Książka, która zapoczątkowała serię „Wojny dorosłych – historie dzieci”, a więc nadzieja, którą wyraziłam na końcu tej recenzji, nie była płonna 😉 Ukazało się w niej już ponad dwadzieścia książek opartych na losach autentycznych dzieci nie tylko z czasów drugiej wojny światowej. Część z nich już znalazła swoje miejsce na poprzednich półkach Małego Pokoju z Książkami, inne dopiero czekają na opisanie.
Wpis z 21 lutego 2011 roku:
W tegorocznym liście do św. Mikołaja Najmłodsza poprosiła o: grę planszową a najchętniej „Małych powstańców”. Przyznam, że nie jestem entuzjastką planszówek (wyjątek robię dla Sccrabli, ale czy one należą do tej kategorii ?), a pomysł zrobienia gry dla dzieci o Powstaniu Warszawskim budził moje mieszane uczucia, ale z drugiej strony – to i tak było jedno z sensowniejszych życzeń zawartych w tym liście, więc cóż było robić… 😉 Najmłodsza znalazła pod choinką tę grę, zagrałyśmy już kilka razy, a ja nadal mam mieszane uczucia. Zdaję sobie sprawę, z swojego historycznego skrzywienia, które powoduje żywszy (niż przeciętnie w populacji) stosunek do wydarzeń z przeszłości. A już do Powstania Warszawskiego mam stosunek szczególnie szczególny…
Od początku mój opór wzbudziła zdeformowana mapa Warszawy, na której gra się rozgrywa – pewne miejsca są za blisko, pewne za daleko, a niektóre drogi wiodą przez tereny przez które, jak wiem doskonale, przejścia nie było.
Jednak
największą moją obawę budzi to, że obraz Powstania, jaki dziecko
może wynieść z tej gry (a szczególnie z jej pierwszego poziomu,
przeznaczonego dla młodszych) jest podobny do obrazu wojny w
„Czterech pancernych”. Fajna zabawa, taka trochę ciuciubabka, a
nawet, jak ktoś wpadnie w ręce Niemców, to w następnej kolejce na
pewno nasi go uwolnią i wróci do gry. Niestety – Powstanie wcale
nie przypominało zabawy w chowanego 😦
W
drugim poziomie już nie bawimy się w berka z jednym jednym
hitlerowcem, za to pojawia się możliwość utraty całej dzielnicy
(jeśli meldunek nie zostanie doręczony). Nie wiem, jak to wygląda
przy większej ilości graczy, ale grając w dwie osoby nigdy do tego
nie dopuściłyśmy.
Gra w „Małych powstańców” może być jednak dobrym wstępem do rozmowy z dzieckiem o Powstaniu – pod warunkiem , że dorośli sami dysponują na jego temat wiedzą szerszą niż ta, którą zawarto w ulotce dołączonej do gry. Jeśli nie dysponują, ani nie mają na podorędziu kogoś, kto może o tym opowiedzieć na podstawie własnych doświadczeń, można (a nawet należy) sięgnąć po książkę. Na przykład tę:
Oczywista odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: wojna nie jest dla nikogo, ale równocześnie wiemy dobrze, że teraz wojna dotyczy już nie tylko tych, którzy noszą mundury, niezależnie od wieku i płci.
W 1939 roku Ela miała dziewięć lat. Wojna zmieniła w jej życiu wszystko. Najpierw z nieba leciały bomby, a jej najsilniejszy na świecie Tata, który obiecywał, że je zdmuchnie z nieba, był daleko, walczył. Potem zaczęło się życie pod okupacją, zupełnie inne od tego wcześniejszego. Okazało się, że to, co dawniej było ważne, teraz wygląda inaczej – na przykład prawdomówność. Już nie trzeba było zawsze mówić prawdy, wręcz przeciwnie – były rzeczy, których nie można było powiedzieć nawet najbliższej osobie. A potem jeszcze aresztowano Mamę i Ela została sama, a potem w Warszawie wybuchło Powstanie…
Bohaterka tej książki, Ela Łaniewska była o rok starsza od Hany Brady (bohaterki „Walizki Hany”) i miała to szczęście w nieszczęściu, ze nie była Żydówką. Przeżyła wojnę i spotkała Mamę, która wróciła z obozu w Auschwitz. Tata nie dożył końca wojny. Książka, którą Paweł Beręsewicz napisał na podstawie jej losów, nie epatuje okrucieństwem. To opowieść dziewczynki ukazująca te wydarzenia z jej perspektywy.
„Czy wojna jest dla dziewczyn ?” jest już trzecią książką opowiadającą autentyczne losy młodziutkich uczestników Powstania, wydaną przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Poprzednie „Mały Powstaniec” i „Halicz” ukazały się nakładem wydawnictwa „Muchomor”. Ta jest efektem współpracy Muzeum z Wydawnictwem Literatura i mam nadzieję, że na tym się nie skończy.
„Mali Powstańcy” – gra, wyd.: Egmont
Paweł Beręsewicz „Czy wojna jest dla dziewczyn ?”, ilustr.: Olga Reszelska, wyd.: Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2010, Literatura, Łódź 2010
Dzisiaj pozdrowienia dla czytelników z Nowej Huty, a szczególnie dla Kuby, który ma poważny problem. Otóż ów Kuba z jednej strony chciałby wiedzieć, skąd wzięła się tytułowa blizna na twarzy taty bohatera mojej książki, a z drugiej strony nie cierpi czytać. Jest w tym dylemacie okrutnie zapętlony. Podejrzewam, że może próbować podstępem wydobyć z kogoś tę informację, bez konieczności czytania. Mam w związku z tym apel do wszystkich czytelników: bądźcie czujni i nie dajcie się podejść! Nieczytanie jest dobrowolnym wyborem każdego i każdy musi ponieść tego konsekwencje. – napisał Autor tej książki na swoim fanpage’u na Facebooku i ja się z nim w pełni zgadzam.
Spokojnie, panie Pawle, ja na pewno nie zdradzę tajemnicy ! Daję słowo !
Kiedy
ma się lat dwanaście, to wszystko to, co wydarzyło się przed
naszym narodzeniem – nieważne czy dziesięć, czy pięćdziesiąt,
czy dwieście lat temu – było po prostu DAWNO TEMU. Czy to
Powstanie Warszawskie, czy Powstanie Styczniowe, czy stan wojenny –
to wszystko zlewa się w jedną, odległą przeszłość.
Pierwszy kontakt z historią mamy wtedy, kiedy słuchamy opowieści rodziców i dziadków o tym, jak było wtedy, kiedy oni sami byli mali. O ludziach, których już nie ma, a kiedyś byli bardzo ważni dla naszych najbliższych, o miejscach, których nie znamy, o domach, których też już nie ma, albo przeciwnie – są, tylko wyglądają inaczej i mieszka w nich ktoś inny… I o wydarzeniach, o których potem będziemy uczyć się w szkole, ale wtedy nie będą już dla nas tylko pustymi zdaniami z podręcznika.
Janek, bohater „Tajemnicy człowieka z blizną”, jest mniej więcej rówieśnikiem mojej Najmłodszej, jego rodzice są ciut młodsi od nas, a jego dziadkowie – od jej dziadków, ale wydarzenia, do których sięga ta książka często są wspominane również w naszym domu. W dodatku jej Tata też od zawsze nosi brodę ! Tylko, że jego broda nie kryje w sobie żadnej tajemnicy – w przeciwieństwie do brody Taty Janka.
Kiedy w wyniku przegranego zakładu Tata brodę zgolił, okazało się, że ukrywał pod nią bliznę. Ale skąd ją miał ? Tego nie chciał powiedzieć, a nikt z rodziny tego nie wiedział. A może też nie chcieli powiedzieć ? Pewne było tylko to, że zdarzyć się to musiało DAWNO TEMU, po przecież dla Janka Tata ZAWSZE miał brodę. Chłopiec rozpoczął więc śledztwo…
… i tu zaczyna się to, co dla mnie w tej książce jest najfajniejsze – zderzenie wyobrażeń o świecie dziecka wychowanego tu i teraz (z telewizją o wielu kanałach, internetem i grami komputerowymi) z realiami życia w czasach naszego dzieciństwa. Na podstawie jakichś zasłyszanych urywków Janek tworzy swoje historie – usłyszawszy, że Tatę goniło ZOMO, najpierw stworzył sobie historię o zombie rodem w horrorów oglądanych w telewizji. Potem, kiedy dowiedział się już, czym było ZOMO, uznał, że aby uciekać przed policją, jego Tata musiał popełnić najpierw jakieś przestępstwo. To w sumie świetnie, że nasze dzieci mogą nie dopuszczać do siebie myśli o tym, że policja mogłaby mieć powody, aby gonić uczciwego człowieka.
W
jego pomysłach na rozwikłanie tajemnicy pojawiają sie też Uma
Thurman i Steven Spielberg…
No dobrze – ale co z tą blizną w końcu ? – zapytacie.
O nie, nie, nie !!! Nie powiem. Dałam słowo ! 🙂
Paweł Beręsewicz „Tajemnica człowieka z blizną”, ilustr.: Olga Reszelska, wyd.: Literatura, Łódź 2010
Marczuk nie lubił Żydów. Konkretnie dwóch: Joska Wyszkowera i Aarona Goldberga. Wkurzali go. Josek rzucił kiedyś w Marczuka zgniłą ulęgałką, a Aaron powiedział, że Marczuk jest zbyt brzydki, żeby jakaś dziewczyna chciała się z nim całować. Ale Marczuk lubił Żydów. Dokładnie trzech: Heńka, Dawida i Berka. Szczególnie tego ostatniego, odkąd wyjaśnili sobie pięściami wszystkie nieporozumienia, a potem z powagą uścisnęli dłonie. Co do pozostałych Żydów Marczuk nie miał wyrobionego zdania. Chyba więc to nie sympatia, a zwykły ludzki odruch sprawił, że ten niewysoki, jasnowłosy chłopak z Choszczówki został bohaterem.
Bohaterem
najczęściej zostaje się przypadkiem i niespodziewanie. Nie można
tego zaplanować, po prostu – życie stawia przed człowiekiem
wyzwanie i albo mu się sprosta, albo nie. I tak było z
kilkunastoletnim Jankiem Marczukiem…
Najpierw
był impuls, który kazał mu spróbować uprzedzić ludzi wydanych
przez szmalcownika, że za chwilę będą u nich Niemcy. Chwilę
potem został obarczony odpowiedzialnością za trzy Żydówki –
matkę i dwie córeczki. I choć jeszcze godzinę wcześniej w ogóle
by się po sobie takiego zachowania nie spodziewał, jednak wykazał
się zimną krwią i odwagą niezbedną, aby je uratować
„Wszystkie lajki Marczuka” to książka która opowiada dwie historie, a łączy je miejsce – podwarszawska Choszczówka. Losy Janka Marczuka uświadamiają czytelnikom, że wojna i okupacja były wszędzie i nawet w takiej malutkiej miejscowości działy się rzeczy straszne i było miejsce na czyny odważne. O tytułowych lajkach natomiast opowiada wątek całkiem współczesny.
Pasuje on do dzisiejszego dnia, bo jest ciut primaaprilisowy 😉 Niestety, jego sensem jest suspens, więc niewiele mogę o tym napisać, żeby nie psuć nikomu radości z czytania. Mnie niestety ta frajda została odebrana – Najmłodsza była łaskawa zdradzić mi puentę, bo, jak twierdzi, była pewna, że już to czytałam.
Zdradzić mogę tyle, że jest to książka o manowcach… Nie tylko o tych, na które może nas zaprowadzić zbyt silne pragnienie zemsty, ale także o manowcach internetu i pułapkach, jakie czyhają na osoby zbytnio wierzące w to, co tam się znajduje 😉
Paweł Beręsewicz „Wszystkie lajki Marczuka”, ilustr.: Olga Reszelska, wyd.: Literatura, Łódź 2012
Paweł Beręsewicz „Wszystkie lajki Marczuka”, ilustr.: Elżbieta Chojna, (seria: Plus Minus 16) wyd.: Literatura, Łódź 2018
„Powiem Julce” to była prawie ostatnia książka Krystyny Siesickiej – pisarki, na której twórczości się wychowałam. Nie pierwszy raz sięgnęła w niej do swoich wspomnień wojennych, choć akurat o tym szczególnym okresie wcześniej nie pisała.
„Powiem Julce” zostało wyróżnione w konkursie Książka Roku IBBY 2008.
Wpis z 4 stycznia 2009 roku:
Dwór w Pastuszkach nie był duży. Parterowy, położony na niewielkim wzniesieniu, bielił się widoczny między drzewami, trochę soplicowski, trochę serbinowski, jeśli coś ci to mówi, Julko. Z ganku wchodziło się do sporego holu i dopiero tu, za brązowymi, wysokimi drzwiami zaczynały się trochę mroczne korytarze prowadzące do środka domu. Dlaczego przypominam sobie to wszystko ? No, bo tak było, po prostu, a teraz po dworze nie ma śladu.
„Powiem Julce” to najnowsza książka Krystyny Siesickiej, o której sama autorka tak pisze na okładce: Nie wiem, jakimi słowami zaprosić Was do przeczytania tej książki. Może w ogóle tego nie zrobię, wdzięczna każdemu, kto bez specjalnego zaproszenia uda się na spotkanie z Julką, Zośką i Teresą. „Powiem Julce” jest opowieścią o pierwszej miłości, którą każda z nich przeżywa inaczej…
Teresa,
Karol i Zośka… Pierwsza miłość, opisana w tej książce, była
taka… nie do końca udana, ale stała się początkiem wspaniałej
dziewczęcej (a później kobiecej) przyjaźni na całe życie. Ta
miłość to tylko pretekst, aby powrócić pamięcią do tamtych
miejsc i tamtego czasu.
Czas
to był szczególny – koniec okupacji niemieckiej, kilka jesiennych
i zimowych miesięcy między upadkiem Powstania Warszawskiego a
początkiem ofensywy w styczniu. Był to czas, kiedy na prawym brzegu
Wisły już tworzyła się nowa rzeczywistość, natomiast brzeg lewy
zamarł w oczekiwaniu na to, co nadejdzie. Czas zawieszenia,
niepewności, strachu…
Autorka
wraca w tej książce do własnych wspomnień,
bo to właśnie ona mając 16 lat jechała z Pruszkowa do Auschwitz
transportem, który musiał poczekać w polu, bo tego dnia obóz nie
przyjmował. To właśnie ją i 16 innych kobiet zabrał stamtąd
dziedzic pobliskiego dworu Jarosław Tymowski. Dał im schronienie,
otoczył opieką, aby we dworze przeczekały ten trudny czas. *
Jest też „Powiem Julce” opowieścią o dworze w Pastuszkach (…). I o ludziach o których warto pamiętać.
Nie
tylko po tym dworze nie pozostał ślad. Z krajobrazu polskiego
zniknęły wtedy niemal wszystkie dwory – splądrowane,
rozgrabione, często spalone, a w najlepszym razie przejęte na
szkoły czy mieszkania. Dwory były nie tylko instytucją, filarem,
na którym opierała się struktura społeczna wsi – były też po
prostu domami rodzinnymi. Od pokoleń ludzie mieszkali tam, kochali
się, rodziły się dzieci, umierali. Domy te były wypełnione
przedmiotami gromadzonymi przez lata, które oprócz wartości
materialnej, widocznej dla każdego, miały też inną, bezcenną –
sentymentalną.
„Powiem Julce” to requiem dla świata, którego już nie ma, a który skończył się właśnie wtedy.
Na
twórczości Krystyny
Siesickiej wychowała
się cała żeńska część mojego pokolenia (i parę roczników
starszych, że o młodszych nie wspomnę). „Zapałka
na zakręcie”, „Jezioro Osobliwości”, „Beethoven i dżinsy”,
„Czas Abrahama” czy „Przez
dziurkę od klucza” to
książki, które można nazwać naszym przeżyciem
pokoleniowym.
Ja zaczęłam od „Jeziora Osobliwości”. O ile dobrze pamiętam – najpierw widziałam film, a potem dowiedziałam się od koleżanek, że jest też książka, która w dodatku zupełnie inaczej się kończy. Sięgnęłam po nią i tak się zaczęło. Ostatnią, którą czytałam będąc w wieku targetu tych książek, była „Moja droga Aleksandro”.
Potem przez wiele lat uważałam się za zbyt dorosłą na takie lektury (choć czasem zdarzało mi się wracać do kilku ulubionych). Zainteresowałam się nimi dopiero niedawno – z myślą o moich córkach i ze zdziwieniem odkryłam, że przez ten czas Krystyna Siesicka napisała wiele książek. Jeszcze większe zdziwienie odczułam, kiedy po nie sięgnęłam. Te, które czytałam jako nastolatka, to były proste historie, najczęściej dotyczące pierwszej miłości, mocno osadzone w wielkomiejskich (warszawskich) realiach tamtych czasów. Ten okres w twórczości Krystyny Siesickiej można nazwać matczynym. Jej dzieci, a ma ich pięcioro, były wtedy w wieku jej czytelników i nawet jeśli (co zawsze podkreśla) nie pisała o nich, to sprawy nastolatków były jej codziennością.
Książki z okresubabciowo – prabaciowego (stan aktualny: trzynaścioro wnuków i siedmioro prawnuków ) najczęściej dzieją się w małych miasteczkach, w starych domach, umeblowanych równie starymi meblami, w których pija się herbatę w porcelanowych filiżankach. Wśród bohaterów pierwszoplanowych, obok nastolatków, pojawiają się ludzie starsi, a same historie są… najkrócej mówiąc.. pokręcone 😉 Często przenikają się w nich plany realne i fikcyjne, czasem trudno się zorientować, co jest powieścią właściwą, a co – powieścią w powieści.
Krystyna
Siesicka opisuje w nich świat widziany z perspektywy osoby starszej.
To w literaturze młodzieżowej rzadko spotykany punkt widzenia. We
współczesnym świecie, zdominowanym przez kult młodości i pogoń
za nowoczesnością, to również zbyt często pomijany punkt
widzenia.
Z okazji dzisiejszego Dnia Taty wszystkim ojcom – wszystkiego najlepszego !!! Niech pokazywanie (wszech)świata Waszym dzieciom będzie dla Was nieustającą przygodą 🙂
Wpis z 27 sierpnia 2008 roku:
Pewnego dnia tata powiedział, że pokaże mi wszechświat. Bo, jak twierdził, byłem już dostatecznie duży…
Wbrew temu, co mogłyby sugerować i tytuł, i pierwsze zdania tej książki, nie jest to Propedeutyka Astronomii dla Dzieci 😉
Książka Ulfa
Starka to
pełna uroku opowieść
o Ojcu i Synu (który
nieprzypadkowo ma na imię tak samo jak jej autor). Opowieść o tym,
czym różnią się sposoby postrzegania świata przez dorosłych i
przez dzieci.
Dorośli (a zwłaszcza osobliwie faceci ;-)) maja tendencję do skupiania się w życiu na rzeczach wielkich. W tej książce Tata chce pokazać synowi gwiazdy w nocy i tylko to dla niego się liczy. Patrzy w niebo i nie dostrzega tak wielu rzeczy, które są dookoła. Rzeczy zwyczajnych – dla nas. Z perspektywy dziecka ślimak, trawa czy oset są równie fascynujące jak gwiazdy.
Chciałem
pokazać ci coś pięknego. Coś, co zapamiętasz na całe życie –
mówi do syna rozżalony, kiedy juz wracają do domu. W tych słowach
zawiera się sens tej książki. Mały Ulf zapamiętał, choć może
niezupełnie to, co chciał Tata. Na
całe życie został mu w pamięci czas spędzony z Ojcem…
…
oraz nauczka, że patrząc w gwiazdy nie należy tracić z pola
widzenia tego, w co można wdepnąć na ziemi 😉
Ulf Stark (tekst) Eva Eriksson (ilustracje) „Jak tata pokazał mi wszechświat”, przekł.: Katarzyna Skalska, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008
Update 20.05.2021 – jest już kolejne wznowienie „Przybysza” !!!
Wczoraj był Światowy Dzień Uchodźcy i z tej okazji przerwę na chwilę cykl o historii najnowszej, aby przypomnieć wpis z 4 lipca 2015 roku. „Przybysz” to nie jest książka o uchodźcach, pokazuje szerzej problem wszystkich, którzy z rozmaitych przyczyn opuścili swoje domy i ojczyzny, aby zacząć życie zupełnie gdzie indziej.
Okładka, która przypomina starą, oprawiona w skórę książkę, na niej zdjęcie w sepii. Na wyklejce sześćdziesiąt twarzy – jak ze zdjęć paszportowych. Ludzie wszystkich ras patrzą smutno, bez uśmiechu, niepewni swojej przyszłości. Dalej rozpoczyna się rozpisana na wiele obrazków opowieść o imigracji, o przyczynach dla których ludzie opuszczają miejsca swojego urodzenia i o problemach, jakie mają z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości.
„Przybysz” to książka uniwersalna, zrozumiała dla czytelnika w niemal każdym wieku, niezależnie od tego w jakim kraju, na jakim kontynencie żyje, jakim językiem i jakim alfabetem posługuje się na co dzień. To książka bez kolorów i słów, bo jedyne, jakie się w niej znajdują, to tytuł oraz końcowe podziękowania autora i tzw. blurby na ostatniej okładce.
Nie
wiemy, kim jest jej bohater, jak się nazywa i jakiej jest
narodowości, ale to nie jest ważne. Poznajemy go w dniu, w którym
rozstaje się z żoną i córeczką, wsiada na statek i udaje się do
świata całkiem obcego i odmiennego od tego, który zna. Żyją tam
ludzie mówiący innym językiem i wszystko jest inne – domy,
ulice, jedzenie, zwierzęta… Jego wiedza i doświadczenie życiowe
przywiezione ze starego świata są tu kompletnie nieprzydatne. Nawet
tak prosta wydawałoby się praca jak rozklejanie ogłoszeń, okazuje
się trudna, kiedy nie zna się tamtejszego alfabetu i nie wie, gdzie
jest góra, a gdzie dół tekstu. A jednak dzięki życzliwości
innych ludzi udaje mu się stworzyć sobie nowe lepsze życie i
sprowadzić do siebie rodzinę.
Special thanks go to Diego the parrot for inspiring most of the creatures in this book – napisał autor w moim, angielskim wydaniu tej książki, ale patrząc na zwierzęta na jej kartach zrozumiemy, że papuga była ich dość odległą inspiracją i można je określić jako nie tylko z twarzy podobne zupełnie do nikogo 😉
Tanowi udało się stworzyć świat, w którym każdy z czytelników niezależnie od tego, skąd pochodzi i gdzie mieszka, poczuje się obco i zrozumie, jak czuł się tam bohater tej opowieści. My, czytając (oglądając) pomyślimy zapewne przede wszystkim o naszych licznych rodakach emigrujących do Ameryki Północnej, ale Shaun Tan urodził się w Australii. Jego ojciec był pochodzenia malezyjsko – chińskiego, a matka – angielsko – irlandzkiego.
Język obrazów jest uniwersalny, nie wymaga umiejętności czytania, choć oczywiście im człowiek starszy i bardziej oczytany, tym więcej kontekstów kulturowych może w tej książce wyłapać. Skojarzy np. opowieści ludzi, napotkanych przez bohatera i domyśli się, skąd mogą pochodzić, ale nie jest to do zrozumienia całej historii niezbędne.
W Polsce „Przybysza” wydało dwukrotnie (edit: a nawet trzykrotnie !) wydawnictwo „Kultura gniewu”, niestety nakład jest już wyczerpany. Dostępne są jednak inne edycje, a bariera językowa w tym wypadku nie występuje . Mój „The Arrival” przybył do mnie niedawno z USA (Dziękuję, Ewa !!! :-), bo poprzedniego oddałam w prezencie, a potem przekonałam się, że już za późno na odkupienie go. Widziałam też egzemplarz przywieziony z Czech i tam ma on tytuł „Nowy świat”
„Przybysz” bywa uznawany za najważniejszą książkę dla młodzieży, jaka ukazała się w XXI wieku, ale nie jest ona adresowana jedynie do młodego czytelnika. Jej niezwykła na poły baśniowa atmosfera wciąga na długo i nie pozwala o niej zapomnieć.
Shaun Tan (scenariusz i rysunki) „Przybysz”, wyd.: Kultura Gniewu, Warszawa 2013
Tę rozmowę z autorką „Galopu ’44”, „Fajnej ferajny” i „Gupikowa” odbyłam 20 kwietnia 2015 roku:
Akcja Pani książki „Galopu ’44” rozgrywa się w czasie Powstania Warszawskiego i jest jedną z niewielu nowych polskich powieści historycznych dla młodzieży, jakie się w ostatnich latach ukazały. Bardzo niewielu – można je policzyć na palcach jednej ręki. Także druga z pani książek „Fajna ferajna” opisuje tamte czasy i ludzi wtedy żyjących. Dlaczego pisze Pani właśnie o historii ?
Monika Kowaleczko – Szumowska: Przede wszystkim dlatego, że historia to kopalnia świetnych tematów, niezrównanych zwrotów akcji, niezwykłych postaci, którym moja wyobraźnia nie dorównuje. Jeśli historia podana jest bez morału, ale tak, żeby czytelnik identyfikował się z bohaterem i rozumiał jego dylematy, czytelnik po prostu czyta. Można pisać o historii, można o przyrodzie, można o matematyce. Wydaje mi się, że czasem sięgamy po historię po to, żeby moralizować. Tego bym się wystrzegała. Na to młodzież jest wyczulona.
A dlaczego właśnie Powstanie Warszawskie ? Skąd ta tematyka ?
Oczywiście z Muzeum Powstania Warszawskiego. Przez pewien czas nie mieszkałam w Stanach, do Polski wróciliśmy w 2000 roku. Po jakimś czasie zobaczyłam ogłoszenie, że Muzeum potrzebuje tłumacza, więc się zgłosiłam. A kiedy tam weszłam, to już zostałam…
Rozumiem doskonale, ze mną było podobnie 😉
Tłumaczyłam na angielski podpisy pod zdjęciami na ekspozycji, a potem pracowałam przy wydanym przez Muzeum albumie Eugeniusza Lokajskiego „Broka”. Zrobiłam tam podpisy do 800 fotografii. Obejrzałam je wszystkie i to mi bardzo zapadło w pamięć. Rozmaici ludzie, którzy pojawili się na jednym zdjęciu i potem zniknęli bez kontynuacji, a szczególnie dzieci – to były (jak to nazywa Joanna Bator) takie zahaczki, które mnie bardzo zafascynowały.
Musiało minąć kilka lat zanim to mi się ułożyło w głowie. Ja zawsze chciałam pisać dla młodzieży, dlatego że sama mam czwórkę dzieci, kłębią się i cały czas mam ich w głowie. Mam dwóch synów – Wojtka i Mikołaja i kiedy tak mi zaleźli za skórę, pomyślałam sobie: A może ja Was teraz umieszczę w książce i zobaczymy jak to wtedy będzie. Zawsze mnie interesowało, co by oni wtedy zrobił, współczesna młodzież gdyby trafiła do powstania. Ja uważam, że zrobiliby to samo, co ówcześni powstańcy czyli stanęliby na wysokości zadania i sprawdzili się. Więc to chyba stąd. Pomysł dojrzewał dosyć długo, ale rzeczywiście – Muzeum plus te dzieciaki szalejące po domu, te wszystkie utwory, które są w „Galopie: to były rzeczy, których ja na okrągło musiałam słuchać, kiedy usiłowałam pracować na górze tłumacząc. A z drugiej strony – jak byłam w muzeum, pracując w czytelni, cały czas słyszałam wybuchy na ekspozycji. Trudno mi było się przyzwyczaić, bo podrywałam się do góry za każdym wybuchem, one są usytuowane blisko czytelni. To wszystko jakoś tak się zmieszało…
Ja
uwielbiam tę ekspozycję. Nie czytam nigdy napisów pod zdjęciami,
po prostu chodzę tamtędy i jakby to wszystko tak wchłaniam. I stąd
się wziął „Galop”.
Ta książka adresowana jest do młodszych nastolatków czyli obecnych gimnazjalistów. Ta grupa wiekowa uważana jest za trudną…
Dla
mnie jest ona naturalna, po prostu mam dzieci w tym wieku i mogę
podglądać ich zachowania i reakcje. Mówi się, że to jest
najtrudniejszy wiek i tak jest. Oni chowają się jakby za jego
fasadą – noszą kaptury i robią różne dziwne rzeczy. ale my też
je robiliśmy w ich wieku. To jest normalne. Ale równocześnie jest
w nich jest ogromny potencjał i są bardzo wrażliwi. Obserwuję to,
kiedy jeżdżę z „Galopem ’44” na spotkania autorskie w
gimnazjach.
Dla mnie jako dla historyczki ogromną zaletą „Galopu” była jego zgodność z realiami historycznymi i to, że autentyczne postacie historyczne zostały tak wplecione w akcję, że można być spokojnym o to, że naprawdę mogli być właśnie wtedy właśnie w tych miejscach. To rzadkość obecnie, raczej pisząc o historii czy kręcąc o niej filmy podchodzi się do realiów z pewną nonszalancją…
Bardzo szybko przekonałam się, że prawdziwe historie są niebywale interesujące i nie ma powodu, żeby coś wymyślać. Nawet bym się nie odważyła konkurować z nimi. Tam nie ma nic wymyślonego, oprócz dialogów, ale one są wpisane w sytuacje realne i też zawierają w sobie elementy prawdziwe. Na przykład – ten Brytyjczyk mówi, że jechał rzemiennym dyszlem, a ja nawet nie wiedziałam, ze jest takie określenie, ale to jest zapisane w relacji pana Korbońskiego.
Także umiejscowienie w Warszawie powodowało, że ja już nie musiałam niczego szukać i wymyślać. To było tak a nie inaczej, zdarzyło tam, a nie gdzie indziej i koniec. Jestem rozgrzeszona z wszystkiego. Poza tym – bałam się takich czytelników jak Pani 🙂 Wiem, że ludzie bardzo dokładnie czytają książki i bezlitośnie wypunktują wszystkie nieścisłości.
Nie obawiała się Pani, że książka wywoła szturm na replikę kanału w Muzeum ?
Ja
bardzo bym chciała, bo bardzo to miejsce lubię. Pisząc „Galop”
nie wiedziałam jeszcze, że ten kanał kończy się autentycznym
włazem z czasow Powstania. Takie autentyczne rzeczy jak ten właz
czy pamiętnik z Powstania, który pożyczył mi pan Michał Pluta
mają w sobie magiczną siłę. Wydaje mi się, że wystarczy ich
dotknąć i dzieje się coś niesamowitego.
Po „Galopie” ukazała się kolejna Pani książka – znów o tematyce powstańczej czyli „Fajna ferajna”, ale tym razem nie jest to powieść…
Nie, jest to książka na którą składa się osiem opowieści ludzi, którzy przeżyli Powstanie jako dzieci. Taki był pomysł pani Lidki (nazwisko ?) z wydawnictwa Bis – żeby to były opowiadania o dzieciach z tamtych czasów i żeby ta książka była adresowana do młodszych dzieci niż „Galop”. Opierałam się ich na relacjach znajdujących się w Archiwum Historii Mówionej, ale z większością z nich zrobiłam też wywiady.
Na
początku miała byś tylko książka, ale później, kiedy poznałam
tych ludzi, stwierdziłam, ze nie można tego nie utrwalić.
I powstał film z ich udziałem, którego była Pani producentem.
Wszyscy bohaterowie tej książki przeżyli powstanie, ale nie wszyscy żyją do tej pory. Piątkę, która mieszka w Warszawie zaprosiliśmy do udziału w filmie. Jest tam także tak zwana Mała Ferajna czyli czwórka dzieci, które w tym wszystkim uczestniczą, słuchają ich opowieści i jakby przenoszą się w czasy powstania.
Nakręcenie filmu wymaga dużo większych pieniędzy niż wydanie książki. Skąd je wzięliście ?
To była trudna sprawa, ale na szczęście znalazły się dwie niesamowite firmy -Bank Zachodni WBK i Polska Grupa Energetyczna, które po prostu wyłożyły pieniądze, wsparły nas w produkcji filmu. Jesteśmy im bardzo wdzięczni. Patronat honorowy objęło Muzeum Powstania Warszawskiego oraz środowiska „Pomarańczarni” i „Baszty”. Wsparło nas również Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w m.st. Warszawie, które umożliwiło nam realizację zdjęć w kanałach.
Tych prawdziwych ?
Tak, wpuścili nas do prawdziwych kanałów. Najpierw do takich bardziej salonowych, gdzie wpuszcza ekipy się filmowe i które są przygotowane i wywietrzone. Później wdarliśmy się do prawdziwych kanałów, takich w jakich pełnił służbę „Hipek” i tam na początku leżał martwy szczur, wszystko było oblepione, smród… no po prostu – kanał. Z resztą nawet w tym luksusowym kanale, gdzie oczywiście nie ma światła (my mieliśmy generator na górze i lampy), jak się odchodziło kilka kroków od włazu, panowała absolutna ciemność.
„Hipek” wszedł tam po raz pierwszy po 70 latach i powiedział, że to jednak jest piekło. W filmie tego też nie ukrywa. Mówił, że się bał, że to było straszne, bo po jakimś czasie zaczynał mieć omamy słuchowe i wzrokowe. Pełniąc wartę w kanałach, miał rozkaz strzelać do każdego, kto nie poda hasła, a miał wtedy 14 lat. Na szczęście nigdy nie musiał. Ja mam bardzo podatną wyobraźnię i nawet w muzeum czuję się tak, jakbym się przeniosła w czasy powstania, więc te prawdziwe kanały zrobiły na mnie piorunujące wrażenie.
Film
został nakręcony i jakie są jego dalsze losy ?
Jest pokazywany w Muzeum Powstania w Sali małego Powstańca podczas zajęć dla dzieci. Prawdopodobnie będzie pokazywany również w czasie Nocy Muzeów. Ukazał się na DVD i można go kupić razem z książką. Staramy się także zainteresować nim telewizje. Został także zgłoszony na festiwale filmowe, ale wydaje mi się, że nie ma on potencjału festiwalowego. Szczególnie na zachodzie jest chyba niezrozumiały mimo że ma napisy po angielsku. To, co tam pokazujemy, to są już relacje szczegółowe, które wymagają pewnej wiedzy podstawowej, a tej widzom stamtąd brak.
Napisała Pani już trzy książki (bo przed „Galopem” i „Ferajną” było jeszcze całkiem współczesne „Gupikowo”), zrealizowała Pani film… Co dalej ?
Na razie nie wiem. Wydaje mi się że temat powstańczy temat na razie wyczerpałam. Myślę o czymś innym – też historycznym, ale niekoniecznie dla dzieci, raczej dla starszych. Fascynuje mnie postać Julii Brystygier. Chciałabym poza tym kontynuować cykl „Gupikowo”, bo jego drugą część pisze już trzy lata. Marzy mi się także nakręcenie jeszcze jakiegoś filmu, bo to jest po prostu niesamowite przeżycie.
Życzę Pani realizacji tych planów i dziękuję za rozmowę.
„Galop ’44” to pierwsza napisana po 1989 roku (a więc w czasach, kiedy już można o tych wydarzeniach pisać swobodnie, nie obawiając się ingerencji cenzury) i adresowana do młodzieży powieść, której akcja toczy się podczas Powstania Warszawskiego. I nadal jedyna.
Sięgnęłam
po nią z wielkimi nadziejami i z równie wielkimi obawami – natury
dwojakiej…
Po
pierwsze – bałam się tego, że nieznana mi z wczesniejszych
publikacji pani Monika
Kowaleczko – Szumowska może
zbyt (jak na moją skrzywioną
historycznie odporność)
nonszalancko podejść do faktów i realiów.
Nie tak dawno zdarzyło mi się trafić przypadkiem na całkiem współczesna książkę z gatunku: babskie czytadło, której autorka niestety postanowiła część akcji umieścić w czasie Powstania. Jej bohaterowie wędrowali sobie rypcium pypcium w te i z powrotem z Elektoralnej na Kruczą, tak jakby przejście przez Aleje Jerozolimskie nie stanowiło w tych dniach najmniejszego problemu. I wcale nie był to najbardziej okazały kwiatek, jaki w tej książce znalazłam 😦
Tymczasem wierność faktom i realiom jest, że tak powiem, najmocniejszą stroną „Galopu ’44”. Jej autorka tak napisała w Podziękowaniach zamieszczonych na końcu książki: Pragnę podkreślić, że zdecydowana większość przygód bohaterów „Galopu 44”, nawet te najbardziej nieprawdopodobne, to autentyczne wydarzenia odszukane w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego Jest to źródło niezwykłych powstańczych historii. Wiele postaci występujących w powieści jest inspirowanych sylwetkami prawdziwych powstańców. W książce pojawia się wiele postaci autentycznych i (ku mojej niekłamanej radości 😉 ) znajdują się one w miejscach i czasie, w których rzeczywiście mogły być.
A
w dodatku, zupełnie przypadkiem, właśnie problemy komunikacyjne
między Śródmieściem Północnym i Południowym oraz okupiona
ogromnym wysiłkiem i wieloma ofiarami budowa barykady i rowu
umożliwiającego przejście Alej Jerozolimskich jest jedną z osi
akcji tej książki.
Moja
druga obawa związana była z pomysłem autorki, aby bohaterami
uczynić współczesnych nastolatków przeniesionych w czasie. Takie
zabiegi są zawsze ryzykowne i najeżone pułapkami, ale udało jej
się wyjść z nich obronną ręką.
Dwaj bracia, dwa światy, jedno powstanie.
Pojawienie się w powstańczej Warszawie chłopców żyjących w niej współcześnie jest zabiegiem, który pomaga nastoletniemu czytelnikowi umieścić wydarzenia znane z historii w miejscach, które mija codziennie.
Wojtek
i Mikołaj są co prawda nastolatkami na wskroś
dwudziestopierwszowiecznymi,
pojawiają się w Powstaniu w dżinsach i ze słuchawkami od Ipadów
w uszach, ale równocześnie dysponują wiedzą historyczną, która
pozwoliła im odnaleźć się w tamtych realiach. Mimo że doskonale
zdają sobie sprawę nie tylko z tego, jak wszystko się skończy,
ale czasami też jakie będą dalsze losy spotkanych ludzi,
rozumieją, że nie mogą próbować zmienić historii. A kiedy
podejmują takie nieśmiałe próby, przekonują się szybko, że to
jest niemożliwe.
Czytałam o ich wędrówkach między oddalonymi o 70 lat sierpniami i skóra cierpła mi na myśl o tym, że może to wywołać szturm kolejnych amatorów podróży w czasie na replikę kanału w Muzeum Powstania Warszawskiego. Na szczęście jest tam zaznaczone wyraźnie, że nie każdy i nie zawsze może tamtędy przejść.
Wojtek i Mikołaj zostali wybrani do tego zadania, żeby zachować żywą pamięć wtedy, kiedy już zabraknie świadków tych wydarzeń – „Galop ’44” służy właśnie jej przekazaniu. Mam nadzieję, że dzięki tej książce ich rówieśnicy zobaczą w uczestnikach Powstania Warszawskiego nie tylko szare postaci z dawnych kronik filmowych, ale autentycznych ludzi. I że pomoże im ona zrozumieć, o co i dlaczego oni wtedy walczyli…
P.S. Już po napisaniu tej recenzji przeprowadziłam wywiad z panią Moniką Kowaleczko-Szumowską, nie tylko o tej książce. Znajdziecie go —>>> tutaj
Książka została wznowiona w 2022 roku przez Wydawnictwo Harperkids z nową okładką, ale ja wolę tę poprzednią – bardziej osadzoną w Muzeum Powstania Warszawskiego
Wpis z 11 grudnia 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:
Kiedy byłam mała, telewizja miała tylko jeden kanał (potem dwa, ale to i tak niewiele zmieniało), a o internecie nawet nie marzyliśmy, jedną z moich rozrywek było oglądanie Wielkiej Encyklopedii PWN, ze szczególnym uwzględnieniem kolorowych tablic. Do najbardziej ulubionych należała ta z nich, która przedstawiała pary ludzi w strojach z rozmaitych epok – od starożytności do (ówczesnej) współczesności.
Przypomniało mi się to, kiedy zobaczyłam okładkę książki „My i nasza historia”, a jeszcze bardziej zachęcona do niej poczułam się po przeczytaniu tekstu zamieszczonego na ostatniej okładce:
Opowiemy wam naszą historię. Historię nie królów, królowych, przywódców, emirów, cesarzowych, prezydentów, dyktatorów, ale naszą. Mężczyzn, kobiet i dzieci zaludniających Ziemię.
Wszyscy jesteśmy bohaterami tej opowieści, która rozpoczęła się 150 tysięcy lat temu i trwa. Mijały wieki, a my pracowaliśmy, tworzyliśmy cuda i zmienialiśmy swój świat…
Pomysł pokazania historii z perspektywy zwykłych ludzi, bez wielkich wodzów, królów i cesarzy wydał mi się całkiem ciekawy i rzeczywiście wyszło to interesująco. Niektórzy z nich znaleźli się w zamykającej książkę galerii Sławni w naszej historii, a już decyzją samego czytelnika będzie, czy zechce ich skojarzyć z konkretnym momentem w dziejach.
Nie ma w tej książce także dat (poza orientacyjnie umieszczonymi początkami stuleci) oraz jednej geograficznej perspektywy. Czasem oglądamy świat oczyma europejczyków, innym razem – Chińczyków czy mieszkańców Ameryki Południowej
Gdyby książka skończyła się razem z XIX wiekiem, nie miałabym do niej większych zastrzeżeń. Niestety sposób, w jaki ukazany został wiek XX, nieprzyjemnie mnie zaskoczył. Był to bodaj najtrudniejszy i najbardziej krwawy czas w dziejach ludzkości – czas DWÓCH totalitaryzmów. Oba mają na swoim koncie niewyobrażalne ilości ofiar na całym świecie i oba położyły się na dziejach świata cieniem, który sięga do dziś. W tej książce sporo miejsca (choć paradoksalnie – mniej niż wojnie secesyjnej) poświecono nazizmowi, a komunizm (trwający przecież zdecydowanie dłużej) nie doczekał się żadnej, nawet najmniejszej wzmianki. Nazwa Związek Radziecki pojawiła się dopiero w kontekście zimnej wojny , którą skwitowano w następująco: Dwa modele społeczeństwa, dwa systemy ekonomiczne konkurują ze sobą przez pół wieku. Ostatecznie triumfuje demokratyczny model społeczeństwa gwarantujący wolność ekonomiczną i osobistą. Czy jest najlepszy ? No cóż – może i nie jest najlepszy, ale lepszego na razie jakoś nie udało się ludzkości wymyślić, a wszelkie próby jego tworzenia kończyły się tragicznie.
Gdyby takie pominięcie czy też uproszczenie dotyczyło odległej przeszłości, mogłabym je potraktować jako błąd, który jednak nie odbiera tej publikacji wartości. Dotyczy ono jednak spraw nadal żywych, dotyczących świata, w którym żyć będą jej czytelnicy i dlatego niestety w moich oczach ją dyskwalifikuje.
Yvan Pommaux, Christophe Ylla – Somers „My i nasza historia”, przekł.: Katarzyna Rodak, wyd.: Tatarak, Warszawa 2017
Wyobraź sobie rzekę czasu nad którą właśnie przelecieliśmy samolotem. Gdzieś tam we mgle daleko za nami może się jeszcze domyślasz skalnych jaskiń łowców mamutów, domyślasz się stepów, na których wyrosły pierwsze zboża. Te odległe punkciki, to piramidy i wieża Babel. Po tamtych nizinach Żydzi kiedyś pędzili swoje stada. (…)
Lecz pod nami i przed nami jest jeszcze mgła, nieprzenikniona mgła. Wiemy tyko, że rzeka płynie dalej, nieskończenie daleko, ku nieznanemu morzu.
Peter Goes tworzył swoją rzekę jakieś 80 lat po Gombrichu i dlatego, zgodnie z tym, co przez ten czas ustaliła nauka, jej źródłem jest wielki wybuch, a pierwszymi organizmami, jakie możemy w niej spotkać (na dłuuugo przed pierwszymi u Gombricha dinozaurami) są stromatolity i trylobity. W pierwszej z tych książek opowieść kończyła się po pierwszej wojnie światowej, tutaj – dopływamy aż do połowy drugiej dekady XXI wieku.
Książkę Goesa trudno w ogóle nazwać opowieścią – tytułowa rzeka wije się przez kolejne wielkie strony, a w jej nurcie pojawiają się rozmaite ważne dla historii miejsca, ludzie i wydarzenia. Każdej planszy towarzyszy też krotki tekst porządkujący czy też charakteryzujący pokazany na niej okres historii. Peter Goes tylko raz zauważył Polskę w głównym nurcie swojej rzeki i było to w roku 1980. Wydawnictwo zadbało jednak o to, żeby w każdym z tych komentarzy (od wczesnego średniowiecza począwszy) pojawiły się informacje o tym, co się wtedy w naszym kraju działo. I chwała mu za to !
Sięgałam po „Rzekę czasu” z ogromną nadzieją – mam tak z każdą książką, która daje nadzieje na to, ze zdoła zainteresować dzieci historią. Wrażenia z pierwszego kontaktu z nią miałam jednak mieszane. Wydała mi się jakaś taka bałaganiarska, nieuporządkowana i zaczęłam mieć wątpliwości, czy młody czytelnik coś z niej w ogóle wyniesie ? Zdaję sobie jednak sprawę, że jestem z innego niż jej adresaci pokolenia 😉
Peter Goes kończy ich podróż słowami: Jakie będą następne dziesięciolecia ? To może zależeć także od ciebie. Ja jednak najchętniej spuentowałabym to tak, jak uczynił to w 1935 roku Ernst H. Gombrich:
Zejdźmy teraz samolotem niżej nad rzekę. Z bliska widać, że to prawdziwa rzeka, a jej fale szumią jak fale morza. Zrywa się silny wiatr, na falach pienią się białe grzywy. Przypatrz się im dobrze, tym milionom połyskliwych, białych bąbelków, które z każdą falą powstają i przemijają. Tylko przez chwilę niesie je grzbiet fal, potem opadają i znikają.
Widzisz, każdy z nas jest tylko taką połyskliwą drobiną, maleńką kropelką na falach czasu, które tam w dole przepływają i odpływają w niewiadomą mglistą przyszłość. Wynurzamy się, rozglądamy wokół i zanim się spostrzeżemy, już nas nie ma.
Wcale nas nie widać w wielkiej rzece czasu. Wciąż pojawiają się nowe fale. A to, co nazywamy naszym losem, to nic innego, jak tylko nasza walka w natłoku kropelek w czasie jednego poruszenia fali w górę i w dół. Ale tę chwilę chcemy wykorzystać. Warta jest zachodu.
Peter Goes „Rzeka czasu. Podróż przez historię świata”, przekł.: Iwona Mączka, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2016
Ernst H. Gombrich „Krótka historia świata dla młodszych i starszych”, przekł.: Barbara Ostrowska, wyd.: Świat książki, Warszawa 2008