Cztery strony czasu

Cztery strony czasu

Iwona Chmielewska otrzymała wczoraj tytuł „Projektantki Roku 2018”, a „Jak ciężko być królem” nagrodę w kategorii ilustracji w konkursie  Polish Graphic Design Awards !!!

Z tej okazji przypomnę jej kolejną książkę, o której pisałam 2 listopada 2013 roku:

Gdzieś w Europie, nad wielką rzeką Wisłą wznosi się bardzo stare miasto. Jego historia jest długa i zawiła, niepodobna do historii innych miast, ale ludzie tu żyjący mają takie same marzenia, zmartwienia i radości jak ludzie na całym świecie.

Na czworokątnym rynku w środku miasta stoi ogromny ratusz zbudowany sześćset lat temu. Nad ratuszem góruje czworokątna wieża z czterema tarczami zegara zwróconymi w cztery strony świata. Zegar ten, złocąc się w świetle słońca i księżyca, wskazuje czas ludziom żyjącym tu dziś, tak samo jak wskazywał przed wiekami.

„Cztery strony czasu” to książka mocno osadzona w realiach geograficznych i historycznych Torunia, ale równocześnie uniwersalna.

Kiedy uczymy się historii skupiamy się na wydarzeniach politycznych, wojnach, rewolucjach, odkryciach, wynalazkach czy życiu wielkich ludzi, którzy swą działalnością zmieniali świat. Tymczasem miedzy tymi ważnymi datami toczyło się, toczy i toczyć będzie normalne, codzienne życie normalnych, zwykłych ludzi. Nie tylko w Toruniu, ale w każdym miejscu na świcie, także w Korei, gdzie ta książka ukazała sie najpierw.

Polacy, Niemcy, Żydzi mieszkający przy rynku od wieków otwierają kluczami drzwi, przynoszą zakupy, myją naczynia, czeszą włosy, siadają do stołu, przytulają dzieci, chorują, ziewają, przyszywają guziki, czytają książki, rozmyślają o przyszłości… Robią codziennie wszystko to, co zwykle robią ludzie – teraz i pięćset lat temu.

Począwszy o roku 1500, co 100 lat zaglądamy do tych samych czterech okien po czterech stronach toruńskiego rynku. Za każdym razem jest inna pora roku i inna pora dnia, zmieniają się stroje i wygląd pokoi, ale to, co najważniejsze, pozostaje niezmienne. Ludzie kochają się, tęsknią do siebie, troszczą się o dzieci – i te małe, i te duże, myślą z nadzieją o tym, co nastąpi i wspominają tych, których już nie ma…

Oczy mieszkańców rynku – niebieskie, piwne, zielone, wesołe lub pełne łez, młode i stare, piękne i nijakie, od wieków coś łączy: patrzą przez te same okna swoich mieszkań na wielki pozłacany zegar, który co dzień, z każdej z czterech stron pokazuje te same godziny.

Też sam czas jednym ucieka za szybko, dla drugich wlecze się nieznośnie. Ta sama godzina dla jednych jest godziną narodzin, a innym przynosi śmierć. Jedni spieszą się, aby zdążyć na ważne spotkanie, które przesądzi o całym ich życiu, inni muszą o tej godzinie wyjąć ciasto z pieca, żeby się nie spaliło, a dla jeszcze innych ta sama godzina minie niezauważenie.

To kolejna, po „Pamiętniku Blumki” książka Iwony Chmielewskiej, która w fantastyczny sposób dotyka spraw pozornie nieopisywalnych. I kolejna, która zachwyca wizualnie – od stylowej okładki przez kipiące życiem kolażowe ilustracje wewnątrz, aż po kod kreskowy starannie wkomponowany w jej plecy 😉

Nie wiadomo, co zdarzy się w mieście przez następnych sto.. dwieście… trzysta lat… Jednak pewne jest to, że latem będzie mocno grzało słońce, zimą będzie padał śnieg, drzewa będą żółkły jesienią i kwitły wiosną…

Czas będzie mijał bezpowrotnie. Dzieci, które urodzą się w domach przy rynku, po latach staną się prababciami, po stu latach ktoś je już tylko wspomni, a po stu następnych ten ktoś będzie wspominany jako pradziadek. Do mieszkań wprowadzą się nowi ludzie, a pamięć o tych, którzy setki lat temu wchodzili przez te same drzwi i wyglądali przez te same okna, minie bezpowrotnie.

„Cztery strony czasu” to książka, która znakomicie wpisuje się w atmosferę wczorajszych Zaduszek. Uświadamia nam, że jesteśmy tylko ogniwem w długim łańcuchu pokoleń – przed nami było ich wiele i po nas nastąpią kolejne…

Zapalałam dziś z moimi córkami znicze na grobach ich pradziadków i prapradziadków, a przy okazji na grobach rozmaitych innych osób z naszej rodziny – zmarłych nierzadko na długo przed moim narodzeniem. Jak co roku starałam się im opowiedzieć o tych ludziach jak najwięcej, ale sama wiem tyle, co z opowiadań innych, więc niewiele. Wiemy jak się nazywali, jakie pokrewieństwo nas łączy, czym zajmowali, kiedy zmarli, ale poza tym ? Jacy byli ? Co ich cieszyło, co lubili jeść, a czego nie znosili robić ?

Oni nawet nie przeczuwali naszego obecnego istnienia, tak jak my nie wiemy, kto za kolejne sto lat stanie nad naszymi grobami i w jakim świecie będzie żył…

Iwona Chmielewska (tekst & ilustr.) „Cztery strony czasu”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2013

Edit: Iwona Chmielewska została nominowana do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Dwoje ludzi

Dwoje ludzi

Skoro pojawił się temat książek obrazowych, myślę, że to najwyższa pora, że wstawić na półki Małego Pokoju kolejne książki Iwony Chmielewskiej.

Wpis z 3 maja 2014 roku:

Gdy dwoje ludzi żyje razem, to jest im łatwiej, bo są razem i jest im trudniej, bo są razem…

„Dwoje ludzi” to książka, którą czyta się i ogląda dość szybko, ale myśli o niej – długo. I, co najciekawsze, po każdym kolejnym kontakcie z nią dostrzegam w niej coś innego i myśli nią wywołane wędrują inną drogą.

Ta książka zawiera więcej prawdy o miłości i związkach dwojga ludzi niż wszystkie romanse świata, mimo że słowa w niej zawarte zmieściłyby się na jednej stronie maszynopisu…

Tym słowom towarzyszą obrazy, które dopełniają tekst i same są przez niego dopełniane. Dopiero razem tworzą tę opowieść.

Szperając po internecie w poszukiwaniu rzeczy pomocnych w napisaniu o tej książce, trafiłam na dwa bardzo ciekawe wywiady z Iwoną Chmielewską. Pierwszy, filmowy znajduje się na Portalu Edukacji Medialnej Civilia (edit: a raczej – znajdował się, bo teraz nie mogę znaleźć w necie tego portalu, zniknął 😦 ), a drugi to rozmowa z Agnieszką Sikorską – Celejewską dla portalu Qulturka. W tym ostatnim na pytanie: Tworzy Pani książki obrazkowe czy obrazowe? padła taka odpowiedź:

– Ech, dużo kłopotu z tą nazwą. Ja staram się tworzyć książki obrazowe. To dlatego, że nie zgadzam się na infantylizację sztuki dla dzieci. Słowo obrazek niesie ze sobą rodzaj uproszczenia i sprowadzenia obrazu w książce do funkcji podrzędnej tekstowi. Książka z obrazkami to opowieść z dołączonymi ilustracjami.

Zarówno w autorskich, jak i wspólnych projektach nie tworzę obrazków i nie zajmuję się tylko ilustracją. Staram się osiągać taki związek obrazu z tekstem, żeby powstawał rodzaj hybrydy, w której tekst jest niepełny bez obrazu, a obraz nie może byc odebrany w pełni bez tekstu.

A tak o tym, czym jest obraz, Iwona Chmielewska opowiadała Civilii:

– Obraz jest znakomitym narzędziem do prowadzenia narracji. W nieoczekiwany sposób można za jego pomocą, poza słowami dowiedzieć się o tym, co było przedtem, ale też dowiedzieć się można o tym, co było potem, dowiedzieć się, co było w miejscu, w którym nie jesteśmy w tekście…

Obraz nie powinien być łatwy, ponieważ za pomocą łatwo przyswajalnego obrazu nie dajemy szansy dzieciom i odbiorcom dorosłym na rozwój.

Obraz powinien zawsze wychodzić krok naprzód i zmuszać niejako inteligencję odbiorcy do samodzielnego współtworzenia tego obrazu już w głowie odbiorcy – do samodzielnego współtworzenia narracji w książce.

Dlatego ja nawet nie próbuję tutaj ani cytować kolejnych fragmentów tekstu, ani opowiadać, co jest na towarzyszących im ilustracjach. To po prostu trzeba przeczytać, zobaczyć i przeżyć samodzielnie !

Jak to zwykle bywa z książkami Iwony Chmielewskiej, z racji niewielkiej ilości tekstu i dużej ilości ilustracji również ta odbierana jest jako przeznaczona dla dzieci. Ona sama powiedziała:

– „Dwoje ludzi” jest książką, która może być odczytywana na każdym etapie życia. Równie dobrze może stanowić prezent na złote gody dla małżonków, jak i na 14. urodziny.

Staram się zawsze tak budować swoje książki, żeby były książkami dla ludzi, a nie książkami dla dzieci.

Jeśli opowiada się prostymi słowami i jednoczesnym obrazem, używając do tego prostych metafor, to można mówić nawet małym dzieciom o najtrudniejszych sprawach. Poza tym zawsze przyświeca mi myśl, że książka będzie dopełniana przez odbiorców na różnym etapie rozwoju świadomości ich własnymi koncepcjami, dlatego staram się robić książki otwarte. I raczej zadawać pytania, a nie formułować kategoryczne odpowiedzi.

Ale to, jakie pytania stawia ta książka, zależy wyłącznie od czytelnika. Bo każdy z nas musi je tak naprawę postawić sobie sam…

Iwona Chmielewska (tekst i ilustr.) „Dwoje ludzi”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2014

Edit: Iwona Chmielewska została nominowana do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Atlas wysp odległych (okładka niebieska)

Atlas wysp odległych (okładka niebieska)

Wpis z 12 kwietnia 2015 roku:

Kartografia powinna w końcu zostać uznana za rodzaj literatury, a sam atlas za gatunek poetycki, nie bez racji nazywani go przecież pierwotnie Theatrum orbis terrarum – „teatrem świata”…

„Atlas wysp odległych” to jedna z tych książek, które pozornie wyglądają jakby były przeznaczone dla dzieci (bo przecież mają dużo obrazków), ale są zdecydowanie dla dorosłych. Jakiś czas temu popełniłam na ich temat artykuł, który ukazał się w piśmie „Kontakt”. Joanna Rzyska z Wydawnictwa Dwie Siostry powiedziała mi wtedy: Ciągle spotykamy się z pomyłkami – jednak ten stereotyp działa. Książka z obrazkami ? W wydawnictwie dziecięcym ? To na pewno dla dzieci. Zdarzyło nam się, że bibliotekarze proponowali nam poprowadzenie warsztatów dla dzieci na temat „Atlasu wysp odległych”, bo skoro poprzednio wydałyśmy „Mapy” i one są dla dzieci, to „Atlas” zapewne też.

Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę…

Judith Schalansky wykorzystała formę atlasu geograficznego, żeby opowiadając historie o niemal nikomu nieznanych wyspach stworzyć parabolę świata, zastanowić się nad człowiekiem i nad tym, co wnosi on do miejsca, w którym żyje.

Bo wyspy są przecież tylko małymi kontynentami, kontynenty zaś jedynie bardzo wielkimi wyspami

„Atlas Wysp Odległych” to pięćdziesiąt opowieści – przypowieści o odległych (przynajmniej z naszej perspektywy), odludnych i niegościnnych skrawkach lądu. Te opowieści (z których wyraźnie wynika, że wyspom zdecydowanie lepiej jest bez ludzi), poprzedza fascynujący wstęp – esej autorki. Zatytułowany jest „Raj jest wyspą. Piekło też” i opowiada o sensie i bezsensie podróży, iluzji odkrywania świata na jego antypodach oraz o tym, że mapy przy całym swoim obiektywizmie wcale nie oferują odbicia rzeczywistości, lecz jedynie jej śmiałą interpretację.

Odległe wyspy są nieosiągalne w dwojakim sensie. Trudno do nich dotrzeć, trudno do nich przybić (o ile jest to w ogóle możliwe) i nawet, gdy próby kończą się powodzeniem, wytęskniony kraj okazuje się – jakby nie było tego wiadomo wcześniej – pustynny i nieprzydatny.

Dla badaczy każda wyspa jest świętem, prawdziwym laboratorium natury; przedmiotów badań nie trzeba tutaj mozolnie wyszukiwać, rzeczywistość jest uchwytna i policzalna przynajmniej dopóty, dopóki fauna i flora nie zostaną zniszczone przez napływowe zwierzęta albo ludność nie wymrze na skutek przywleczonych chorób.

Na skraju niekończącej się kuli ziemskiej nie ma żadnego dziewiczego, rajskiego ogrodu. A przybywający z daleka ludzie sami stają się potworami, które z takim trudem przepędzili z map, gdy dokonywali odkryć.

Wyspa Samotności, Thule, Possesion, Napuka, Wyspa Zwodnicza czy Amsterdam…

Spośród pięćdziesięciu wysp wymienionych w tej książce znałam wcześniej (w sensie: wiedziałam o nich coś więcej poza tym, że istnieją) tylko dwie – Św. Helenę i Wyspę Wielkanocną. Z zaskoczeniem odkryłam także trzecią, której nazwa brzmiała znajomo – Tristan da Cunha. Przypomniał mi się wiersz Mariana Hemara, pierwszy raz przeczytany niemal 30 lat temu w Londynie – podobnie jak wszystkie napisane przez niego na emigracji przesiąknięty bolesną tęsknotą do Polski. Poświęcony jest on wydarzeniu, które Judith Schalansky tylko zaznaczyła na osi czasu historii tej wyspy – ewakuacji jej całej, niezbyt licznej ludności z powodu wybuchu wulkanu w latach 1961 – 1963 i ich późniejszemu powrotowi do niewielkiej, skalistej ojczyzny. Podobnie jak dla autorki „Atlasu” także dla Hemara, tytułowa egzotyczna wyspa, której nazwę znał wcześniej ze znaczka pocztowego w klaserze, jest tylko pretekstem – do opowieści o jego własnych smutkach i tęsknotach.

Pamiętam znaczek pocztowy,// Duży błękitny prostokąt,// Kosztował dziesięć centów.// Marzyłem – którędy – dokąd

Droga na taką wyspę ?// Jaka ona szczęśliwa,// Że tak się pięknie nazywa,// Że tak się dźwięcznie nazywa –

Tristan da Cunha” – jak gdyby// Dźwiękła harfa eolska.// Nie tak zwyczajnie jak u nas – // Galicja… czy Lwów… czy Polska…

Judith Schalansky (tekst i ilustr.) „Atlas Wysp Odległych. Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”, przekł.: Tomasz Ososiński, wyd.: Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013

W 2024 roku Wydawnictwo Dwie Siostry wydało ten atlas w wersji rozszerzonej i w żółtej okładce – napisałam o nim szerzej —>>> tutaj

Fala

Fala

W taki upał jak dziś najprzyjemniej jest nad morzem, więc dla ochłody przypomnę wpis z 1 listopada 2011 roku:

… czyli książka, która ostatecznie zmusiła mnie to zrewidowania tego, co napisałam w otwierającym ten blog Manifeście. Jestem mianowicie zmuszona odszczekać słowa: W książce najważniejszy jest tekst, bo służy ona do czytania.

Niniejszym więc odszczekuję i robię to nie tylko bez żalu, ale nawet z satysfakcją, bo równocześnie odnotowuję pojawienie się nowej kategorii – książek obrazowych. Różnią się one od dotychczas nam znanych książek obrazkowych (czyli takich w których ilustracje dopełniają tekst) tym, że to obraz jest w nich sednem całości.

„Fala” nie jest pierwszą książką obrazową, którą mam w ręku, ale pierwszą, która mnie absolutnie oczarowała i pokazała, że słowa w ogóle nie są potrzebne i całą historię można doskonale opowiedzieć obrazem.

W miejscu spotkania się morza z lądem jest coś magicznego, coś co urzeka mnie od zawsze, od pierwszego z morzem kontaktu. Jako dziecko co roku spędzałam część wakacji nad Bałtykiem i nigdy mi się tam nie nudziło. Kiedy zaczęłam jeździć tam z własnymi dziećmi, stwierdziłam, ze plaża i morze to samograj i dzieci nie potrzebują do szczęścia nic więcej. Nawet wiaderka i inne sprzęty plażowe nie są niezbędne do dobrej zabawy.

Ja – dorosła nad morzem nie bawię się w piasku i niekoniecznie muszę wchodzić do wody głębiej niż po kostki. Mogę sobie po prostu siedzieć, i patrzeć, i słuchać. Nic nie relaksuje mnie tak, jak długi spacer skrajem wody i plaży, bez celu – tylko po to, żeby widzieć morze, niebo i piasek, słyszeć fale i wiatr, i dać mu się przewiać, tak do imentu. Oczywiście nie mam tu na myśli zatłoczonych i hałaśliwych solariów typu: Łeba przy głównym wejściu na plażę w środku sezonu, gdzie własnych myśli człowiek nie słyszy i nie ma gdzie postawić nogi, tylko miejsca bardziej odludne. Na przykład nasze ukochane Poddąbie albo tegoroczne Dueodde na Bornholmie.

„Fala” to opowieść o małej dziewczynce na pustej plaży. Dziewczynka i Morze są w tej historii bohaterami równorzędnymi, partnerami prowadzącymi dialog. Plaża jest, jako się rzekło pusta, nie widać tam innych ludzi, tylko piasek i wodę. Są jeszcze ptaki,całe stadko mew, ale one zachowują dystans i są w tej historii tylko obserwatorami.

Uważny czytelnik (oglądacz ? 😉 ) zauważy, że na plaży cały czas jest mama Dziewczynki. Czuwa z daleka, nie ingeruje w to co dzieje się między Dziewczynką a Morzem, nie próbuje wkraczać między nich z ręcznikiem, kapeluszem od słońca, ani też z żadną bułą do koniecznego zjedzenia 😉 Ta jej dyskretna obecność w połączeniu z dedykacją: Dla Sahna, mojego nowonarodzonego dziecka spowodowały, ze zobaczyłam „Falę” jako swoisty manifest mądrego rodzicielstwa – takiego, które pozostawia dziecku tyle swobody i samodzielności, ile tylko jest ono w stanie udźwignąć, otaczając je równocześnie troską i uwagą.

Ilustracje Suzy Lee są… i tu niestety brakuje mi dobrych określeń 😦 Może więc tak : są ascetyczne – zarówno w doborze kolorów, jak i w używaniu kreski. I pełne rozmachu, trochę zawadiackie, na pozór niedbałe, a jednak przemyślane i dopracowane w każdym szczególe. Są po prostu znakomite.

„Fala” to książka uniwersalna, możliwa do zrozumienia na całym świecie, bo przecież wszędzie jest Morze i są takie Dzieci – ciekawe, odważne i beztroskie. Każdy czytelnik, niezależnie od wieku, odczyta ją po swojemu i na swoim poziomie.

Suzy Lee „Fala”, wyd.: Mam Wydawnictwo, Warszawa (?) 2011

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo

Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo

Wpis z 15 maja 2017 roku:

Tytuł tej książki brzmi jak oksymoron, a jednak jej bohaterowie być może kiedyś tak o tym czasie powiedzą. W całym koszmarze życia w ruinach i ciągłej obawy przed nalotami, Jasmina i jej bracia Nabil i Tarik mają dom – trochę zrujnowany, ale to i tak bardzo dużo, bo 1/3 ludności Syrii musiała swoje domy opuścić. Mają też co jeść i w co się ubrać, ale przede wszystkim mają rodziców, którzy robią wszystko, aby ich chronić, nie tylko w sensie fizycznym. Na spotkaniu promującym tę książkę Tomasz Raczek powiedział, że skojarzyła mu się ona z filmem „Życie jest piękne”. Ja odebrałam ją podobnie – tu także jest ojciec, który robi wszystko, żeby nie dopuścić do świadomości dzieci okropieństw świata, w którym zmuszone są żyć.

Dorośli są naiwni. Wydaje im się, że jak rozmawiają szeptem, dzieci nic nie usłyszą. Jest dokładnie na odwrót. Kiedy rodzice, patrząc porozumiewawczo na siebie, przy rozmowie zasłaniają dłonią usta, jakby zamierzali kichnąć, wtedy cała zamieniam się w słuch – i najczęściej udaje mi się parę słów wychwycić.

Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby poznać ich najskrytsze tajemnice. Po prostu czasem mają problemy, z którymi sami nie potrafią sobie poradzić.

Ta książka to powieść dla dzieci, którą powinien przeczytać każdy dorosły – jak można przeczytać na okładce. Grzegorz Gortat nie chroni swoich czytelników przed prawdą o wojnie. Pokazuje życie w oblężonym i bombardowanym mieście w całym jego koszmarze, nie wyłączając śmierci osób bliskich, ale nie epatuje okrucieństwami. Wiele rzeczy pozostawia niedopowiedzianych, a każdy czytelnik zrozumie je na swoim poziomie. My dorośli, wypełnimy te niedopowiedzenia swoją wiedzą o świecie, a jeśli będziemy towarzyszyć w lekturze dzieciom, możemy odpowiedzieć na pytania, które być może będą chciały zadać.

Historii dzieci z Aleppo towarzyszą przepiękne ilustracje Marianny Sztymy. Są poważne, nie infantylne i funkcjonują trochę obok tekstu. Jednak kiedy obejrzymy je uważnie, okaże się, że opowiadają pewną historię, która się w tekście książki zawiera.

Nie dowiemy się z niej, jakie są przyczyny wojny w Syrii i kto tak konkretnie zrzuca bomby na Aleppo. Najważniejsi są w niej bezbronni ludzie, o których pan Safik powiedział: jesteśmy tylko pionkami w grze możnych tego świata. A świata nie interesuje, co się z nami stanie.

„Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo” nie ma happy endu – właściwie trudno powiedzieć, że ma koniec, bo przecież wiemy, że wojna w Aleppo trwa nadal…

Katarzyna Szantyr – Królikowska, szefowa Wydawnictwa Bajka, powiedziała na spotkaniu promującym książkę, że kiedy przeczytała ten tekst pierwszy raz, zrozumiała dwie rzeczy: że musi ją wydać oraz że rzeczą niemoralną byłoby na niej zarabiać. Cały dochód ze sprzedaży „Mojego cudownego dzieciństwa w Aleppo” zostanie przekazany Polskiej Akcji Humanitarnej na pomoc Syrii. Może dzięki temu choć jedno dzieciństwo w Aleppo stanie się trochę lepsze…

Grzegorz Gortat „Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017

Myszka

Myszka

Wpis z 21 kwietnia 2016 roku:

Oj, nie płacz już ! Przecież wcale nie boli…

Nie przesadzaj, nie ma się czego bać.

To bardzo brzydko tak się złościć. Grzeczne dzieci tak się nie zachowują.

Dorośli często usiłują bagatelizować uczucia dzieci. Są przekonani, że lepiej od nich wiedzą, co dzieci czują, a w ogóle ich problemy tak naprawdę są równie małe jak one, a więc nieważne. Nasze dorosłe natomiast są prawdziwe czyli dużo poważniejsze, a emocje z nimi związane uzasadnione.

Kiedy myszka się złości, patrzcie – złości się cała ! // A złość myszki jest wielka, chociaż myszka jest mała.

Dla malucha każdy ból czy niemożność dostania tego, na co ma ochotę, jest tragedią, natomiast każda radość jest wielka. Niewielkie doświadczenie życiowe powoduje, że jeszcze nie nabrał do tego dystansu.

Kiedy myszka się cieszy, cieszy się do sufitu ! // A jej radość jest złota lub w odcieniach błękitu.

„Myszka” to książeczka przedstawiająca pełen wachlarz emocji, które mogą owładnąć każdym nawet najmniejszym stworzeniem. Pomaga swoim czytelnikom (równie małym jak jej bohaterka) zrozumieć je i daje przyzwolenie na ich odczuwanie.

Kiedy myszka się boi, zmyka gubiąc kapciuszki. // Strach ma w brzuszku, w serduszku, w uszkach strachu okruszki.

Wiersze Doroty Gellner towarzyszyły wczesnemu dzieciństwu wszystkich trzech moich córek, ale było to zanim jeszcze zaczęłam pisać ten blog. Potem przez dłuższy czas nie interesowałam się jej twórczością. W zeszłym roku nakładem Wydawnictwa Bajka ukazało się „Sanatorium”, które jakoś niespecjalnie przypadło mi do gustu. Nie rozumiem, do kogo właściwie jest adresowane – do dzieci czy do dorosłych. Ten problem mam ostatnio coraz częściej.

Tym bardziej cieszy mnie „Myszka”, bo to jest Dorota Gellner jaką pamiętam. Niedawno, szukając na półkach białych kruków z lat dziewięćdziesiątych, znalazłam „Bajeczki” – zbiór historyjek napisanych prozą rytmiczną czy też rymowaną, wydany w 1997 roku przez nieodżałowane wydawnictwo Plac Słoneczny 4 i w dodatku z autgrafem Autorki ! 🙂

Jednak pierwsze w naszym domu były małe kwadratowe, sztywnostronicowe książeczki z pojedynczymi wierszami. Szczególnie ciepło wspominam „Piłkę” i do dziś mogę ją wyrecytować z pamięci niemal w całości. Teraz marzy mi się jej wznowienie. Ciekawa jestem, jak ten świat przez który skacze piłka wyglądałby, gdyby wyszedł spod ręki Dobrosławy Rurańskiej, która tak interesująco zilustrowała „Myszkę” ? Jakby jeszcze Bajka wydała to równie pięknie, z solidnymi sztywnymi kartkami… 🙂

Dorota Gellner „Myszka”, ilustr.: Dobrosława Rurańska , wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2016

Gębolud

Gębolud

Wpis z 4 marca 2017 roku:

Po raz pierwszy „Gębolud” ukazał się w 2004 roku nakładem Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego. Wtedy była to jedna z ukochanych książek mojej Najmłodszej. Potem wydało ją Wydawnictwo Literatura, a teraz wznowiło Wydawnictwo Bajka.

Ja także bardzo lubiłam historię Gęboluda i Pyzatej, a nawet pokusiłam się o jej własną interpretację:

Czy ktoś, kto urodził się w rodzinie strasznych czarnoksiężników może zostać w życiu kimś innym niż strasznym czarnoksiężnikiem? Nie ??? Nawet jeśli tak naprawdę to pragnie być ogrodnikiem, miłym panem, który lubi zwierzęta i dzieci ? Gdy zamiast mieszać śmierdzące czarne mazidła, chciałby hodować róże, a z ich pachnących płatków robić konfitury i olejek różany ? Niemożliwe ??? Możliwe, możliwe – jeśli tylko włączy się w tę sprawę dobra czarownica Hortensja i postawi na jego drodze małą pyzatą istotkę.

Czytałam Najmłodszej tę książeczkę wiele razy i widziałam w niej tylko sympatyczną historyjkę o miłym czarodzieju. Optymistyczną opowiastkę o tym, że dużo lepiej jest mieć kogoś do kochania, niż być samotnym i ponurym. I jeszcze – że w wysprzątanym i czystym domu jest dużo przyjemniej niż w brudzie i bałaganie. Sympatyczność tej książeczki dodatkowo podkreślają ciepłe, pastelowe ilustracje Agnieszki Żelewskiej, która jest etatową ilustratorką książek Roksany Jędrzejewskiej Wróbel (Najmłodsza najbardziej lubi ten obrazek, na którym Gębolud i myszka kąpią się – każde w swojej wannie, ale w identycznych pozach 😉 ).Dopiero ostatnio, kiedy kolejny raz przeczytałam słowa: Tatuś ? Jaki śliczny tatuś ! doznałam olśnienia – „Gębolud” to historia faceta, który zostaje ojcem.

Dochodzenie mężczyzny do ojcostwa jest zupełnie inne niż nasze, kobiece do macierzyństwa. Związek kobiety z dzieckiem jest naturalny i oczywisty, a w dodatku wspierają go hormony. Dla mężczyzny pojawienie się na świecie malucha (dość odległe w czasie od aktu poczęcia) ma w sobie posmak czarów. Pstryk i jest 😉 Zupełnie tak samo, jak w życiu Gęboluda pojawiła się Pyzata. Pojawiła się i wywróciła do góry nogami cały jego specyficznie uporządkowany świat. Wywróciła do góry nogami, a jemu wcale to nie przeszkadza. Nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz przeciwnie – jest bardzo zadowolony. To muszą być czary – bo jeśli nie one, to co ???

Moja recenzja doczekała się niespodziewanej dla mnie reakcji Autorki, która skomentowała ten wpis następująco:

Wow ! Ale dałaś. Historia o stawaniu się ojcem ! Ja chciałam chyba napisać o marzeniach, o buntowaniu się przeciwko stereotypom – „Tatuś był mógł to i ty powinieneś”. O tym, że każdy ma własną drogę i sensem zycia jest jej szukanie… To na poziomie świadomym chciałam. Ale co tam u autora w podświadomości piszczy, tego się on może dowiedzieć od recenzenta 🙂 Wielkie dzięki za taki pomysł, zawsze uważałam, że książki po wydaniu żyją własnym życiem, niezależnym od intencji autora. I jest w nich dokładnie to, co czytelnik zobaczy. Sama jako czytelniczka daję sobie takie prawo.

Pamiętam, że zrobiło mi się bardzo miło, kiedy to przeczytałam.

Agnieszka Żelewska, która ilustrowała także wydanie poprzednie, przygotowała do tego całkiem nowe ilustracje. Nie podejmę się nazwać techniki, w jakiej zostały one wykonane, miejscami robią wrażenie wyklejanki z papierowych wyrywanek. Trochę się tego obawiałam, na szczęście Gęboluda i Pyzatej nie sposób na nich nie poznać 😉 Ta wersja jest, powiedziałabym, nieco bardziej surowa niż poprzednia, i okładka, i początkowe ilustracje utrzymane są w gamie barw zdecydowanie odpowiadających stanowi domostwa naszego Czarodzieja sprzed zmian.

Ja jednak pozostanę wierna tamtym poprzednim, co nie zmienia faktu, że bardzo cieszę się z tego wznowienia, bo następne pokolenie zasługuje na to, żeby móc się zaprzyjaźnić z Gęboludem i Pyzatą 🙂

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2017

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Wydawnictwo Literatura Łódź 2010

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Gębolud”, ilustr.: Agnieszka Żelewska, wyd.: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Warszawa 2004

Jak ziarnka piasku

Jak ziarnka piasku

Uwaga ! W tym wpisie będą spoilery, ale niestety bez nich się nie do powiedzieć tego, co wydaje mi się w tej książce najważniejsze.

Tegoroczny werdykt jury konkursu Książka Roku IBBY przyznający ten tytuł w kategorii książek młodzieżowych powieści „Jak ziarnka piasku” Joanny Jagiełło był burzliwie dyskutowany – i na spotkaniu po gali, i jeszcze później. Takie dyskusje to rzecz normalna – trudno jest spośród wielu bardzo różnych książek wybrać jedną najlepszą, bo często są one nieporównywalne i nie sposób jest ustalić obiektywne kryteria oceny. Jednemu z rozmaitych przyczyn podoba się bardziej ta, a komuś innemu inna… Werdykt to informacja o tym, które ze zgłoszonych do konkursu książek najbardziej spodobały się jurorom.

W dyskusjach na temat „Jak ziarnka piasku” opinie były raczej zgodne co do jednego – książka jest mocna, robi wrażenie i nie pozostawia nikogo, kto ją przeczyta, obojętnym.

Kiedy ktoś mnie pyta o to, dla czytelnika w jaki wieku polecałabym ją, odpowiadam, że dla grupy Young Adult, ale z naciskiem na drugi człon tego określenia. To książka dla osób u progu dorosłości. Tych naprawdę dorosłych takie powieści inicjacyjne już nie interesują, bo oni tę inicjację (życiową, nie seksualną, choć akurat tutaj także i o nią chodzi) mają już za sobą.

Ania i Nina urodziły się tego samego dnia, poznały na rozpoczęciu roku w pierwszej klasie podstawówki i od tego czasu były niemal nierozłączne. Dopiero koniec gimnazjum je rozdzielił, bo Ania nie dostała się razem z Niną do liceum plastycznego, a potem w dniu ich wspólnych urodzin, kiedy Ania była na zimowisku, Nina popełniła samobójstwo…

To akurat jest nie bardzo spoiler, bo właśnie od tego zaczyna się akcja książki. Ania usiłuje dojść do tego, co było przyczyną decyzji Niny, ale nie udaje jej się. Dopiero, kiedy przenosi się na zwolnione przez nią miejsce w szkole plastycznej i poznaje jednego z nauczycieli, zostaje przez niego wykorzystana w ten sam sposób.

„Jak ziarnka piasku” to powieść, jako się rzekło, mocna. Autorka nie ucieka od trudnych problemów, które wiążą się z dorastaniem, bez owijania w bawełnę, ale z wyczuciem, porusza zarówno temat inicjacji seksualnej, jak i seksualnej przemocy.

Jeżeli mam z tą książką jakiś problem, to nie dotyczy on tego, co w niej jest czyli kontrowersyjnej dla niektórych tematyki obyczajowej, ale tego, czego w niej brakuje. Otóż brakuje w niej (nie tylko mi) pozytywnych postaci heteroseksualnych mężczyzn. Obie bohaterki nie mają ojców (jeden umarł, drugi odszedł) i nie mają też obok siebie też żadnych innych bliskich mężczyzn. Żadnego dziadka,wujka, kuzyna, kolegi – nawet w tle, nawet we wspomnieniach. Pierwsza miłość Ani to popapraniec czy też łagodniej – chłopak złamany przez przemocowego ojca. Chłopcy w klasie najpierw Niny, a potem Ani opisani są jako: jeden pryszczaty, jeden gruby, jeden dziwny i jeden gej i to właśnie ten ostatni jest jedynym sensownym, który pomaga najpierw jednej, a potem drugiej. Ok, w porządku, może tak być, ale czy naprawdę wszyscy heterycy w ich otoczeniu (z jednym wyjątkiem, który majaczy na końcu książki) muszą być albo słabi albo okrutni ? Czy to nie jest przypadkiem seksizm ?

Joanna Jagiełło „Jak ziarnka piasku”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2018

Edit : Książka wpisana w 2019 roku przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens

Binta tańczy, a Lalo gra na bębnie

Binta tańczy, a Lalo gra na bębnie

Dziś Dzień Dziecka, więc dookoła szaleństwo promocji na wszystko, co potencjalnie mogłoby być prezentem z tej okazji oraz festyny, okolicznościowe festyny gdzie tylko spojrzeć. Moje dzieci już są za duże i na jedno (z resztą – nigdy nie było u nas tradycji rozbuchanych prezentów tego dnia), i na drugie (też nie chadzaliśmy – z wrodzonej idiosynkrazji do tłoku i hałasu). Myślę jednak, że dla wszystkich dzieci największą wartość ma czas spędzany wspólnie z rodzicami – tak jak w tej rodzinie:

Wpis z 30 marca 2009 roku:

Oszczędna w słowach, za to pełna kolorów i dźwięków – napisano o tej książce na stronie wydawnictwa i to w zasadzie wyczerpuje jej temat 😉 Niewiele jest tu do czytania – pojedyncze słowa (Mama, Tata , Dom), krótkie zdania (Ajsza goni Babo, Mama czesze Lalo) i fascynujące onomatopeje np.:

Bombelli – Bombelli – Bom 😉

Dorośli byc może wzruszą ramionami nad taką książką, w której jest tak niewiele tekstu, ale maluchy bardzo polubiły Bintę i jej rodzinę, na którą składają się: ciemnoskóry Tata, jasnowłosa i piegowata Mama, Ajsza i Binta podobne do Mamy, Lalo i malutki Babo – podobni do Taty. Bardzo podoba mi się Mama Binty – zdecydowanie wolna od kompleksów związanych z rozmiarem pupy. I słusznie – w tańcu spora pupa kręci się bardziej wyraziście 😉 A tańca w tej książce jest bardzo dużo.

Bembedi – Bembedi – Bem 😉

Ich domek wygląda tak, jak zawsze rysują dzieci – czerwony dach, drzwi, okno, komin. Archetyp domu, jego kwintesencja. Pies, kury… Żadnej pracy, do której trzeba się spieszyć, żadnych problemów, obowiązków. Muzyka. Taniec.

Ta książka leżała u nas w domu już od jakiegoś czasu, ale tak naprawdę zrozumiałam ją niedawno, kiedy zainteresowałam się Bintą na potrzeby czwartkowego „Czytania na dywanie” w  Fundacji „Sto Pociech”. Przeczytałam tę książeczkę kilka razy i wiecie co ? Zaczęłam im zazdrościć. Tego beztroskiego spokoju. Luzu. Umiejętności bycia razem. Radości z wspólnie przeżywanych chwil. Tego wszystkiego, co ginie nam w naszej codzienności.

Pimperi – Pimperi – Pim 😉

Czy tylko mi rodzina Binty kojarzy się z jeżycjadową rodziną Oracabessa ? Dzieci mają trochę więcej, ale atmosfera podobna 😉

Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Binta tańczy”, przekł.: Katarzyna Skalska , wyd.: Zakamarki, Poznań 2008

Wpis z 26 października 2009 roku:

Mama śpi, Tata śpi, Ajsza śpi, Binta spi, Babo puszcza bąki, ale gdzie jest Lalo ?

Lalo już wstał – gra na bębenku z deszczem, całuje kwiatki, cieszy się z wschodzącego słońca… Cieszy się tak bardzo, ze budzi całą rodzinę.

Jego rodzinę mieliśmy już okazję poznać w książeczce „Binta tańczy”. W tej jest bardzo podobnie – z jedną różnicą, że jest rano, a nie wieczór. Ten sam luz, to samo niespieszne cieszenie się swoim towarzystwem. Wspólne nakrywanie do stołu. Spokojne śniadanie, podczas którego mały Babo może paćkać do woli.

Znacie wiersz Danuty Wawiłow „Szybko” ? 

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj, szybko, szybko, stygnie kawa ! Szybko, zęby myj i ręce ! Szybko, światło gaś w łazience !

Nawet jeśli go nie znacie, to na pewno znacie takie poranki. Znacie, ale czy lubicie (że tak się retorycznie zapytam 😉 ) ? Jeśli nie, to zajrzyjcie do Lalo, Binty i ich rodziny…

A tam…

Tata gra na bębnie PAM PIDI PAMPAM POMPOM ! Jaki miły poranek !

Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Lalo gra na bębnie”,przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2009

P.S. Jest jeszcze trzecia część – „Babo chce”, ale ta nie wzbudziła aż takiego mojego entuzjazmu. Te dzieci wędrujące samopas po lesie i spotykające dziki, to już, jak na mnie, zbyt dużo swobody…

Eva Susso (tekst), Benjamin Chaud (ilustr.) „Babo chce”,przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2010