnika”, tylko: przejmująco, wręcz rozpaczliwie smutna.
Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…
…
życie było bardzo trudne. Osierocone dzieci musiały ciężko
pracować u gospodarza, który ich przygarnął. Wziął
ich do siebie nie dlatego, ze mieli najbardziej jasne i szczere oczy
pod słońcem i najsprawniejsze małe ręce, ani tez dlatego, że
czuli bezbrzeżny smutek po śmierci swojej mamy, nie, wziął ich,
żeby przynosili mu korzyść. Dziecinne ręce są w stanie pracować
całkiem dobrze, jeśli tylko nie pozwoli im się na wyrzynanie łódek
z kory i wycinanie świstawek, i budowanie na stokach domków do
zabawy.
Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…
… osierocone dzieci, których nikt nie chciał przygarnąć trafiały do przytułku dla ubogich, jak mała Malin z opowiadania „Gra moja lipa, śpiewa mój słowik ?”. Taki przytułek był miejscem, gdzie nie było niczego co piekne, ani niczego, co radosne, a Malin tak mocno pragnęła piękna i radości… Cytat z tego opowiadania kończył „Portrety Astrid Lindgren” – bardzo chciałam je poznać, a teraz leży mi ono osadem na duszy.
Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…
…
nawet te dzieci, które miały rodziców, chorowały i umierały dużo
częściej niż teraz.
Dawno, dawno temu w czasach wielkiej biedy…
…Szwecja
była zupełnie innym krajem niż teraz. Aż trudno uwierzyć, że to
właśnie tam spędziliśmy cudowne wakacje dwa lata temu.
Dlatego właśnie zaliczyłam „Południową łąkę” do książek kontrowersyjnych – nie bardzo wiem, komu mogłabym ją zaproponować. Pokazuje świat jakiego na szczęście już nie ma, ani w Szwecji, ani w Polsce, świat, którego współczesne dzieci (a wydawnictwo przeznaczyło ją już dla ośmiolatków) chyba nie są w stanie zrozumieć.
Ja nie potrafiłam zaproponować jej mojej niemal jedenastoletniej Najmłodszej, która przecież zna i lubi i Ronię, i Mio i Braci Lwie Serce (a ostatnie z opowiadań „Paź Nils z Dąbrowy” jest do nich podobne).
Mimo
że dwa z czterech wchodzących do tego zbioru opowiadań kończą
się właściwie dobrze (choć też nie do końca), całość po
prostu zasmuca. W przeciwieństwie do tamtych książek w
„Południowej łące” brakuje nadziei. I
chyba słusznie, że towarzyszą jej tylko czarno -białe ilustracje,
bo wszelkie kolory byłyby tu nie na miejscu.
Astrid
Lindgren „Południowa
łąka i inne opowiadania”, przekł.:
Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia,
Warszawa 2009
a potem we Włoszech i w Paryżu – cykl Astrid Lindgren należący niestety do tej części jej twórczości, która nie wytrzymała próby czasu. Ponieważ jednak wstawiam na półki nowego Małego Pokoju jej książki, znajdzie się tu miejsce także dla nich.
Wpis z 8 maja 2007 roku:
Jest rok 1950. Kati, dwudziestolatka ze Sztokholmu, zafascynowana opowieściami swojego przyjaciela Jana, który wrócił niedawno z Ameryki postanawia zobaczyć ten niezwykły kraj na własne oczy. Wychowująca ją po śmierci rodziców Ciotka początkowo nie chce w ogóle słyszeć o takim pomyśle. Kapituluje wreszcie wobec determinacji dziewczyny, ale… postanawia towarzyszyć siostrzenicy w tak niebezpiecznej wyprawie. Ta książka mogłaby właściwie nosić tytuł „Podróże z moją ciotką” 😉 Zwiedzają Nowy Jork, Waszyngton, Nowy Orlean i Chicago, przejeżdżając przez Stany z góry na dół i z powrotem, podobnie jak dwa lata wcześniej sama Astrid Lindgren. Poznają Amerykanów różnych ras, zamożności i pochodzenia (także emigrantów z ich ojczystej Szwecji). Obie ta podróż zmienia – i entuzjastyczną Kati, i sceptyczną Vilhelminę. Obie w innym świetle zaczynają widzieć zarówno Amerykę, jak i Szwecję.
Dlaczego
zaliczyłam „Kati w Ameryce” do książek „kontrowersyjnych”
?
Bo
nie do końca rozumiem dla kogo jest przeznaczona, ani w ogóle – po
co ją teraz wydano. Opisuje ona Amerykę, której już nie ma, za
punkt odniesienia przyjmując Szwecję, której również już nie
ma. Trochę przypomina mi to późniejszą o 30 lat książkę Teresy
Hołówki „Delicje ciotki Dee” – tam porównywano amerykański
Middwest z lat osiemdziesiątych z siermiężną rzeczywistością
PRL. Czytając teraz „Delicje” widzę, jak bardzo od tego
czasu zamerykanizowało
się nasze
życie. Mogę to zauważyć, bo znam ówczesną Polskę z
autopsji 😉
„Kati
w Ameryce”, zdaniem
wydawnictwa, przeznaczona jest dla czytelników od 10 lat. Czy na
pewno ? Co zrozumieją z tamtych amerykańsko – szwedzkich realiów
dzieci, które nie bardzo wiedzą, jak 60 lat temu wyglądało życie
ich dziadków w Polsce ? Myślałam przez chwilę, że większy sens
miałoby wydanie tej książki w USA – dla tamtejszych nastolatków
byłoby to źródło wiedzy o niezbyt odległej przeszłości ich
kraju. Chyba jednak nie należy się tego spodziewać…
Ogromne wrażenie na Astrid Lindgren zrobiła wówczas segregacja rasowa – widać to w opisie wizyty Kati w slamsach Nowego Orleanu i jej podróży autobusem przez Wirginię. Tymczasem w obecnej Ameryce ta książka mogłaby zostać uznana za rasistowską ! Znajdziemy w niej na przykład taką opinię (z którą zresztą trudno się nie zgodzić 😉 ) Przedtem zawsze sądziłam, że małe nowo narodzone prosiaczki są najsłodsze ze wszystkich stworzeń, ale to był błąd. Murzyniątka są słodsze. Jakież to politycznie niepoprawne (mimo całej czułości w tym zawartej) !!!
Zdanie
twierdzące: „Kolorowy”
należy mówić o Amerykanach, którzy nie są biali, to absolutna
obraza, by Murzyna nazwać Murzynem ! zaopatrzone
zostało w następujący przypis: Powieść
niniejszą autorka pisała w 1950 roku. Nazwa „Murzyn” i
„kolorowy” w odniesieniu do Afroamerykanów miały wtedy inny
charakter niż dzisiaj. Być
może oddano w ten sposób politycznej poprawności, co jej się
należy, ale niewiele wytłumaczono naszemu czwarto- czy
piątoklasiście. W obfitości przypisów wyjaśniających, kim były
takie zapomniane już, a przywoływane w tej książce postaci jak
Esther Williams, Myrna Loy czy Betty Davis, zabrakło informacji o
tym, kiedy i w jakich okolicznościach zniesiono w USA segregację
rasową.
(Tu następował fragment dotyczący tego, jakie książki Astrid Lindgren ciągle czekają na polskie wydanie, a na pewno byłyby bardziej strawne do czytania – ale stracił on sens, bo wkrótce potem pojawiło się Wydawnictwo Zakamarki i wydało wszystkie pozycje o których tak marzyłam. Zostawiam więc tylko puentę 🙂 )
Dlaczego zdecydowano o wydaniu akurat tych książek, nie bardzo wiadomo, dla kogo przeznaczonych ? Polityka wydawnicza monopolisty w książkach Astrid Lindgren w Polsce czyli “Naszej Księgarni” nadal nie przestaje mnie zadziwiać. Niestety 😦
Astrid Lindgren „Kati w Ameryce”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007
Wpis z 19 października 2007 roku:
Po powrocie z Ameryki Kati rozpoczyna nowy etap życia. Nie jest już panienką pod opieką ciotki, tylko młodą samodzielną kobietą z własnym mieszkaniem – pracującą i zarabiającą. Odrzuciła oświadczyny Jana, który chciał jak najszybciej zamieszkać w jej mieszkaniu, bo nie chciała wślizgnąć się w to małżeństwo tylko z rozpędu. Poprosiła go o odłożenie rozmowy o ślubie o rok, ale przez rok może się wiele zdarzyć.
Jak
sama mówi – mam dwadzieścia
dwa lata i do tej pory chodziłam na smyczy mojej ciotki. Nigdy nie
próbowałam, jak to jest radzić sobie samej. Życie było pełne
praktycznych szczegółów, których nie opanowałam w najmniejszym
stopniu.(…) Nie mogłam prosto z ramion Ciotki powędrować w
ramiona Jana, kiedy wreszcie miałam okazje stanąć na własnych
nogach. Zamiast
zamążpójścia wybiera zamieszkanie z koleżanką z pracy. Razem
remontują mieszkanie, razem wygrywają w totolotka i razem wyruszają
na wycieczkę objazdową po Włoszech.
Przeczytałam tę książkę z ogromną przyjemnością. To takie sympatyczne i wesołe babskie czytadło. Wydaje mi się jednak, ze wydawnictwo znów pomyliło się określając przedział wiekowy czytelników tej książki – moim zadaniem jest ona raczej dla dorosłych. Trudno mi wyobrazić sobie dziesięciolatkę (że o dziesięciolatku nie wspomnę) którą zainteresować by mogły perypetie uczuciowe dwóch szwedzkich stenografistek szukających we Włoszech miłości swojego życia.
Wszystko
to w dodatku w realiach lat pięćdziesiątych, a od tego czasu sporo
się zmieniło – także w sferze obyczajowości. Każda
kobieta powinna kiedyś móc urządzić własny dom, niezależnie od
tego, czy wychodzi za mąż, czy nie. Jej wrodzona skłonność do
obszywania ręczników i kupowania małych ogniotrwałych form, i
rozlepiania ozdobnych taśm na półkach powinna zostać zaspokojona
bez względu na jej stan cywilny. Tego rodzaju pragnienie może
zwieść dziewczynę, która po wszystkich tych męskich zabiegach
sądzi, ze jest zakochana w jakimś takim nieszczęściu będącym
mężczyzną. Byle jakim mężczyzną, który pozwoli jej zaspokoić
chęć meblowania, a jednocześnie da jej tytuł „pani”, to
ostatnie, rzecz jasna, jest szczególnie ważne. –
czy to są rozważania mogące trafić do dziesięciolatków
z początków XXI wieku ?
Inaczej niż część amerykańska, ta książka nie próbuje opisywać kraju i zaglądać mu pod podszewkę. To tylko miłalove story, a Włochy w niej… Włochy są jak z pocztówki – piękne, romantyczne i ograniczone do najbardziej znanych atrakcji turystycznych.
Reasumując
– bardzo
fajna książka, ale raczej dla Mam i starszych sióstr nastolatków
😉 Wydawnictwu
pozostała do wydania jeszcze jedna książka o Kati i przyznam, że
z ciekawością czekam na Paryż widziany jej oczami.
Astrid Lindgren „Kati we Włoszech”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2007
Wpis z 4 grudnia 2008 roku:
Przeczytałam „Kati w Ameryce”, przeczytałam „Kati we Włoszech” więc nie mogłam nie przeczytać „Kati w Paryżu” 😉 I to jest niestety jedyne uzasadnienie tej lektury 😦
Paryż,
którego już nie ma, opisywany w dodatku tak, że jeśli się nic o
tym mieście nie wie, to ta lektura nic do tej wiedzy nie wniesie.
Rozważania na tematy małżeńskie ciut
anachroniczne 😉 i
raczej mało interesujące dla współczesnych nastolatków. Pomysł
zabrania w podróż poślubną najlepszej przyjaciółki, która w
dodatku nie odstępuje nowożeńców ani na krok – co najmniej
dziwny.
Astrid
Lindgren potrafiła mistrzowsko opisać szczęśliwe dzieciństwo, bo
takie właśnie sama miała. Opis szalonej młodzieńczej miłości i
szczęśliwego zamążpójścia wyszedł jej gorzej – chyba nie
miała okazji sama tego doświadczyć.
Reasumując – „Kati w Paryżu” to książka wyłącznie dlanieuleczalnych maniaków Astrid Lindgren, którzy w dodatku mają zwyczaj kończyć to, co zaczęli czytać 😉
Astrid
Lindgren „Kati
w Paryżu”, przekł.:
Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008
Jella Lepman zmarła w 1970 roku, ale oba dzieła jej życia – Międzynarodowa Biblioteka Dziecięca i IBBY działają nadal. Głównymi celami, jakie stawia przed sobą stowarzyszenie, są promocja książki dziecięcej jako medium służącego międzynarodowemu zrozumieniu oraz działania na rzecz powszechnego dostępu dzieci do książek na najwyższym poziomie literackim i artystycznym. – napisałam w maju 2015 roku w tekście dla Magazynu „Kontakt”, w którym wyjaśniałam, co znaczą te tajemnicze cztery litery.
Cały tekst znajdziecie tutaj – zapraszam do lektury !!!
Pomyślałam, że lepiej będzie umieścić książki Astrid Lindgren z serii o Lotcie i jej rodzeństwie – Jonasie i Mii Marii razem w jednym wpisie. Teraz już można przeczytać je wszystkie, ale kiedy moje córki były małe, co jakiś czas ukazywała się kolejna, przyjmowana przez nas z radością, część. Najmłodsza z córek była naszą rodzinną Lottą – to skojarzenie narzucało się nie tylko z powodu jej charakteru, ale też dlatego, że jej ukochaną przytulanką był misiowaty prosiaczek o imieniu Nisiek 🙂
W 2008 roku wybraliśmy się całą rodziną do Szwecji. Odwiedziliśmy wtedy Vimmerby, gdzie dzieciństwo spędziła Astrid Lindgren i gdzie mieści się „Świat Astrid Lindgren”. Stamtąd pochodzi to zdjęcie zrobione na ulicy Awanturników, na werandzie domu cioci Berg.
Od lewej córki: Środkowa, Najstarsza, Najmłodsza i oczywiście Nisiek 🙂
Wpis z 24 maja 2006 roku:
Rodzina Nymanów mieszka w żółtym domu przy ulicy Garncarzy. Kiedyś było to miejsce ciche i spokojne, ale, odkąd urodzili się Jonas, Mia Maria i Lotta, zmieniło się w ulicę Awanturników. Błogi spokój skończył się z chwilą, gdy Jonas stał się na tyle duży, by walić grzechotką w brzeg łóżka w niedzielne ranki, kiedy tatuś chciał jeszcze pospać.Mimo że cała trójka robi sporo zamieszania, wydaje się, że dorosłym to wcale nie przeszkadza. Bohaterowie tej książki rosną otoczeni miłością i życzliwą akceptacją wszystkich dookoła – rodziców, dziadków i sąsiadów. Jak sami opowiadają, ciocia Berg (sąsiadka, którą odwiedzają, przełażąc przez płot) cieszy się z ich wizyt nawet dwa razy – Najpierw, kiedy przyszliśmy, a potem, kiedy wychodziliśmy 😉
Mali Nymanowie to normalne rodzeństwo, które bawi się i kłóci na zmianę. Jak to często bywa przy trójce dzieci, role są podzielone: najstarszy Jonas (jedyny chłopiec, co też jest nie bez znaczenia) zawsze rządzi młodszymi siostrami (a przynajmniej usiłuje 😉 ), środkowa Mia Maria jest najmniej wyrazista, trochę wycofana i zdominowana przez skrajną dwójkę, zaś najmłodsza Lotta – z jednej strony wykorzystywana przez starszych i systematycznie robiona przez nich w bambuko (jak podczas zabawy w piratów), z drugiej jednak – wcale nie taka bezradna, w dodatku nadrabiająca sprytem, przedsiębiorczością i uporem (a jest uparta jak stary kozioł). Zupełnie jak moja Najmłodsza, która na ogół świetnie sobie radzi, a w najtrudniejszych momentach krzyczy: Mama, ONE MNIE TRAKTUJĄ !!! Dla niewtajemniczonych – traktowanie jest w naszym domu synonimem maltretowania przez starsze siostry 😉
Czytając dzieciom coraz dłuższe książki nieuchronnie dochodzimy do chwili, kiedy pozycje dające się przeczytać jednorazowo od deski do deski stają się zbyt krótkie i zbyt dziecinne. Przychodzi wtedy czas na książki na kilka wieczorów i tu „Dzieci” sprawdzają się znakomicie. Każdy rozdział opowiada oddzielną historię – bez problemu można przerwać lekturę i wrócić do niej następnego dnia. Spośród wszystkich książek Astrid Lindgren – ta skierowana jest do najmłodszych czytelników. Życie na ulicy Awanturników, takie spokojne i zwyczajne będzie zrozumiałe dla każdego malucha.
„Dzieci z ulicy Awanturników” to książka dużo mniej znana od swojej drugiej części czyli „Lotty z ulicy Awanturników”. Nie rozumiem, dlaczego tak jest, ale spotkałam sporo dzieci, które, znając i lubiąc „Lottę”, nigdy nie czytały pierwszego tomu. Zdarza się, że w bibliotekach też mają tylko drugą część tego cyklu.
„Lotta z ulicy Awanturników” opowiada historię trochę już starszej bo pięcioletniej Lotty, która narozrabiała (a może po prostu był to jeden z jej echowych dni ?) i w przypływie buntu wyprowadziła się z domu. Urządziła sobie mieszkanko na strychu u sąsiadki i świetnie się tam bawiła we własne gospodarstwo. Dopiero, kiedy zapadł zmrok, okazało się, że jednak zdecydowanie najbezpieczniejszym i najprzytulniejszym miejscem na świecie jest jej własne łóżeczko.
Kiedy czasem zdarzało mi się nazwać naszą Najmłodszą – Lottą (bo nie tylko ja widzę ogromne podobieństwo między nimi), ta nadymała się i mówiła: Nie jestem Lotta, bo ona ma Niśka. Ostatnio udało mi się znaleźć odpowiednią przytulankę – taką miśkową świnkę, która wyczerpuje wszelkie znamiona bycia Niśkiem. Najmłodsza dostała ją na niedawne imieniny i od tego czasu mamy w domu stuprocentową Lottę. Możecie się do mnie zwracać – Pani Nymanowa 😉 )
Astrid Lindgren „Dzieci z ulicy Awanturników”, przekł: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1994 (wyd. pierwsze)
Astrid Lindgren „Lotta z ulicy Awanturników”, przekł.: Maria Olszańska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1997 (wyd. pierwsze)
Wpis z 8 listopada 2007 roku:
Moja Najmłodsza – jak już pisałam wcześniej – jest kolejną emanacją Lotty z ulicy Awanturników . Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Po pierwsze – jest uparta jak stary kozioł i jeśli czegoś chce, to nie ma dla niej przeszkód nie do pokonania. Zupełnie jak Lotta. Po drugie – ma Niśka, który jest jej ukochaną zabawką. Zupełnie jak Lotta. Nisiek jeździ z nami wszędzie, ostatnio żeglował po Mazurach. Nawet w nocy się nie rozstają.
Nasz Nisiek jest nieco bardziej wyględny od oryginału, który był dziełem rąk Mamy Nymanowej, ale równie mocno kochany. Niedawno udał się z Najmłodszą do szkoły i ku naszemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że innym dzieciom hasło Nisiek nic nie mowi. Nie znają Niśka. Nie znają Lotty. Nic nie wiedzą o ulicy Awanturników. Jak to jest możliwe ???
Nasza pierwszoklasistka przyniosła właśnie pierwsze zaproszenie na urodziny do koleżanki z klasy. Nie mamy problemu z prezentem, bo ukazała się nowa książka o rodzinie Nymanów z ulicy Garncarzy (zwanej również ulicą Awanturników) – „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze”. W sam raz na wieczorek zapoznawczy z Lottą 😉
Lotta kończy pięć lat i bardzo chce dostać na urodziny prawdziwy rower. Musi przecież udowodnić wszystkim, że umie na nim jeździć – szczególnie Jonasowi i Mii Marii, którzy uważają, że jest na to za mała. Bo przecież umie – po kryjomu. Ponieważ jednak roweru nie dostała, postanawia zwędzić na trochę stary rower, który widziała w szopie u cioci Berg…
Słucham
? Uważacie, że to się nie może dobrze skończyć ? A jednak może
– w końcu napisała to Astrid
Lindgren.
U niej wszystko zawsze dobrze się kończyło.
Po obejrzeniu tej książki Najmłodsza stwierdziła, że Nymanowie z całą pewnością mieszkają po sąsiedzku Peterem i Leną. Rzeczywiście – ilustracje w tych książkach są bardzo podobne, ukazujące wszystko ze specyficznej perspektywy, niemal z lotu ptaka. I te domki takie podobne… I ulica… I meble…
A uważny oglądaczmoże spotkać tam samą Astrid Lindgren sportretowana przez Ilon Wikland pod postacią…
A figę z makiem – poszukajcie sami 😉
Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007
Wpis z 17 grudnia 2008 roku:
Ze mną to jest dziwnie. Ja tyle umiem. Skombinować choinkę i różne inne rzeczy. Tak, naprawdę umiem wszystko. (…) Chociaż oczywiście – dodała Lotta – nie umiem zjeżdżać slalomem !
Czy mogę powiedzieć o tej książce coś, czego nie powiedziałam o poprzednich ? Chyba niewiele. Może tylko to, że jest to książka bardzo zimowa, trochę świąteczna, a swoją atmosferą przypomina ostatni rozdział z „Dzieci z ulicy Awanturników”.
Są
w niej wszyscy, którzy tam być powinni, a więc: rodzice Lotty, i
Jonas, i Mia Maria, i ciocia Berg, i jej piesek Skotty,
i Nisiek (który
znajduje się w poważnych tarapatach). Jest też parę innych osób i
oczywiście Lotta. Bez niej nie było by tej książki.
Bez
niej i bez ilustracji Ilon Wikland –
uroczych jak zawsze. Szwedzka zima, która nam podarowała, choć
trochę wynagradza to, co mamy za oknem. Spójrzcie na te obrazki i
porównajcie. Czy tak wygląda zima ???
Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008
Może nie snuła się całe przedpołudnie, czekając na nich ? I może nie obiecali, że Lotta i Mia Maria, i Jonas przebiorą się za czarownice wielkanocne i w trójkę odwiedzą wszystkich mieszkańców ulicy Awanturników, żeby im zaśpiewać i dostać cukierki, tak jak zawsze w Wielki Czwartek ?
„Pewnie,
że Lotta jest wesołym dzieckiem” to
książka wielkanocnie
przedświąteczna 😉
Pojawiają się tam szwedzkie zwyczaje wielkanocne -przebieranki w
Wielki Czwartek, słodycze od wielkanocnego zajączka w Wielką
Sobotę.
Właśnie
z tymi słodyczami jest problem, bo sklep ze słodyczami na ulicy
Awanturników właśnie przestał istnieć. Jak powiedział Lotcie
jego właściciel – Grek Vasilis: Wy
w tym kraju jecie za mało cukierków. Tylko w sobotę ! Z tego się
nie da utrzymać. Nie
ma sklepu i Tatuś (jak się okazuje – zastepujący wielkanocnego
zajączka) nie ma gdzie kupić słodyczy. Lotta nie byłaby jednak
Lottą, gdyby nie znalazła rozwiązanie tego problemu 😉
Moja Najmłodsza zgłosiła reklamację po jej przeczytaniu: dlaczego nie ma w niej w ogóle Niśka ? Gdyby Astrid Lingren jeszcze żyła, pewnie napisałaby do niej list z prośbą o uzupełnienie tego braku 😉
Czytałyśmy tę książkę z pewnym smutkiem, mimo że wcale smutna nie jest. Nie może nam być jednak wesoło ze świadomością, że to już ostatnia historia o Lotcie. Koniec. Finito. The end 😦
Mimo wszystko jednak cieszę się, że nieocenione „Zakamarki” pojawiły się na naszym rynku w samą porę i wydały wszystkie te książeczki zanim ostatnia z moich córek zdążyła z nich definitywnie wyrosnąć. Chwała im za to i cześć !!!
I jeszcze małe podsumowanie 🙂
Spotykam
się dość często z pytaniem o kolejność, w jakiej należy czytać
książki tego cyklu. Odpowiedź jest prosta – wystarczy uważnie
przyjrzeć się ilustracjom Ilon Wikland.
W „Dzieciach z ulicy Awanturników” Lotta to jeszcze trzy czy czteroletni maluszek z pulchnymi nóżkami. W „Lotcie z ulicy Awanturników” i „Pewnie, że Lotta umie jeździć na rowerze” wyraźnie podrosła i jest zbuntowaną pięciolatką. W „Pewnie, ze Lotta umie prawie wszystko” – to już całkiem spora panna, która dzielnie pomaga Mamie i Cioci Berg. A w ostatniej – „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem” jeszcze urosła i wyleciał jej pierwszy ząb !
Astrid Lindgren „Pewnie, że Lotta jest wesołym dzieckiem”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2009
Na koniec, już w 2019 roku dodam, że pierwsze dwa tomy ukazały się razem jako „Przygody dzieci z ulicy Awanturników„, natomiast trzy ostatnie historie wyszły w jednym tomie pod tytułem „Lotta. Trzy opowiadania”
Astrid Lindgren „Przygody dzieci z ulicy Awanturników”, przekł: Maria Olszewska, Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017
Astrid Lindgren „Lotta. Trzy opowiadania”, przekł.: Anna Węgleńska, ilustr.: Ilon Wikland, wyd.: Zakamarki, Poznań 2013