Moje – nie moje

Moje – nie moje

Książka wyróżniona w konkursie Książka Roku IBBY 2004 w kategorii literackiej !!!

Wpis z 10 kwietnia 2006 roku. Wtedy ta książka miała inną, czerwoną okładkę, a potem ukazało się wznowienie, które nadal można kupić 🙂

Wszystko zaczęło się od jajka. Rzec można – ab ovo 😉

Jajko było piękne – złociutkie i w srebrzyste kwiatuszki. Leżało sobie w lesie, samotne i bezpańskie. Nic więc dziwnego, że wszyscy się do niego na wyprzódki przyznawali i wszyscy chcieli się nim opiekować. Zrobiła się z tego kłótnia na cały las i nie wiadomo, jak by się skończyła, gdyby nie Kangur i jego genialna w swojej prostocie propozycja – wychowajmy je razem. Tak się stało i odtąd jajkiem opiekowali się wszyscy po kolei. Było takie piękne – może nawet najpiękniejsze na świecie ? Kiedy wykluło się wreszcie z niego pisklę – chętni do opieki zniknęli. Został tylko Kangur.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Pisklę było… nie bójmy sie tego słowa – brzydkie, takie jakieś bure i krzywe. Moja Najmłodsza nazwała je Krzywaczek (bo ma wszystko krzywe, Mamusiu). Dlaczego Kangur nie uciekł jak wszyscy ? Nie wiem – może było mu żal biednego i bezradnego maleństwa, a może to była… przyzwoitość (takie trudne i odchodzące w zapomnienie słowo 😉 ). Z czasem litość przerodziła się w troskliwą czułość, a malec pod jej wpływem wypiękniał i rozszczebiotał się tak, że zachwycał swoim śpiewem wszystkich w lesie. Tych wszystkich, którzy wcześniej odwrócili się od burego, krzywego pisklaka.

„Moje – nie moje” to opowieść o miłości, która rodzi się z wzajemnej bliskości i powoduje, że nawet najbardziej niepozorne stworzonko rozkwita i pięknieje.

Na urok tej książki składają się: piękno historii, którą opowiada – jej prostota i czytelne przesłanie oraz uroda języka, którym jest napisana (spróbujcie zmienić choć jedno słowo, a od razu odczujecie dysonans), a także – last but not least – niezwykłe ilustracje pani Krystyny Lipki – Sztarbałło.

Jej nazwisko jest już dla mnie swoistym znakiem jakości. Widząc książkę przez nią ilustrowaną wiem, że mogę spodziewać się tam obrazków niezwykłych, znakomicie oddających nastrój opowieści i zawsze trochę innych, choć jednoznacznie kojarzących się z autorką. Są na tyle dokładne, że bez problemu odróżnimy pawia od perkoza i strusia od bociana ;-), a równocześnie niedopowiedziane w takim stopniu, że pozostawiają pole dla wyobraźni czytelnika. Nie spotkałam się nigdy z książką, w której ilustracje pani Krystyny Lipki – Sztarbałło upiększałyby tekst, który nie byłby tego wart.

Lilianna Bardijewska „Moje – nie moje”, ilustr. Krystyna Lipka -Sztarbałło, wyd. Ezop Warszawa 2004

Dokąd iść ? Mapy mówią do nas

Dokąd iść ? Mapy mówią do nas

Trafiłam wczoraj na taki film na YouTube. Znakomita ilustratorka Krystyna Lipka – Sztarbałło opowiada w nim o swoich związkach z pismem „Świerszczyk”, do którego sama mam ogromny sentyment, bo miał w nim miejsce mój debiut prasowy, kiedy miałam chyba 7 lat 😉

Uświadomiłam sobie, że nie wstawiłam jeszcze na półki nowego Małego Pokoju żadnej książki, którą ilustrowała Krystyna Lipka – Sztarbałło. Niesłychane niedopatrzenie !!! Spieszę więc przypomnieć jedną z nich, o której pisałam 2 maja 2013 roku:

Mapy z patyków i muszelek mieszkańców Oceanii, wykuty w marmurze starożytny plan Rzymu, mapy nieba, plany metra, mapa ludzkiego genomu… Jeszcze zanim powstało pismo, ludzie tworzyli mapy. Każda z nich to unikalny obraz świata widzianego oczami jej twórcy i próba odnalezienia w nim drogi.

Kiedy byłam w wieku moich córek, mapy były moją codziennością. Obozy harcerskie, rajdy, zajęcia z terenoznawstwa, mapy turystyczne i wojskowe, szkice terenu, azymuty, parokroki…

Co prawda mapy służyły wówczas bardziej zmyleniu przeciwnika niż orientacji w terenie i nieraz bywało tak, jak w tej anegdocie, o dziecku krzyczącym zza płota: Mamo, Mamo, harcerze z mapą idą, będę się o drogę pytać !!!, ale jakoś w końcu zawsze docieraliśmy do celu, choć może niekoniecznie najkrótszą drogą. Zdarzało nam się odkrywać, że miejscowość, która na mapie leżała przy szosie, którą szliśmy, w rzeczywistości była od niej oddalona o dobry kilometr, niemniej stanowiło to interesujący przyczynek, do obrazu świata, w którym żyliśmy 😉

Moich córek przygoda z harcerstwem była zdecydowanie krótsza niż moja i skończyła sie już jakiś czas temu, więc nie wiem – czy harcerze nadal używają map (które obecnie są zdecydowanie bliższe rzeczywistości) czy w swoich wędrówkach korzystają z urządzonek, które miłym damskim lub męskim głosem instruują ich: „Za 100 metrów skręć w prawo” ?

„Dokąd iść ? Mapy mówią do nas.” to książka intrygująca. Na pierwszy rzut oka robi wrażenie adresowanej do całkiem małych czytelników, ale po bliższym poznaniu okazuje się, że zawiera w sobie wiedzę interesującą także dla sporo starszych.

Stworzył ją duet polsko – koreański, więc nie jest europocentryczna, jak zapewne byłaby, gdyby autorka pochodziła z naszych okolic – pokazuje różne punkty widzenia świata i dawne mapy, które za jego środek mają to miejsce, w którym żyli ich twórcy.

O tym, że autorka ilustracji jest Polką świadczyć może choćby podrasowana ciut mapa warszawskiego metra, uwzględniająca już także jego drugą linię, i to w wersji, na którą przyjdzie nam jeszcze długo poczekać. Ale rozumiem panią Krystynę – w porównaniu z metrem w Seulu dzisiejszy plan naszego metra wygląda bardzo prosto. Za to trudno jest się w nim zgubić 😉

„Dokąd iść?” nie jest ani atlasem, ani historią znaków graficznych, ani zbiorem ciekawostek. Autorki robią coś znacznie trudniejszego: pokazują, w jaki sposób świat zmienia się w znak graficzny. Pokazują, że mapa w tej formie, jaką znamy, wcale nie jest oczywista. Pokazują również, że żadna z tych metamorfoz rzeczywistości w znak nie jest przezroczysta, ponieważ mapa jest zawsze interpretacją i to na kilku poziomach. Zawsze jest wyborem jakichś elementów i pominięciem innych. I zawsze kryje się w niej idea, która organizuje mapę, pomagając człowiekowi odnaleźć się w labiryncie świata.
Wytłumaczenie dziecku, jak te idee się pojawiają i transformują poprzez wieki, wymaga ogromnej dyscypliny intelektualnej – i to od obu autorek, bo w „Dokąd iść?” tekst i obraz idealnie się dopełniają. Kto by pomyślał, że książka o mapach może okazać się tak oszałamiającą podróżą poprzez historię idei. (Anna Brzezińska, Wirtualna Polska)

Heekyong Kim „Dokąd iść ? Mapy mówią do nas.”, przekł: Jiwone Lee, ilustr.: Krystyna Lipka – Sztarbałło, wyd.: Entliczek, Warszawa 2012

Mówcie mi Bezprym

Mówcie mi Bezprym

Wpis z 5 września 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:

Bohater tej książki był pierworodnym synem pierwszego polskiego króla, jednak nie wspomina o nim żaden z kronikarzy najwcześniejszych dziejów Polski – ani Gall Anonim, ani Wincenty Kadłubek, ani Jan Długosz. Nie wiadomo, jak miał właściwie na imię, nie ma pewności, kim była jego matka, a przede wszystkim – nie jest jasne, dlaczego został przez ojca pozbawiony następstwa tronu. Jeszcze w XIX wieku wątpliwości historyków budziło nawet jego istnienie. Dziś już tak nie jest, ale właściwie każdy fakt z jego życia może być rozmaicie, często sprzecznie interpretowany. 

Wystarczy zajrzeć do Wikipedii (tak, wiem, że nie jest to poważna publikacja, ale może to zrobić każdy, kto czyta moją recenzję) aby się o tym przekonać. Jeśli wspomina się o nim w szkole, to tylko w kontekście krótkiego okresu (1031 – 1032), kiedy odebrał władzę młodszemu bratu i rządził Polską. Podobno wykazał się przy tym niezwykła okrutnością – ale nawet i to nie jest pewne.

Grażyna Bąkiewicz opisuje czasy wcześniejsze, gdy Bezprym był dopiero dorastającym chłopcem. Rozpoczyna swoją opowieść jesienią 999 roku a kończy w roku 1002. Był to czas szczególny i dla Polski, i dla Europy – przełom tysiącleci, zjazd gnieźnieński, wielkie plany cesarza Ottona III, które przerwała jego śmierć. Autorka oparła się na śladach po Bezprymie, które zachowały się w kronikach niemieckich i wypełniła przestrzeń między nimi swoimi wyobrażeniami. „Mówcie mi Bezprym” to książka, która mocno skojarzyła mi się w twórczością Elżbiety Cherezińskiej, a szczególnie z „Grą w kości”, bo dotyczy tych samych wydarzeń.

Bezprym, którego poznajemy w tej książce, jest księciem (choć jego następstwo tronu nie jest pewne), ale jest też zwykłym nastolatkiem, chłopcem, który nie zna swojej matki, a o miłość ojca musi rywalizować z przyrodnim rodzeństwem. Jest najstarszy i to on towarzyszy Bolesławowi w powitaniu Ottona III w Polsce i w późniejszej podróży do Akwizgranu. Potem ojciec wysyła go z cesarskim orszakiem do Rzymu, powierzając mu ważną misję, które jednak okaże się zbyt trudna dla chłopca. Autorka starannie oddała realia historyczne czasów, w których rozgrywały się te wydarzenia, nie zdecydowała się jednak na stylizację języka, którym mówią jej bohaterowie. To zdecydowanie ułatwi lekturę współczesnym czytelnikom, choć mnie czasem zgrzytało w uchu, kiedy książę mówił „O kurczę !” 😉

Kiedy byłam w wieku adresatów serii „A to historia”, w ramach której ukazała się ta książka, jedną z moich ukochanych lektur była „Jadwiga i Jagienka” Czesławy Niemyskiej – Rączaszkowej – opowieść o Jadwidze Andegaweńskiej, początkach jej panowania w Polsce, koronacji na króla Polski i wydarzeniach, które doprowadziły do jej ślubu z Jagiełłą. Po latach, kiedy byłam już na studiach uświadomiłam sobie, że moja wiedza o tym okresie pochodzi przede wszystkim stamtąd i tylko w niewielkim stopniu została poszerzona w toku edukacji 😉 Myślę, ze czytelnicy Grażyny Bąkiewicz też dobrze zapamiętają jak wyglądał zjazd gnieźnieński, o czym marzył młody cesarz i dlaczego Bolesław Chrobry koronował się dopiero 25 lat później, a korona przeznaczona dla niego znalazła się na Węgrzech. A jeśli kiedyś zobaczą posąg „śmiejącej się Polki” z katedry w Naumburgu, przypomną sobie być może, że małżeństwo siostry Bezpryma Regelindy z synem margrabiego Miśni też było efektem zjazdu gnieźnieńskiego. Tego nie da żaden podręcznik ani lekcja historii w szkole !

By Linsengericht – Praca własna, CC BY-SA 3.0, Link

Książka została wyróżniona w konkursie Książka Roku IBBY 2016 🙂

Grażyna Bąkiewicz „Mówcie mi Bezprym” (seria: A to historia !), ilustr.: Mikołaj Kamler, wyd.: Literatura, Łódź 2016

Babcia rabuś

Babcia rabuś

Wpis z 28 grudnia 2014 roku:

U babci jest słodko, świat pachnie szarlotką… – śpiewają przedszkolaki na obchodach Dnia Babci i wtedy jeszcze naprawdę kochają swoje babcie i dziadków miłością szczerą i bezkrytyczną.

Ben – bohater tej książki nie jest już przedszkolakiem. Patrzy na świat bezlitośnie, krytycznym spojrzeniem nastolatka i w domu swojej babci czuje przede wszystkim smród kapusty.

Powoli uniosła się z krzesła i ruszyła do kuchni, Przy każdym kroku spomiędzy jej obwisłych pośladków wydobywało się nieco powietrza. Brzmiało to jak kwakanie. Babcia albo nie zdawała sobie z tego sprawy, albo naprawdę dobrze udawała, że nie zdaje sobie z tego sprawy.

Ta Babcia ponadto kłapie sztuczną szczęką, chrapie, niedowidzi, niedosłyszy i jest taaaka nuuuuudna (a dowiadujemy się tego już w pierwszej linijce).

Zastanawiam się: dlaczego 8 lat temu broniłam przed oburzonymi krytykami kreta, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę, a dziś czytając „Babcię rabuś” mam uczucia mocno mieszane ? Zestarzałam się czy co ? A może chodzi o to, że w „Krecie” była lekkość i przymrużenie oka, których u Walliamsa mi brakuje ?

Na pierwszy rzut oka „Babcia rabuś” kojarzyć się może z książkami Roalda Dahla – szczególnie z „Matyldą”, gdzie rodzina bohaterki była opisana w podobnie krytyczny sposób. Podobnie – ale jednak inaczej, bo Dahl nigdy nie przekroczył tej cienkiej linii, która oddziela żart śmieszny od chamskiego. Podobieństwo kryje się też w ilustracjach – kreska Tony’ego Rossa przypomina styl Quentine’a Blake’a, który był nadwornym ilustratorem Dahla, ale jednak czegoś mi tam brakuje.

W „Babci rabusiu” (podobnie jak w „BFG”) pojawia się we własnej osobie i dworskim anturage’u brytyjska królowa Elżbieta. To wszystko powoduje, że odbieram tę książkę jako nie do końca udolne naśladownictwo Dahla (żeby nie użyć słowa popłuczyny, które uporczywie pcha mi się pod palce… 😉 ).

Rozumiem intencje autora, który nie chce zaprzeczać odczuciom swojego bohatera i pragnie dać jego rówieśnikom prawo do tego, aby widzieli i czuli podobnie, ale mam wrażenie, że jednak trochę się w tym zapale zagalopował. W pewnym sensie nobilituje on ten rodzaju poczucia humoru, który za moich czasów ( a nie były one znowu tak odległe 😉 ) zarezerwowany był dla męskiej szatni przed lekcją wf, gdzieś w końcu szkoły podstawowej czyli na obecnym poziomie gimnazjum. Tyko że wówczas było ono trochę jak trądzik czyli mijało z wiekiem, a przynajmniej nie wypadało się do niego przyznawać 😉 . Teraz już jest inaczej, wystarczy obejrzeć jakikolwiek kabaret, a wprowadzenie na kartki książki nadaje mu znaczenie, na które IMO nie zasługuje.

I dlaczego, aby zyskać miłość wnuka babcia musiała posunąć się do kłamstwa ???

Jednak z drugiej strony – grupa wiekowa, do której jest ona adresowana, to ten okres w życiu, w którym sporo nastolatków (a szczególnie chłopców) przestaje czytać. Czy w związku z tym powinniśmy uznać, że cel uświęca środki i że każdy rodzaj lektury jest wartością ?

Mimo wszystko – osoba czytająca cokolwiek (niech to będzie nawet taki koszarowy rodzaj humoru) ma większą szansę na to, że (choćby przypadkiem) sięgnie kiedyś po coś wartościowego, niż ten, kto książek programowo do rąk nie bierze. Więc może warto dać „Babci rabuś” i jej czytelnikom szansę ?

Ot – kolejna książka kontrowersyjna 😉

David Walliams „Babcia rabuś”, przekł.: Karolina Zaremba, ilustr.: Tony Ross, wyd.: Dom Wydawniczy MAŁA KURKA, Piastów 2013

A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały

A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały

Wpis z 29 grudnia 2013 roku:

„A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” to druga po „Kto ty jesteś” Joanny Olech i Edgara Bąka wydana w tym roku książka o patriotyzmie. Zadziwiająca koincydencja, szczególnie po latach, kiedy ten temat w literaturze dziecięcej nie istniał, trudno jest więc uciec od porównań.

Jest z tymi książkami trochę tak w starych dowcipach o Radiu Erewań – wszystko się w nich zgadza z wyjątkiem trzech szczegółów 😉 A że, jak powszechnie wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach, przyjrzyjmy im się bliżej.

Szczegół pierwszy – ilość słów.

Joanny Olech w „Kto ty jesteś” przekazała to, co miała do powiedzenia, w sposób szalenie lapidarny, hasłowy, jej książka jest jak spis tez do rozmowy z dzieckiem o patriotyzmie. Tutaj – to bardziej zapis takiej rozmowy, propozycja, jak sformułować pewne myśli i jakimi słowami mówić o rzeczach, o których na co dzień nie rozmawiamy. To sprawia, że moim zdaniem przekaz Elizy Piotrowskiej jest czytelniejszy i dla dzieci, i dla rodziców.

Różnica druga – ilustracje.

Eliza Piotrowska stworzyła książkę autorską i sama ją zilustrowała. Kiedy patrzyłam na jej rysunki, przypomniało mi się moje dzieciństwo i te momenty, kiedy siadałam z Tatą, a on opowiadał mi o historii. Tata jest architektem, więc często opowiadając rysował. Nie tak dawno znalazłam w atlasie historycznym kartkę pozostałą tam po jednej z takich naszych rozmów blisko 40 lat temu. Czego tam nie ma ??? Malutki Władysław Łokietek z wysokim Kazimierzem Wielkim, obok jakiś murowany zamek, który pozostał po tym drugim, gdzieś z boku: okna – gotyckie i renesansowe, arkady na Wawelu oraz szkice map, których treści dziś już nie jestem w stanie rozwikłać… Patrzę na tę kartkę i czuję wzruszenie, bo stanowi ona zapis chwil dla mnie szczególnych i nie ma tu znaczenia ich skrótowość i niestaranność.

Ilustracje w „A ja jestem Polak mały…” takich uczuć we mnie budzą, bardziej rażą – przeładowaniem szczegółami, bałaganiarstwem, licznymi rodzajami użytej czcionki i wreszcie niestarannością kreski, której tutaj nic nie usprawiedliwia.

Porównanie ich ze znakomitymi skrótowymi ilustracjami Edgara Bąka do „Kto ty jesteś” unaocznia mi prawdziwość stwierdzenia, że Mniej znaczy więcej.

Różnica trzecia – słowa i to, co opowiadają.

Pisałam wcześniej, że w pierwszej z tych książek ani razu nie spotkamy słowa Polska, nie padło tam również drugie kluczowe dla tematu – Ojczyzna. Eliza Piotrowska nie ucieka do nich, choć przyznaje, że teraz używamy ich rzadziej niż w przeszłości.

W dodatku pokazuje każdego z nas jako członka wielu społeczności, nie tylko narodu. Zaczyna od rodziny, poprzez „małą ojczyznę” jaką jest miejsce, w którym mieszkamy, aby wreszcie rozszerzyć naszą przynależność także do kontynentu i całego świata.

Choć nie brałam udziału w żadnej bitwie o Polskę, choć dziesięć lat mieszkałam w Rzymie, gdzie mówiłam po włosku, a teraz mieszkam w Brazylii, gdzie mówię po portugalsku, JESTEM POLKĄ, a do tego PATRIOTKĄ ! Czy to możliwe ? Przeczytajcie tę książkę i zdecydujcie.

Dla mnie samej patriotyzm dla to świadomość pochodzenia, poczucie przynależności i nieobojętność – wszystko to odnalazłam w tej książce. Gdyby tylko jeszcze była przyjemniejsza dla oka…

Eliza Piotrowska (tekst & ilustr.) „A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały”, wyd.: Czarna Owieczka, Warszawa 2013

Kto ty jesteś ?

Kto ty jesteś ?

Wpis z 20 października 2013 roku:

Na to pytanie większość z nas z nas odpowie odruchowo: Polak mały. To skojarzenie jest wdrukowane w świadomość wielu pokoleń Polaków, bo „Katechizm polskiego dziecka” Władysława Bełzy powstał w 1900 roku, a wszystkie trzy moje córki recytowały go rozpoczynając edukację na swoich ślubowaniach już w XXI wieku. Za każdym razem zastanawiałam się, co te dzieci z tego rozumieją, co dla nich – wówczas siedmioletnich – znaczy (i co będzie znaczył w przyszłości) końcowy wers Coś jej winien ? Oddać życie. Jak rozumieć te słowa w czasach, kiedy nic nie zagraża naszej niepodległości ?

Książka Joanny Olech i Edgara Bąka jest próbą zdefiniowana na nowo pojęcia patriotyzmu na poziomie dziecka – i to jest ewidentna zasługą jej twórców, chociażby dlatego, że nikt dotychczas nie podjął się dyskusji z Bełzą. Jednak osoby o tradycyjnym podejściu zarówno do patriotyzmu, jak i do książek dla dzieci mogą być (i bywają, co stwierdziłam na przykładzie własnego Męża) trochę nią zaskoczeni.

Mój stosunek do niej ewoluował w czasie. Najpierw, jeszcze zanim się ukazała, miałam sporo obaw, bo te fragmenty, które publikowano wcześniej nie zawierały tego, co dla mnie jest w patriotyzmie kluczowe. Potem, kiedy wzięłam ją do ręki na majowych Targach Książki, ucieszyłam się, bo znalazłam jednak w niej te treści, których mi brakowało. Radość była tym większa, że dodatkowo zachwyciła mnie forma – ilustracje Edgara Bąka są fascynujące – lapidarne, skrótowe, symboliczne, ale znakomicie oddające sens tego, co obrazują. Zanim, na fali tego zachwytu zdążyłam napisać entuzjastyczną recenzję, przydarzyła mi się burzliwa dyskusja z Mężem, do którego jej forma nie trafiła wcale, a i do treści miał sporo zastrzeżeń. Nie wszystkie jego wątpliwości podzielam, ale część do mnie trafiła. To co teraz piszę, jest efektem kilkumiesięcznej bijatyki z myślami, bo kilka razy próbowałam mój stosunek do niej przelać na ekran i dochodziłam do wniosku, że jeszcze nie…

Zdecydowanie nie jest to książka, którą można kupić dziecku, dać mu do przeczytania i uznać, że temat patriotyzmu mamy odfajkowany. Ona wymaga rozmowy, wyjaśnienia, rozwinięcia, bo składa się z 25 haseł, które same w sobie niewiele znaczą. I to jest jej ogromną zaletą, bo generalnie dorośli maja problem z rozmawianiem z dziećmi o sprawach wykraczających poza Co tam w szkole ?

Już pierwsze jej słowa: Patriotyzm nie ma koloru zaskakują i wywołują odruchowy sprzeciw (vide mój Mąż), bo skojarzenie kolorystyczne nasuwa się samo: patriotyzm jest biało-czerwony. Odpowiedź znajdujemy w odautorskim komentarzu na okładce:

Jak objaśnić dziecku znaczenie abstrakcyjnych terminów ? Takich jak na przykład: wierność… respekt… wrażliwość… ? Nie ważą i nie pachną, nie mają koloru ani faktury. Możemy je opisać jedynie poprzez przejawy. Przez sposób w jaki się manifestują.

Wydaje mi się, że gdyby to brzmiało na przykład: Patriotyzm nie ma koloru, zapachu ani kształtu, łatwiej byłoby zrozumieć, co autorka chciała przez to powiedzieć.

Weźmy patriotyzm. – czytamy dalej – Pojawia się w polu widzenia dziecka kontekście, który je przerasta, bywa mylący albo wręcz bałamutny. Stereotyp usłużnie podsuwa cierpiętniczo – martyrologiczną interpretację tego słowa. A jako że dzieciaki – z oczywistych względów – nie dokonują czynów bohaterskich, nie składają ofiary z życia – słowo staje się abstraktem, sprawą „nie dla dzieci”.

Salwy honorowe, kadzidła i wieńce, jakie towarzyszą celebracji patriotyzmu, przykrywają jego inny codzienny sens, a mianowicie – współuczestniczenie, współtroskę, współdziałanie na rzecz współdobra. Są to drobne, codzienne akty współodpowiedzialności za kraj. W tak rozumianym patriotyzmie dziecko ma szansę wypełnić cząstkę obywatelskiej misji – ma swój „zagonek” do uprawy, swoją pulę chwalebnych uczynków i dobrych nawyków, które składają się na dobrostan kraju.

Przykłady patriotycznych zachowań proponowane przez autorów są przedstawiane w sposób, który nazwałabym Od szczegółu do ogółu i dlatego właśnie wymagają rozmowy. Przykład pierwszy z brzegu: Sprzątam po moim psie. Jestem patriotą. pozostawiony bez dyskusji rzecz całą spłyca. Tymczasem rozwijając go i zastanawiając się, dlaczego właściwie powinniśmy sprzątać te psie kupy, dojdziemy do tego, że po to, aby w naszym otoczeniu było czysto. Bo jak czysto, to i przyjemnie, a chcemy, żeby w naszym kraju żyło się dobrze, żeby było ładnie. Przez wiele lat Polska była krajem, w którym ludzie dbali tylko o to, co ich własne i z zadbanych mieszkań wychodzili na obskurne klatki schodowe i podwórka z połamanymi ławkami i śmieciami na trawniku. Teraz ta przestrzeń, do starań o którą się poczuwamy, trochę się rozszerzyła, ale często kończy się na płocie zamkniętego osiedla.

Co jeszcze, poza sprzątaniem po swoim psie, możemy zrobić, aby dookoła nas było ładniej ? Joanna Olech podsuwa następne propozycje nazwijmy to porządkowe: Nie niszczę zieleni. Zamalowałam wulgarny napis na ścianie kamienicy. Naprawiam, co zepsułem. I jedną jedyną twórczą, czyli taką, która daje szansę na jakąś zmianę na lepsze w najbliższym otoczeniu: Posadziłam drzewo. Mama mi pomogła. Jestem patriotką.

Jak ja sama rozumiem patriotyzm ? Przede wszystkim jako poczucie wspólnoty i przynależności, świadomość i szacunek dla naszej tradycji. Patriotyzm to także nieobojętność na to co się dzieje w Polsce.

Jak dorosnę, będę głosowała. Jestem patriotką. – Dla mnie nie tyle sam fakt udziału w wyborach jest ważny, ile to, aby przy tym myśleć i swoich wyborów dokonywać samodzielnie i świadomie.

Oddanie życia niekoniecznie musi oznaczać śmierć na polu bitwy, choć warto nawet w czasach pokoju pamiętać o tym, że są sytuacje, w których życie nie jest wartością najwyższą. A także o tym, że my sami żyjemy tu i teraz tak, jak żyjemy, dzięki temu, że w poprzednich pokoleniach byli ludzie, którzy się przed ofiarą życia nie cofnęli. Niedawno spędziłam kilka dni w Gdyni i uświadomiłam sobie, że właśnie to miasto, jego istnienie jest przykładem patriotyzmu pozytywnego, twórczego, a nie cierpiętniczo – martyrologicznego.

Wydaje mi się, że głównym problemem, który mam z tą książką, to kwestia proporcji. Na 25 przykładów zachowań patriotycznych, które proponuje, tylko 6 związanych jest z naszą tradycją, historią, kulturą i w ogóle z Polską:

Jestem patriotą, a nie patriotom. Lubię język polski.

To jest matura mojej prababci. A to pamiętnik dziadka. Zbieram rodzinne pamiątki. Jestem patriotką.

Kibicuję polskim sportowcom. Jestem patriotką.

Porządkujemy z dziadkiem opuszczony cmentarz. Jesteśmy patriotami.

Wiem skąd jestem. Z babcią rozmawiam gwarą. Z omom godom po śląsku. Jestem patriotą.

Wiem, skąd wziął się francuski cesarz w naszym hymnie. I o co chodzi z tym przewodem. Jestem patriotką.

Pozostałe, skądinąd słuszne, mają zastosowanie w każdym miejscu i każdym kraju. Kasowanie biletów, dokarmianie ptaków, czytanie książek czy nieściąganie na klasówkach to taki pozytywny program bycia dobrym, uczciwym, porządnym człowiekiem, ale to jeszcze nie wystarczy, aby móc nazwać siebie patriotą.

Jest jeszcze jeden brak, który uświadomiłam sobie dopiero po dłuższym czasie: ani razu nie pada w niej słowo Polska. Rozumiem niechęć autorki do tak zwanych wielkich słów, ale pewnych rzeczy po prostu nie da się bez nich wyrazić.

„Kto ty jesteś ?” to książka, która nie daje gotowych recept, nie tworzy wzorca patriotyzmu AD 2013. Ona tworzy ramy rozmowy z dzieckiem, ale to, czym je ostatecznie wypełnimy zależy tylko od nas i tego, jak rozumiemy, jak traktujemy ten temat. Na ostatniej stronie zadaje pytanie: A Ty ? I pozostawia wolną przestrzeń do wypełnienia tym, co jej czytelnikom w duszy patriotycznie gra.

I sama już nie wiem, czy ta otwartość to bardziej jej zaleta czy wada ???

Joanna Olech (tekst) i Edgar Bąk (ilustr.) „Kto ty jesteś ?”, wyd.: Wytwórnia, Warszawa 2013

P.S. Niewątpliwy wpływ na to, że ten wpis w końcu powstał miały dwie recenzje na stronie Kwartalnika „Ryms” – pierwsza, entuzjastyczna Pawła Jasnowskiego i druga, polemiczna bardziej z nią niż z samą książką, Beaty Fingas – Śniegoń.

Moje Bullerbyn

Moje Bullerbyn

i kolejne części krakowsko – szwedzko – lwowskiego cyklu Barbary Gawryluk

Wpis z 11 listopada 2010 roku:

Zrobili to ! Nie mogłam uwierzyć, że to zrobili ! Jeszcze niedawno wydawało mi się to niemożliwe. (…) W środku wakacji dowiedziałam się, ze nie wrócę już do nowej szkoły. Że nowy rok szkolny zacznę w nowej szkole, w nowym mieście i… w nowym kraju !

Natalka ma 9 lat, dwóch młodszych braci – bliźniaków i rodziców, którzy są lekarzami. Odział szpitalny, na którym pracowali, ma zostać zlikwidowany, a oni zdecydowali się wyjechać na dwa lata do Szwecji. Z dziećmi oczywiście, choć Natalka wolałaby zostać z babcią i dziadkiem w Krakowie, w swojej szkole i na swoich zajęciach tanecznych …

W nowej, szwedzkiej szkole dziewczynka spotyka dzieci z Ukrainy, Australii, Boliwii i… Polski. Jej krakowski kolega wrócił niedawno z Irlandii, a drugi – wyjechał z mamą do Londynu. Takich dzieci jest i będzie coraz więcej, bo coraz więcej ludzi decyduje się na życie za granicą, czasem z konieczności, a czasem z wyboru.

„Moje Bullerbyn” to książka polsko (czy też dokładniej: krakowsko) – szwedzka i… trochę lwowska. Jak to jest możliwe i co wyszło z takiej mieszanki ? Wyszła po prostu świetna książka. I mimo że nie sprawdziłam jej jeszcze na żywym materiale, czyli na Najmłodszej, nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie podzielić z Wami radością z jej odkrycia 🙂

Barbara Gawryluk jest pisarką, dziennikarką i skandynawistką. Napisała m.in. „Dżoka”,  „W zielonej dolinie”, cykl o świstaku Gwizdku (który nota bene powiększył się o dwie kolejne pozycje, więc są już książki o każdej porze roku w Tatrach). Tłumaczy ze szwedzkiego książki dla wydawnictwa „Zakamarki” – cykl o Lassem i Mai  oraz o chłopcu imieniem Tsatsiki. Prowadzi w Radiu Kraków niedzielny „Alfabet” i jest to (poprawcie mnie jeśli się mylę !) bodaj jedyna cykliczna audycja radiowa poświęcona literaturze dziecięcej.

W „Moim Bullerbyn” też nie zapomina o literaturze szwedzkiej, a jeden z rozdziałów w całości poświęcony jest wizycie rodziny Majewskich w Junibacken w Sztokholmie. Teraz jeszcze bardziej chciałabym tam pojechać !

Chociaż miejscowość, w której zamieszkała rodzina Natalki oczywiście nie nazywa się Bullerbyn, jest w tej książce coś z tamtej atmosfery. Wszyscy są dobrzy i sympatyczni (nawet jeśli z początku robią inne wrażenie), problemy (jeśli się pojawiają) dają się rozwiązać i oczywiście wszystko zawsze dobrze się kończy.

Kiedy tu przyjechałam, wszystko było źle. I tak bardzo tęskniłam za moimi przyjaciółkami, za babcią i dziadkiem, za tańcem, za Krakowem, za moim pokojem, nawet za szkołą. I dalej tęsknię. Ale minęło kilka miesięcy i nie wyobrażam sobie, co by było, gdybym nie poznała ciebie, Matsa czy Selmy. W szkole dalej jest ciężko, ale w Rabarbarze – super. (…) „Będzie dobrze, Natalko” – tak mi wszyscy mówili. I chyba już jest dobrze !

Barbara Gawryluk „Moje Bullerbyn”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2010

Wpis z 26 lutego 2012 roku:

Tak się jakoś ostatnimi czasy porobiło, że wszystko co dobre, musi mieć koniecznie ciąg dalszy…

Spędziłam niedawno dłuższą chwilę przed półką z literaturą młodzieżową w Empiku – książki „pojedyncze”, nie będące częścią żadnej serii, sagi, cyklu występowały tam w charakterze rzadkich rodzynków. Moja dwunastoletnia Najmłodsza w ciągu ostatnich kilku miesięcy przeczytała tylko jedną książkę nie będącą częścią większej całości i to tylko dlatego, że „Sposób na Alcybiadesa” był jej lekturą szkolną. Następną była już „Ania z Zielonego Wzgórza” 😉

Jeśli jakiś film odniesie sukces, natychmiast kręci się jego sequel. Seriale mają swoje kolejne sezony i każdy z nich kończy się tak, żeby zostawić jego twórcom furtkę do realizacji następnego. W sklepach mamy nie tylko serie kosmetyków, ale też zabawek czy sosów do potraw. Nawet reklamy są już najczęściej serialami…

Wśród książek na jednym biegunie tego zjawiska mamy rozpisane na kilka tomów historie, które jednakowoż konsekwentnie od początku zmierzają do definitywnego końca, a na drugim – cykle oddzielnych historii powiązanych ze sobą wyłącznie osobą głównego bohatera (bohaterów), a kolejność czytania nie ma najmniejszego znaczenia. Gdzieś pośrodku plasują się serie opowieści typu neverending story 😉 , w których kolejny tom jest kontynuacją poprzedniego i odwołuje się do wydarzeń tam opisanych, a więc należy je czytać w odpowiedniej kolejności. A jak się już przeczyta, należy czekać na kolejny. Do tej kategorii należy cykl rozpoczęty książką „Moje Bullerbyn”. Potem były „Kolczyki Selmy” a niedawno ukazała się kolejna (i z całą pewnością nie ostatnia 😉 część – „Dziewczynka z fotografii”

Te trzy niepozorne książeczki obejmują trochę ponad rok z życia Natalki, która wraz z rodzicami i dwójką młodszych braci przeprowadziła się z Krakowa do niewielkiego szwedzkiego miasteczka. Tylko rok, a tyle się w tym czasie wydarzyło… Nowy dom, nowy język, nowa szkoła, nowi znajomi z różnych stron świata, nowa grupa taneczna, a równocześnie odwiedziny u Dziadków w Krakowie i przyjazd do Szwecji jej krakowskich przyjaciółek… Jeżdżąca na wózku Karina i jej powrót do sprawności… I wreszcie – znajomość z Selmą – samotną staruszką, która kiedyś była światowej sławy tancerką, jej śmierć i niespodziewany spadek po niej, a w ostatniej części – wyprawa do Lwowa, w którym Selma spędziła dzieciństwo i młodość.

Czytając „Dziewczynkę z fotografii” uświadomiłam sobie, że jest to wśród książek dla dzieci i młodzieży pierwsza, w której pojawia się problem dawnych Kresów Rzeczpospolitej – współcześnie. To trudny temat, ale Barbara Gawryluk jak zawsze zdołała znaleźć właściwy ton, aby pisać o tym w sposób odpowiedni dla wczesnych nastolatków, a równocześnie pokazała współczesny Lwów jako miasto ukraińskie, w którym Natalka i Karina odwiedzają swoją serdeczną przyjaciółkę Elenę, poznaną w Szwecji i serdecznie kibicują w jej meczu piłki ręcznej. Nie zapomina jednak o tym, że przed wojną Lwów był trzecim miastem Rzeczpospolitej i że nadal mieszkają tam Polacy, a na Cmentarzu Łyczakowskim są groby wielu sławnych polskich artystów, profesorów i znanych osobistości. Może ta książka będzie dobrym wstępem do zainteresowania się tą częścią naszej historii ?

A kiedy już ją przeczytacie, zaczniecie czekać na kolejny tom tej serii… 😉

Barbara Gawryluk „Kolczyki Selmy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2011

Barbara Gawryluk „Dziewczynka z fotografii”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2012

Wpis z 17 listopada 2013 roku:

Kiedy zobaczyłam okładkę tej książki (jeszcze w zapowiedziach) przestraszyłam się – naprawdę! Obawiałam się, że ten rozdarty na dwoje dom na okładce może oznaczać rozwód rodziców Natalki, a zdążyłam już polubić całą jej rodzinę. Z drugiej strony wydawało mi się to nierealne, bo jej rodzice robiła wrażenie stabilnego związku.

Ale na szczęście nie o to chodziło…

… choć może sformułowanie na szczęście nie jest tu na miejscu. Rodzina Natalki musi stawić czoła innemu poważnemu problemowi – chorobie Dziadka, nieuleczalnej i postępującej. Dlatego właśnie jej rodzice zdecydowali się na powrót do Krakowa, co szczęśliwie zbiegło się z propozycją pracy w ich dawnym szpitalu.

I znów, jak przed rokiem, Natalka postawiona została przed faktem dokonanym – wtedy dowiedziała się, że wyjeżdżają do Szwecji, teraz – że wracają do Polski. Z jednej strony cieszy się, bo przecież tęskniła do swojej poprzedniej klasy, przyjaciółek i Ósemki, ale w Szwecji też ma już przyjaciół: Karinę, Maję, Matsa, radzi sobie z językiem i odnalazła swoje miejsce w Rabarbarze. Choć rozumie, że tak musi być, że są potrzebni Dziadkom w Krakowie, jednak jest jej ciężko…

Ten wątek wydaje mi się bardzo ważny. Zarówno rodzice Natalki jak i ona sama ani przez chwilę nie dopuszczają do siebie myśli, że mogliby zostawić Babcię samą z tym problemem w Polsce, wspierając ją na odległość wyłącznie finansowo, bo w Szwecji żyje im się wygodniej. Są takie momenty w życiu, kiedy rodzina powinna trzymać razem. Teraz, kiedy trendy jest raczej hedonistyczny egoizm, taki przykład odpowiedzialności ma ogromną wartość.

„Dwa domy” to ostatni tom cyklu, którego początkiem było „Moje Bullerbyn”. Cztery pozornie niepozorne książki, a znalazło się w nich miejsce dla tylu ważnych spraw !!! Problemy związane z przeprowadzką do innego kraju i powrotem na Ojczyzny łono nie dotyczą tylko naszej bohaterki. Elena wróciła ze Szwecji do Lwowa, a do klasy w Krakowie przybył nowy kolega – repatriant z Hiszpanii. Znajdziemy tam także przyjaźń, pierwsze nieśmiałe zakochanie, tajemnicza historię z przeszłości, Kraków, Sztokholm, Lwów, Tatry, Wieliczkę, TOPR, psy, granie w filmie, hip – hop… aż się w głowie mąci 😉

Miałyśmy niestety z tym cyklem problem 😦 Co prawda miedzy pierwszym a ostatnim tomem w życiu Natalki minął tylko rok, ale w realu trwało to ponad trzy lata. Moja Najmłodsza, która na początku była tylko trochę starsza od niej, z zainteresowaniem przeczytała jedynie pierwsze dwie części. Potem już uznała, że są dla niej za dziecinne. Szkoda 😦

Barbara Gawryluk „Dwa domy”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2013

Denim blue

Denim blue

Najmłodsza z moich córek, tegoroczna maturzystka, ma obecnie fazę na ciuchy vintage. Kupuje, zdobywa, wymienia, a jedną z pereł jej kolekcji jest moja dżinsowa kurtka sprzed ponad trzydziestu lat, o którą notabene stoczyła bój z siostrą Środkową, która też miała na nią ochotę. To jedyny ciuch z czasów studenckich, który zachowałam. Kiedy dziewczyny kłóciły się o nią, opowiedziałam im historię o tym, jak w Pradze czeskiej chodziłam koło niej z zachwytem, aż wreszcie Tata kupił mi ją za całą rezerwę pieniędzy, jaką na ten wyjazd mieliśmy. Pamiętam swoją radość i potem zazdrosne spojrzenia na ulicy w Warszawie, bo naprawdę jest fajna 😉 Ta historia to opowieść nie tylko o moim Tacie i jego stosunku do pieniędzy (i do mnie 😉 ) ale także marzeniach, jakie mieliśmy żyjąc w PRL, a których moje córki już zrozumieć nie są w stanie.

Opowieścią o takim marzeniu jest też „Denim blue”, bo właśnie wokół gorącego pragnienia posiadania prawdziwych dżinsów Katarzyna Ryrych zbudowała swoją opowieść o życiu w tamtych czasach. Zygmunt, syn dozorczyni i hutnika z Nowej Huty nie mógł liczyć na to, że rodzice kupią mu takie spodnie, próbował więc sam zdobyć na nie pieniądze. „Denim blue” to w pewnym sensie powieść inicjacyjna. W pogoni za swoim marzeniem Zyga poznaje życie od rozmaitych stron, z którymi uczeń ostatnich klas podstawówki na ogól nie miewał do czynienia i dzięki temu dorasta.

Lubię w tej książce postać ciotki, bo takich kobiet już teraz nie ma, a pamiętam je z domów, w których wtedy bywałam. Samotne wiejskie kobiety, bezdzietne wdowy albo stare panny, które mieszkały kątem u dalszej rodziny w mieście i pomagały w domu i opiece nad dziećmi. Zyga bardzo kochał ciotkę, bo gdy chorował opowiadała mu o wojnie i o Niemcach, jak to wujek zawsze zdołał ich wyprowadzić w pole i tylko raz mu się nie udało, i biedak został w polu. Ta niepiśmienna kobieta, która nowohuckim ciasnym mieszkaniu siostrzeńca spała w przedpokoju, a na każdą wzmiankę o tym, że może wybuchnąć kolejna wojna szła do kolejki zrobić zapasy cukru, ma w sobie mądrość prostego, doświadczonego życiem człowieka. Z całej tej książki chyba najlepiej zapamiętałam historię z jej chustą, wzruszyła mnie ona bardzo.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie znalazła w niej okazji do historykowania. Określenie to stworzyła moja Najmłodsza i oznacza ono wszystkie te sytuacje, kiedy albo ja albo Najstarsza, która też jest historyczką, albo obie razem i z udziałem ich Taty jeszcze 😉 , zaczynamy zbytnio analizować filmy czy książki, które dzieją się w przeszłości i czepiać się (jej zdaniem niepotrzebnie) niezgodności z faktami i realiami.

Pohistorykuję więc sobie trochę i poskarżę się, że sporym dyskomfortem podczas lektury „Denim blue” było dla mnie dość swobodne obchodzenie się autorki z realiami życia w PRL, które powodowało, że nie bardzo mogłam umieścić tę historię w konkretnym czasie. Rozumiem, że chodziło o przekazanie wiedzy o życiu w tamtych czasach i umieszczenie w tekście jak największej ilości ciekawostek i artefaktów (z wyjaśnieniami w przypisach), ale nie mogę się oprzeć poczuciu, że jest to ahistoryczne. W kilku recenzjach, które znalazłam w sieci, czas akcji określony jest na lata siedemdziesiąte i rzeczywiście sporo by na to wskazywało, gdyby nie to, że od czasu do czasu pojawia się tam coś, co już się wtedy zdarzyć nie mogło. Jeśli miałabym umieścić te kilka lat akcji książki konkretnie w czasie, powiedziałabym, że trwały one gdzieś od połowy lat pięćdziesiątych (bo w tekście pojawia się wzmianka o ZMP rozwiązanym w 1956 roku i bikiniarzach) do późnych siedemdziesiątych (raczej przed 1976, bo wtedy wprowadzono kartki na cukier). Można by uznać, że dla współczesnych nastolatków nie ma to większego znaczenia i potraktować tę książkę jako swoistą propedeutykę wiedzy o życiu w PRL, ale ja tak nie potrafię.

Pozostawia ona czytelnikowi wrażenie, że życie w PRL było stanem constans trwającym kilkadziesiąt lat, a przecież tak nie było – także w kwestii kluczowej dla akcji czyli dostępności dżinsów (i innych towarów z tzw. Zachodu), handlu walutą i sklepów, w których można było kupować za tzw. bony. Szkoda, że autorka nie zechciała opowiedzieć tej historii tak, żeby zachować jej sens i uszanować realia 😦

Katarzyna Ryrych „Denim blue” (seria: Plus minus 16), wyd.: Literatura, Łódź 2015

Jaki znak twój ? Wierszyki na dalsze sto lat niepodległości

Jaki znak twój ? Wierszyki na dalsze sto lat niepodległości

Wpis z 13 listopada 2018 roku, a książka została nagrodzona potem tytułem Książki Roku IBBY 2018 !!!

Zaczynamy kolejne stulecie niepodległości. Umilkły echa hymnu, rozwiał się dym z rac, rozpłynęły w powietrzu fajerwerki i można już zdjąć sprzed domu flagę, która wisiała tam od 3 maja. Życzę nam wszystkim teraz i kolejnym pokoleniom, żeby to nowe stulecie było naprawdę niepodległe, od początku do końca, bo w tym co się skończyło, jak bym nie liczyła, nie chce mi wyjść prawdziwej niepodległości więcej jak połowa.

Od kilku dni krąży po Facebooku film „Mój patriotyzm” udostępniony przez Powiat Strzelecko – Drezdenecki. Został on nagrodzony w konkursie z okazji 100 rocznicy odzyskania niepodległości, a biorą w nim udział niepełnosprawni uczniowie Ośrodka Rehabilitacyjno – Edukacyjno – Wychowaczego w Drezdenku. Film jest powszechnie chwalony, także za mądre słowa o patriotyzmie, które w nim padają. Obawiam się jednak, że niewielu z tych chwalących wie, że ich autorem jest Michał Rusinek, bo informacja o tym znalazła się na samym końcu napisów zamykających film. (Edit: filmu nie ma już na You Tube, więc nie mogę tutaj wstawić linka, można go znaleźć m.in. na Fan page’u Michała Rusinka na FB —>>>tutaj )

„Jaki znak Twój ?”, z której pochodzą, to trzecia w ostatnich latach (po „Kto Ty jesteś ?” Joanny Olech i „A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” Elizy Piotrowskiej) książka podejmująca próbę zredefiniowania pojęcia patriotyzmu w sposób zrozumiały dla dzieci i w dodatku odpowiadający realiom XXI wieku. Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich, także w tej autor odwołuje się do „Katechizmu dziecka polskiego” – tym razem nie tylko nawiązując do niego tytułem, ale próbując ponownie odpowiedzieć na pytania postawione przez Władysława Bełzę.

Nie jest łatwo z tym patriotyzmem, niestety… Bełza pisał „Katechizm” jeszcze w XIX wieku. W kolejnym stuleciu, które de facto zaczęło się w 1914 roku, dwa totalitaryzmy wywróciły do góry nogami istniejący porządek świata. Teraz musimy na nowo, w zupełnie innych realiach nadać sens podstawowym pojęciom, zastanowić się, co one obecnie znaczą. I czy w ogóle jeszcze coś znaczą ?

Kto Ty jesteś ? Jaki znak Twój ? Gdzie Ty mieszkasz ? W jakim kraju ? Czym ta ziemia ? Czym zdobyta ? Czy ją kochasz ? A w co wierzysz ? Czym Ty dla niej ? Coś jej winien ? Na te pytania zadane w 1900 roku próbuje w 2018 odpowiedzieć Michał Rusinek. Z jakim skutkiem ?

No cóż… całkiem niezłym, choć do pełnego zachwytu tą książką trochę mi brakuje. Z jednej strony – w przeciwieństwie do Joanny Olech, Michał Rusinek nie ucieka od słowa „Polska”, ale już „ojczyzna” nie pojawia się tam ani razu, a wydaje mi się, że również to pojęcie powinno zostać odczytane na nowo. Czasem miałam też poczucie, że trochę przekombinowuje i zbytnio kluczy, że obawia się albo nie potrafi znaleźć jednoznacznych odpowiedzi na niektóre z pytań…

Nie mam na podorędziu żadnego dziecka w odpowiednim wieku, na którym mogłabym tę książkę wypróbować, ale pewne moje obawy budzi też jej forma. Czytałam ją na próbę na głos i zdarzały mi się problemy z rytmem wiersza oraz z dość ryzykownymi konstrukcjami zdań, przez które trudno było zrozumieć ich sens.

Ale spodobał mi się sposób, w jaki autor pisze o historii – tej wielkiej, i tej małej; tej z której możemy być dumni, i tej, z której może niekoniecznie… Podzielam też jego miłość do specyfiki polskiego alfabetu 😉

Gdybym była królową lub królem, // to nie wahałabym się w ogóle, // lecz wykorzystałabym swoją władzę // i wyszyć kazałabym na fladze // najlepiej nitką niebieską // „Z” z kropką oraz kreską, // „E” oraz „A” z ogonkami, // „N”, „S”, „C” i „O” z kreskami // oraz przekreślone „L” //– taki miałabym cel.

Choć przy tej okazji nie mogę uciec od smutnej refleksji, jak symboliczny jest fakt, że jedynym słowem złożonym wyłącznie z tych uroczych polskich liter jest ŻÓŁĆ 😉

Jaki znak twój ?” to książka ważna i choć nie w pełni podzielam przedstawione w niej rozumienie patriotyzmu, może (i powinna) stanowić dobry punkt wyjścia do rozmowy z dziećmi o tym. Bo tylko rozmawiając możemy dojść do tego, co on oznacza dla nas samych. Tu i teraz.

Michał Rusinek „Jaki znak Twój ? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości”, ilustr.: Joanna Rusinek, wyd.: Znak, Kraków 2018

Bezdomny ptak

Bezdomny ptak

Wpis z 24 sierpnia 2008 roku, ale książka została wznowiona przez Wydawnictwo Dwie Siostry w 2015 roku.

Środkowa z moich córek skończyła w czerwcu dwanaście lat. Koli, bohaterka książki, którą dostała na urodziny, ma lat trzynaście. Są rówieśniczkami, ale poza wiekiem i płcią nic ich nie łączy. Żyją w dwóch różnych światach.

Środkowa po wakacjach zacznie szóstą klasę, a przed nią jeszcze ładnych parę lat nauki. Koli do szkoły nie chodziła wcale, bo jak tłumaczyła jej Maa: Na nic ci się to nie przyda, jak wyjdziesz za mąż. Pieniądze, które wydalibyśmy na podręczniki i czesne, lepiej odłożyć na twój przyszły posag, byśmy mogli znaleźć ci odpowiedniego męża.

Ciepła woda w kranie, pralka i centralne ogrzewanie to dla mojej córki rzeczy oczywiste. Bez nich nie wyobraża sobie życia. Koli codziennie nosi wodę z rzeki, pierze tam ubranie i myje naczynia, pali w piecu i ma masę innych obowiązków. Czytając o jej życiu można mieć wrażenie, że akcja tej książki dzieje się dawno temu – dopiero wzmianki o telewizji i komputerze uświadamiają nam, że jest inaczej.

W naszej kulturze nastolatka to właściwie jeszcze dziecko. W Indiach trzynaście lat to wiek, w którym dziewczynka gotowa jest do małżeństwa. Po ślubie opuszcza swój dom rodzinny i staje się częścią rodziny męża, poddaną władzy męża i jego rodziców.

Czytałam tę książkę z perspektywy matki córek i trudno mi sobie wyobrazić, że oddaję moje dziecko w ciemno do obcego domu i pod władzę obcych ludzi i tracę z nią kontakt. Czytając nie mogłam się pogodzić z tym, że Koli nie może zrobić tego, co nam wydawałoby się naturalne… Kiedy okazało się, że ich oszukano, że jej mąż jest śmiertelnie chory, a jej posag potrzebny był na ostatnią próbę jego wyleczenia, potem kiedy Hari umarł, a ona została wdową i wreszcie kiedy Sass zostawiła ją w mieście wdów – w żadnym z tych momentów nie myślała o powrocie do rodzinnego domu pod opiekę rodziców. Wiedziała, że byłoby to hańbą dla jej rodziny. Musiała radzić sobie sama. I poradziła sobie.

Koli jest prostą dziewczyną i dlatego opowieść o jej życiu też jest prosta. Jest w niej jednak ogromna potrzeba obcowania z pięknem. Przy pomocy Sassura udało jej sie nauczyć czytać, a odziedziczony po nim tom wierszy Rabindranatha Tagore stał się jej największym skarbem. Mimo, że nie ma wykształcenia, jest artystką obdarzoną niezwykłym talentem – potrafi haftować i tworzyć piękne, niespotykane wzory. Dzięki temu udało jej się przeżyć w mieście wdów, znaleźć pracę i poznać Radżiego.

Na  swojej stronie internetowej Gloria Whelan napisała: Często jestem pytana o to, czy napiszę dalszy ciąg „Bezdomnego ptaka”. Nie mam takich planów. Myślę, że Koli i Radżi są szczęśliwi i bardzo zajęci swoim ogrodem i dziećmi. Jestem pewna, że Koli nadal haftuje swoje przepiękne sari… Ja również tak sądzę. Mam też nadzieję, ze mogła wreszcie spotkać się z rodzicami – już bez obawy, że swoim powrotem do domu zhańbi rodzinę.

Gloria Whelan „Bezdomny ptak”, przekł.: Jadwiga Jędryas, wyd.: Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2008