W lutym 2015 roku napisałam na Magazynu Kontakt tekst o ilustrowanych książkach, które wbrew pozorom nie są dla dzieci. Od tego czasu ukazało się ich jeszcze trochę, więc się trochę zdezaktualizował, ale mimo wszystko zachęcam do przeczytania – znajdziecie go tutaj 🙂
Kartografia powinna w końcu zostać uznana za rodzaj literatury, a sam atlas za gatunek poetycki, nie bez racji nazywani go przecież pierwotnie Theatrum orbis terrarum – „teatrem świata”…
„Atlas wysp odległych” to jedna z tych książek, które pozornie wyglądają jakby były przeznaczone dla dzieci (bo przecież mają dużo obrazków), ale są zdecydowanie dla dorosłych. Jakiś czas temu popełniłam na ich temat artykuł, który ukazał się w piśmie „Kontakt”. Joanna Rzyska z Wydawnictwa Dwie Siostry powiedziała mi wtedy: Ciągle spotykamy się z pomyłkami – jednak ten stereotyp działa. Książka z obrazkami ? W wydawnictwie dziecięcym ? To na pewno dla dzieci. Zdarzyło nam się, że bibliotekarze proponowali nam poprowadzenie warsztatów dla dzieci na temat „Atlasu wysp odległych”, bo skoro poprzednio wydałyśmy „Mapy” i one są dla dzieci, to „Atlas” zapewne też.
Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę…
Judith Schalansky wykorzystała formę atlasu geograficznego, żeby opowiadając historie o niemal nikomu nieznanych wyspach stworzyć parabolę świata, zastanowić się nad człowiekiem i nad tym, co wnosi on do miejsca, w którym żyje.
Bo wyspy są przecież tylko małymi kontynentami, kontynenty zaś jedynie bardzo wielkimi wyspami
„Atlas Wysp Odległych” to pięćdziesiąt opowieści – przypowieści o odległych (przynajmniej z naszej perspektywy), odludnych i niegościnnych skrawkach lądu. Te opowieści (z których wyraźnie wynika, że wyspom zdecydowanie lepiej jest bez ludzi), poprzedza fascynujący wstęp – esej autorki. Zatytułowany jest „Raj jest wyspą. Piekło też” i opowiada o sensie i bezsensie podróży, iluzji odkrywania świata na jego antypodach oraz o tym, że mapy przy całym swoim obiektywizmie wcale nie oferują odbicia rzeczywistości, lecz jedynie jej śmiałą interpretację.
Odległe wyspy są nieosiągalne w dwojakim sensie. Trudno do nich dotrzeć, trudno do nich przybić (o ile jest to w ogóle możliwe) i nawet, gdy próby kończą się powodzeniem, wytęskniony kraj okazuje się – jakby nie było tego wiadomo wcześniej – pustynny i nieprzydatny.
Dla badaczy każda wyspa jest świętem, prawdziwym laboratorium natury; przedmiotów badań nie trzeba tutaj mozolnie wyszukiwać, rzeczywistość jest uchwytna i policzalna przynajmniej dopóty, dopóki fauna i flora nie zostaną zniszczone przez napływowe zwierzęta albo ludność nie wymrze na skutek przywleczonych chorób.
Na skraju niekończącej się kuli ziemskiej nie ma żadnego dziewiczego, rajskiego ogrodu. A przybywający z daleka ludzie sami stają się potworami, które z takim trudem przepędzili z map, gdy dokonywali odkryć.
Wyspa Samotności, Thule, Possesion, Napuka, Wyspa Zwodnicza czy Amsterdam…
Spośród pięćdziesięciu wysp wymienionych w tej książce znałam wcześniej (w sensie: wiedziałam o nich coś więcej poza tym, że istnieją) tylko dwie – Św. Helenę i Wyspę Wielkanocną. Z zaskoczeniem odkryłam także trzecią, której nazwa brzmiała znajomo – Tristan da Cunha. Przypomniał mi się wiersz Mariana Hemara, pierwszy raz przeczytany niemal 30 lat temu w Londynie – podobnie jak wszystkie napisane przez niego na emigracji przesiąknięty bolesną tęsknotą do Polski. Poświęcony jest on wydarzeniu, które Judith Schalansky tylko zaznaczyła na osi czasu historii tej wyspy – ewakuacji jej całej, niezbyt licznej ludności z powodu wybuchu wulkanu w latach 1961 – 1963 i ich późniejszemu powrotowi do niewielkiej, skalistej ojczyzny. Podobnie jak dla autorki „Atlasu” także dla Hemara, tytułowa egzotyczna wyspa, której nazwę znał wcześniej ze znaczka pocztowego w klaserze, jest tylko pretekstem – do opowieści o jego własnych smutkach i tęsknotach.
Droga na taką wyspę ?// Jaka ona szczęśliwa,// Że tak się pięknie nazywa,// Że tak się dźwięcznie nazywa –
„Tristan da Cunha” – jak gdyby// Dźwiękła harfa eolska.// Nie tak zwyczajnie jak u nas – // Galicja… czy Lwów… czy Polska…
Judith Schalansky (tekst i ilustr.) „Atlas Wysp Odległych. Pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byłam i nigdy nie będę”, przekł.: Tomasz Ososiński, wyd.: Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013
W 2024 roku Wydawnictwo Dwie Siostry wydało ten atlas w wersji rozszerzonej i w żółtej okładce – napisałam o nim szerzej —>>> tutaj
a potem we Włoszech i w Paryżu – cykl Astrid Lindgren należący niestety do tej części jej twórczości, która nie wytrzymała próby czasu. Ponieważ jednak wstawiam na półki nowego Małego Pokoju jej książki, znajdzie się tu miejsce także dla nich.
Wpis z 8 maja 2007 roku:
Jest rok 1950. Kati, dwudziestolatka ze Sztokholmu, zafascynowana opowieściami swojego przyjaciela Jana, który wrócił niedawno z Ameryki postanawia zobaczyć ten niezwykły kraj na własne oczy. Wychowująca ją po śmierci rodziców Ciotka początkowo nie chce w ogóle słyszeć o takim pomyśle. Kapituluje wreszcie wobec determinacji dziewczyny, ale… postanawia towarzyszyć siostrzenicy w tak niebezpiecznej wyprawie. Ta książka mogłaby właściwie nosić tytuł „Podróże z moją ciotką” 😉 Zwiedzają Nowy Jork, Waszyngton, Nowy Orlean i Chicago, przejeżdżając przez Stany z góry na dół i z powrotem, podobnie jak dwa lata wcześniej sama Astrid Lindgren. Poznają Amerykanów różnych ras, zamożności i pochodzenia (także emigrantów z ich ojczystej Szwecji). Obie ta podróż zmienia – i entuzjastyczną Kati, i sceptyczną Vilhelminę. Obie w innym świetle zaczynają widzieć zarówno Amerykę, jak i Szwecję.
Dlaczego
zaliczyłam „Kati w Ameryce” do książek „kontrowersyjnych”
?
Bo
nie do końca rozumiem dla kogo jest przeznaczona, ani w ogóle – po
co ją teraz wydano. Opisuje ona Amerykę, której już nie ma, za
punkt odniesienia przyjmując Szwecję, której również już nie
ma. Trochę przypomina mi to późniejszą o 30 lat książkę Teresy
Hołówki „Delicje ciotki Dee” – tam porównywano amerykański
Middwest z lat osiemdziesiątych z siermiężną rzeczywistością
PRL. Czytając teraz „Delicje” widzę, jak bardzo od tego
czasu zamerykanizowało
się nasze
życie. Mogę to zauważyć, bo znam ówczesną Polskę z
autopsji 😉
„Kati
w Ameryce”, zdaniem
wydawnictwa, przeznaczona jest dla czytelników od 10 lat. Czy na
pewno ? Co zrozumieją z tamtych amerykańsko – szwedzkich realiów
dzieci, które nie bardzo wiedzą, jak 60 lat temu wyglądało życie
ich dziadków w Polsce ? Myślałam przez chwilę, że większy sens
miałoby wydanie tej książki w USA – dla tamtejszych nastolatków
byłoby to źródło wiedzy o niezbyt odległej przeszłości ich
kraju. Chyba jednak nie należy się tego spodziewać…
Ogromne wrażenie na Astrid Lindgren zrobiła wówczas segregacja rasowa – widać to w opisie wizyty Kati w slamsach Nowego Orleanu i jej podróży autobusem przez Wirginię. Tymczasem w obecnej Ameryce ta książka mogłaby zostać uznana za rasistowską ! Znajdziemy w niej na przykład taką opinię (z którą zresztą trudno się nie zgodzić 😉 ) Przedtem zawsze sądziłam, że małe nowo narodzone prosiaczki są najsłodsze ze wszystkich stworzeń, ale to był błąd. Murzyniątka są słodsze. Jakież to politycznie niepoprawne (mimo całej czułości w tym zawartej) !!!
Zdanie
twierdzące: „Kolorowy”
należy mówić o Amerykanach, którzy nie są biali, to absolutna
obraza, by Murzyna nazwać Murzynem ! zaopatrzone
zostało w następujący przypis: Powieść
niniejszą autorka pisała w 1950 roku. Nazwa „Murzyn” i
„kolorowy” w odniesieniu do Afroamerykanów miały wtedy inny
charakter niż dzisiaj. Być
może oddano w ten sposób politycznej poprawności, co jej się
należy, ale niewiele wytłumaczono naszemu czwarto- czy
piątoklasiście. W obfitości przypisów wyjaśniających, kim były
takie zapomniane już, a przywoływane w tej książce postaci jak
Esther Williams, Myrna Loy czy Betty Davis, zabrakło informacji o
tym, kiedy i w jakich okolicznościach zniesiono w USA segregację
rasową.
(Tu następował fragment dotyczący tego, jakie książki Astrid Lindgren ciągle czekają na polskie wydanie, a na pewno byłyby bardziej strawne do czytania – ale stracił on sens, bo wkrótce potem pojawiło się Wydawnictwo Zakamarki i wydało wszystkie pozycje o których tak marzyłam. Zostawiam więc tylko puentę 🙂 )
Dlaczego zdecydowano o wydaniu akurat tych książek, nie bardzo wiadomo, dla kogo przeznaczonych ? Polityka wydawnicza monopolisty w książkach Astrid Lindgren w Polsce czyli “Naszej Księgarni” nadal nie przestaje mnie zadziwiać. Niestety 😦
Astrid Lindgren „Kati w Ameryce”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2007
Wpis z 19 października 2007 roku:
Po powrocie z Ameryki Kati rozpoczyna nowy etap życia. Nie jest już panienką pod opieką ciotki, tylko młodą samodzielną kobietą z własnym mieszkaniem – pracującą i zarabiającą. Odrzuciła oświadczyny Jana, który chciał jak najszybciej zamieszkać w jej mieszkaniu, bo nie chciała wślizgnąć się w to małżeństwo tylko z rozpędu. Poprosiła go o odłożenie rozmowy o ślubie o rok, ale przez rok może się wiele zdarzyć.
Jak
sama mówi – mam dwadzieścia
dwa lata i do tej pory chodziłam na smyczy mojej ciotki. Nigdy nie
próbowałam, jak to jest radzić sobie samej. Życie było pełne
praktycznych szczegółów, których nie opanowałam w najmniejszym
stopniu.(…) Nie mogłam prosto z ramion Ciotki powędrować w
ramiona Jana, kiedy wreszcie miałam okazje stanąć na własnych
nogach. Zamiast
zamążpójścia wybiera zamieszkanie z koleżanką z pracy. Razem
remontują mieszkanie, razem wygrywają w totolotka i razem wyruszają
na wycieczkę objazdową po Włoszech.
Przeczytałam tę książkę z ogromną przyjemnością. To takie sympatyczne i wesołe babskie czytadło. Wydaje mi się jednak, ze wydawnictwo znów pomyliło się określając przedział wiekowy czytelników tej książki – moim zadaniem jest ona raczej dla dorosłych. Trudno mi wyobrazić sobie dziesięciolatkę (że o dziesięciolatku nie wspomnę) którą zainteresować by mogły perypetie uczuciowe dwóch szwedzkich stenografistek szukających we Włoszech miłości swojego życia.
Wszystko
to w dodatku w realiach lat pięćdziesiątych, a od tego czasu sporo
się zmieniło – także w sferze obyczajowości. Każda
kobieta powinna kiedyś móc urządzić własny dom, niezależnie od
tego, czy wychodzi za mąż, czy nie. Jej wrodzona skłonność do
obszywania ręczników i kupowania małych ogniotrwałych form, i
rozlepiania ozdobnych taśm na półkach powinna zostać zaspokojona
bez względu na jej stan cywilny. Tego rodzaju pragnienie może
zwieść dziewczynę, która po wszystkich tych męskich zabiegach
sądzi, ze jest zakochana w jakimś takim nieszczęściu będącym
mężczyzną. Byle jakim mężczyzną, który pozwoli jej zaspokoić
chęć meblowania, a jednocześnie da jej tytuł „pani”, to
ostatnie, rzecz jasna, jest szczególnie ważne. –
czy to są rozważania mogące trafić do dziesięciolatków
z początków XXI wieku ?
Inaczej niż część amerykańska, ta książka nie próbuje opisywać kraju i zaglądać mu pod podszewkę. To tylko miłalove story, a Włochy w niej… Włochy są jak z pocztówki – piękne, romantyczne i ograniczone do najbardziej znanych atrakcji turystycznych.
Reasumując
– bardzo
fajna książka, ale raczej dla Mam i starszych sióstr nastolatków
😉 Wydawnictwu
pozostała do wydania jeszcze jedna książka o Kati i przyznam, że
z ciekawością czekam na Paryż widziany jej oczami.
Astrid Lindgren „Kati we Włoszech”, przekł.: Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2007
Wpis z 4 grudnia 2008 roku:
Przeczytałam „Kati w Ameryce”, przeczytałam „Kati we Włoszech” więc nie mogłam nie przeczytać „Kati w Paryżu” 😉 I to jest niestety jedyne uzasadnienie tej lektury 😦
Paryż,
którego już nie ma, opisywany w dodatku tak, że jeśli się nic o
tym mieście nie wie, to ta lektura nic do tej wiedzy nie wniesie.
Rozważania na tematy małżeńskie ciut
anachroniczne 😉 i
raczej mało interesujące dla współczesnych nastolatków. Pomysł
zabrania w podróż poślubną najlepszej przyjaciółki, która w
dodatku nie odstępuje nowożeńców ani na krok – co najmniej
dziwny.
Astrid
Lindgren potrafiła mistrzowsko opisać szczęśliwe dzieciństwo, bo
takie właśnie sama miała. Opis szalonej młodzieńczej miłości i
szczęśliwego zamążpójścia wyszedł jej gorzej – chyba nie
miała okazji sama tego doświadczyć.
Reasumując – „Kati w Paryżu” to książka wyłącznie dlanieuleczalnych maniaków Astrid Lindgren, którzy w dodatku mają zwyczaj kończyć to, co zaczęli czytać 😉
Astrid
Lindgren „Kati
w Paryżu”, przekł.:
Anna Węgleńska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2008