„Lato Stiny” to książka, która pachnie wakacjami i to jakimi wakacjami !!!
Wystarczy spojrzeć na okładkę – mały domek nad samym morzem, przed nim stół nakryty staroświeckim obrusem w czerwoną kratkę, a na stole – świeżo złowiony okoń. Usmażony na maśle, z koperkiem i młodymi ziemniaczkami. Takie wakacje to ja rozumiem 🙂
Stinatak na oko ma jakieś pięć lat i spędza lato u swojego dziadka, który mieszka na niewielkiej, skalistej wysepce gdzieś u wybrzeży Szwecji – czyli szkierze. Zastanawiam się, czy to przypadek, czy świadome nawiązanie do „My na wyspie Saltkrakan” Astrid Lindgren ? Tam też była Stina, która przyjeżdżała do dziadka…
Czytałam „Lato Stiny” siedząc na plaży na przeciwległym brzegu Bałtyku. Wokół mnie bawili się jej rówieśnicy i mogłam obserwować, jak bardzo różnią się ich wakacje.
Stina nie jest przywalona stosem zabawek – wiaderek, łopatek, foremek, dmuchanych krokodyli, delfinów, materacyków, latawców, piłek etc. W tej książce jak w „Fali” Suzy Lee – jest tylko dziewczynka i morze, fascynujące niezależnie od pogody. Dziadek nazywa ją czasem poszukiwaczką skarbów. Bo Stina bez przerwy szuka rzeczy, które wyrzuciło morze, albo takich, które po prostu leżą gdzieś i czekają, żeby je znaleźć. Piórka, patyki, dziwne słoiczki… Na wyspie można znaleźć naprawdę wszystko.
Nie
ma też obok siebie nikogo dorosłego, kto przeszkadzałby jej w
zabawie przebieraniem, smarowaniem kremem i namawianiem, żeby
koniecznie coś zjadła. Dziś z rozbawieniem obserwowałam takiego
upartego tatę, który biegał z bananem od jednego dziecka do
drugiego (a miał ich trójkę) – bez powodzenia i w końcu zjadł
go sam 😉
Stina ma Dziadka, który zabiera ja łódką na ryby, smaży je potem na obiad, milcząco towarzyszy jej zabawom, a wszystkie szalone pomysły wnuczki kwituje słowami: Co ty powiesz…
Tak samo reaguje także na zwariowane opowieści swojego przyjaciela Axla (Axela ?), nie bez powodu nazywanego Bujdą, który nie potrzebuje rumu szumiącego w głowie, żeby snuć niebywałe morskie opowieści. Wystarczą zwykłe kanapki z miodem, aby przypomniał sobie Wielki Medal Plastra Miodu, którym został odznaczony, a który to medal zatonął podczas piekielnego sztormu przy przylądku Horn… Kto chce, ten niechaj wierzy, kto nie chce, niech nie wierzy… a na Stinie te historie robią większe wrażenie niż zapewne niejeden film, których z resztą nie ma gdzie oglądać, bo w domku Dziadka nie widać telewizora.
Oj,
marzą mi się takie wakacje z dala od cywilizacji, choć to, że w
tym roku campingowe Wi-fi dociera nawet do naszej przyczepy, ma też
swoje dobre strony 😉
Lena Anderson (tekst & ilustr.) „Lato Stiny”, przekł.: Agnieszka Stróżyk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2013
Przeczytałam niedawno gdzieś w sieci informację o krowie, która weszła na dach budynku i o akcji strażaków, żeby ją stamtąd sprowadzić. Od razu pomyślałam sobie, że to jest historia, która bardzo pasuje do Mamy Mu 🙂
Książki o niej to cykl, który można czytać w dowolnej kolejności. Nie trzeba znać pozostałych, żeby się przy nich świetnie bawić. Muszę jednak równocześnie przyznać, że powtarzalność schematu, na którym zbudowana jest akcja, staje się po jakimś czasie nużąca. A może po prostu Najmłodsza, z którą te książki czytałam, zbyt szybko (jak na tempo ich ukazywania się) wyrosła z nich ? Wydawnictwo Zakamarki wydało do dziś 11 części tego cyklu (plus kolorowanka). Te z nich, które zawierają pojedyncze historie, mają naszym zdaniem najlepszą proporcję tekstu i ilustracji.
Wpis z 24 listopada 2007 roku:
Zakochałam się….
… w krowie. 😉
I nie ma w tym nic dziwnego. Przeczytajcie te książki – wtedy zrozumiecie, że Mamy Mu nie można nie kochać.
Był ciepły letni dzień. Słońce świeciło, ptaki ćwierkały, muchy bzyczały. Wszystkie krowy pasły się na pastwisku. Wszystkie oprócz Mamy Mu… Mama Mu nie robi tego, co wszystkie krowy, bo ona nie jest taka, jak wszystkie krowy.
Krowy chodzą tylko i się pasą. Jeszcze leżą, żują i gapia się przed siebie. I jeszcze są dojone. I to im wystarcza.
Mamie Mu nie wystarcza – ona jest Zaprzeczającą Stereotypom Krową – Hedonistką 😉 Chce spróbować najrozmaitszych przyjemności i zupełnie nie trafia do niej argument: Jesteś krową, Mamo Mu. Owszem, dziwną, ale krową. Krowy. Się. Nie. Huśtają.
Bo
niby dlaczego nie ?
Równocześnie Mama Mu nie udaje kogoś, kim nie jest. Wygląda jak zwykła Krasula. Nie naśladuje człowieka, nie nosi ludzkich ubrań jak bohaterowie Beatrix Potter. Chodzi na czterech nogach i ma pokaźne wymiona. Jest krową. W dodatku – krową pozbawioną kompleksów i w pełni akceptującą swój wygląd (Wcale nie jestem za gruba, Panie Wrono. To drzewo jest za chude. – za ten tekst kocham ją najbardziej 😉 )
Wbrew tytułowi te książki mają dwójkę bohaterów. Zgodnie ze sprawdzoną w show-businessie już od czasów Flipa i Flapa zasadą łączenia przeciwieństw – Dużej, Wyluzowanej Hedonistce towarzyszy Mały, Nadaktywny Nerwus. Czyli Pan Wrona. Gadatliwy, ruchliwy samochwała – w dodatku spętany konwenansami. Krowy się nie hustają… krowy nie jeżdża na sankach… ble, ble, ble… Jego opór przegrywa jednak z siłą spokoju Mamy Mu i w efekcie Pan Wrona bawi się nie gorzej niż ona, a w ferworze zabawy potrafi nawet zapomnieć, że umie latać 😉
Kiedy czytamy te książeczki z Najmłodszą, zaśmiewamy się obie, mimo że przecież dobrze je już znamy. Często powód naszej radości kryje się nie w tekście, ale znajduje się na obrazku i wtedy ona przerywa mi okrzykiem „Widzisz ?”. Kreskę Svena Nordqvista znałyśmy wcześniej z książek o Petsonie i jego kotku Findusie. Tamte ilustracje były (moim zdaniem) po prostu dobre, te – są fantastyczne. Tyle się na nich dzieje rzeczy, których w tekście nie znajdziemy, że można je długo oglądać. Mnogość szczegółów – od krowich placków na pastwisku, z którego Mama Mu daje nogę, żeby się pohuśtać, przez jedyną w swoim rodzaju pantomimę Pana Wrony, kiedy już się usiłuje huśtać, po opad szczęki sikorek przysłuchujących się jego samochwalstwu w temacie saneczkowania. Szczególnie zachwyca mnie strona, na której tekst składa się z czterech linijek: Pan Wrona skradał się za krzakami. Czaił się za kamieniami. Skakał z drzewa na drzewo i chował się w gałęziach. Przyjrzyjcie się uważnie Panu W. w tej akcji. James Bond wysiada 😉
Gdy
się jest krową, nie można wciąż tylko żuć trawy i gapić się
przed siebie. Gdy
się jest człowiekiem – też. Mama Mu nie tylko uczy nas odwagi w
przełamywaniu stereotypów, ale pokazuje też jaką radością
mogą być najprostsze rzeczy. Ot, na przykład– deska i sznurek, a
ile frajdy !!!
Jujja
Wieslander i Tomas Wieslander „Mama
Mu na huśtawce”,przekł.:
Michał Wronek – Piotrowski, ilustr.: Sven Nordqvist, wyd.:
Zakamarki, Poznań 2007
Jujja Wieslander i Tomas Wieslander „Mama Mu na sankach”, przekł.: Michał Wronek – Piotrowski, ilustr.: Sven Nordqvist, wyd.: Zakamarki, Poznań 2007
Wpis z 30 maja 2008 roku:
Jutro są moje urodziny, więc sama zrobiłam sobie prezent – kolejną książkę o mojej ukochanej Mamie Mu. Najmłodsza co prawda twierdzi, że to jest książka dla niej, ale tylko jej się tak wydaje.
Jest
taka wiosenna ze
swoją żółtą okładką z zawilcami i
jest moja.
Moja.
I
jeszcze raz moja 😉
W kwestii tytułowej bohaterki niewiele mogę dodać do tego, co napisałam o niej poprzednio – tym razem pozostaje ona zdecydowanie w cieniu swojego przyjaciela. Ta książka powinna właściwie nosić tytuł „Pan Wrona sprząta”. Dokładniej rzecz ujmując – twierdzi, że sprząta, ale robi to w sposób daleki od przyjętych zasad, a skutki są… Możecie się sami domyślić.
Ta maniaczka od porządków z programu „Perfekcyjna pani domu” (Anthea – dobrze pamiętam ???) chyba by na ten widok zrezygnowała ze swojej misji. Ja natomiast czuję, że łączy mnie z nim pokrewieństwo dusz. Na widok koszmarnego bałaganu też najchętniej zgasiłabym światło 😉
Jujja Wieslander i Tomas Wieslander „Mama Mu sprząta”, ilustr.: Sven Nordqvist, przekł.: Michał Wronek – Piątkowski, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008
Wpis z 17 października 2008 roku:
Jesień, złota jesień… Taka, co to sypie nam na głowę liście złote i brązowe…
Jednych
ten czas nastraja melancholijnie, innych – pobudza do
działania. Mama
Mu zdecydowanie
należy do tych drugich i dlatego, zamiast wpadać w jesienna
melancholię, poczuła wolę
bożą,
żeby zbudować ni
mniej nie więcej tylko domek
na drzewie.
Ktoś
się dziwi ? Że niby krowy nie chodzą po drzewach ? Pan
Wronateż
jej to mówił, ale dlaczego Mama
Mu miałaby
się tym przejmować ?
To już czwarta książka o Mamie Mu i w ten sposób mamy po jednej na każdą porę roku. „Mama Mu na huśtawce” była letnia, „Mama Mu na sankach” – zimowa, ”Mama Mu sprząta” – wiosenna, a ta jest jesienna.
To
już czwarta książka o Mamie Mu i
wszystko w niej przebiega według tego samego schematu co w
poprzednich. Mama Mu swoje, a Pan Wrona swoje. Jak w tym dialogu:
–
Nadstaw uszu i powtarzaj za mną. Krowy. Nie. Budują. Domków. Teraz
powtórz.
–
No to idę po młotek i gwoździe.
Mimo
to za każdym razem bawimy się przy nich świetnie. Chociaż muszę
zaznaczyć, że wbijanie
gwoździ w drzewa jednak budzi mój zdecydowany opór…
… ale Mamie Mu nie takie rzeczy jestem w stanie wybaczyć 😉
Jujja Wieslander, Tomas Wieslander „Mama Mu buduje”,przekł.: Michał Wronek – Piotrowski, ilustr.: Sven Nordqvist, wyd.: Zakamarki, Poznań 2008
Wpis z 12 maja 2012 roku:
Mama Mu czyta ????
Pan Wrona osunął się na ziemię.
– Czemu Ty nie możesz robić jakichś zwykłych rzeczy ? – spytał żałosnym tonem. – Pojeździłabyś sobie na rowerze czy nawet wdrapała się na drzewo, cokolwiek.
– Książki są takie fajne, Panie Wrono – odparła Mama Mu. – Jak się umie czytać, to można się dowiedzieć niemal wszystkiego.
„Mama Mu czyta” to już szósta wydana pojedynczo historia o mojej ukochanej krowie. Zeszłoroczny zbiór „Mama Mu na rowerze” najpierw rozbudził moje nadzieje (w końcu – im więcej, tym lepiej), a potem ciut rozczarował. Można powiedzieć, że ilość nie przeszła w jakość 😦
Okazało
się przy tej okazji, że na urok i dowcip pierwszych pięciu
książeczek, które już znałam, w jednakowym stopniu składał się
tekst oraz ilustracje, a tajemnica zawierała się właśnie w ich
odpowiednich proporcjach ilościowych. W zbiorku tekst dominował i
wyraźnie odczuwało się brak ilustracji. To niestety odbiło się
na dowcipie całości. Tutaj wszystko jest jak trzeba 🙂
Co czyta Mama Mu ? Znalazła sobie lekturę najbardziej odpowiednią – książkę o Pippi Pończoszance, a więc postaci równie jak ona niekonwencjonalnej i wymykającej się stereotypom. Aż zaczęłam sobie wyobrażać, jak by wyglądało spotkanie Mamy Mu z Pippi i zastanawiać, co by one razem mogły robić…
A
Pan Wrona przekonał się przy tej okazji , że pisanie książek
nie jest jego powołaniem… No cóż – ma za to wiele innych zalet
😉
Jujja Wieslander (tekst), Sven Nordqvist (ilustr.) „Mama Mu czyta”, przekł.: Michał Wronek – Piotrowski, wyd.: Zakamarki, Poznań 2012
Chciałam stworzyć książkę, która byłaby wsparciem dla rodziców. Doświadczenia w mojej rodzinie kolejnego pokolenia potwierdziły, że codzienne obowiązki związane z higieną najpierw trudne, potem nudne, bywają problemem. A gdyby spojrzeć na nie jak na przywilej? Luksus, który tworzyły zastępy wynalazców? (z wywiadu)
„Łazienkowe pytania” to debiutancka autorska książka Krystyny Lipki – Sztarbałło, którą dotychczas znaliśmy wyłącznie jako wspaniałą ilustratorkę, dlatego sięgnęłam po nią z dużym zainteresowaniem, a przeczytałam z jeszcze większym zaskoczeniem 😉
Znając ilustracje do„Snu, który odszedł” czy „Żółtej zasypianki” spodziewałam się raczej czegoś baśniowego, poetyckiego, a tu… Piękna książka na prozaiczny temat – jak napisała na okładce Joanna Olech. Prawdziwie KRÓLEWSKA, bo mówi o miejscach, „gdzie król piechotą chodzi” – o wychodkach, toaletach, łaźniach i łazienkach… O cebrzykach, nocnikach i grających, perfumowanych sedesach… O tym, jak radzili sobie z higieną nasi przodkowie i jaki postęp dokonał się w tej dziedzinie. Mnóstwo pożytecznych informacji autorka spakowała zręcznie w kształt przejrzystych rysunków, schematów i sugestywnych obrazów.
U dorosłych może budzić to zdziwienie, a nawet opór, bo co to za temat na książkę ? Łazienka to taka zwyczajna, codzienna rzecz. Niemal wszyscy wychowywaliśmy się w domach, w których one były – większe, mniejsze, mniej lub bardziej eleganckie, ale codzienna toaleta była dla nas rzeczą oczywistą, nie wymagała żadnych specjalnych starań. Problem zaczynał się dopiero wtedy, kiedy np. przy okazji wakacyjnych wyjazdów musieliśmy sobie radzić bez niej…
Ileż ciekawych, a często nawet mrożących krew w żyłach opowieści na tematy okołotoaletowe zdarzyło nam się opowiadać naszym córkom – o budowaniu latryn na obozach harcerskich i związanych z tym perypetiach z Sanepidem… o tym, jak sobie radziliśmy żeglując w czasach, kiedy toalety chemiczne na jachtach pozostawały z sferze science fiction… Toalety publiczne w różnych krajach i patenty w nich zastosowane to też temat – rzeka w rozmowach globtroterskich 😉 Pisząc to, uświadomiłam sobie, że też mogłabym napisać o tym książkę, ale większość materiału, którym dysponuję, nie nadaje się jednak do publikacji 😉 Tym większy mój podziw dla autorki za sposób, w jaki poradziła sobie z tematem.
Książka, w podtekście edukacyjna, powinna być intrygująca, zabawna i daleka od broszurowych standardów. Aby stała się przygodą wartą zapamiętania, powinna dać się czytać również dziecku jeszcze nieczytającemu. W wypadku „Łazienkowych pytań” to czytelnik jest gospodarzem. Struktura książki, wielowarstwowość tekstu i ilustracji pozwala przechodzić od pytań prostych do bardziej złożonych. Decyduje chęć i dociekliwość małego czytelnika. Chciałam, aby książka rosła wraz z dzieckiem. Była zabawna i dla małego, i dorosłego.(z wywiadu)
Myślę, że to się udało. „Łazienkowe pytania” to nie jest książka, którą czyta się raz, a potem odstawia na półkę. Można do niej wracać, można szukać odpowiedzi na kolejne pytania – czasem dla dorosłych zbyt oczywiste, żeby chciało im się na nie odpowiadać. Może też być wstępem do kolejnych pytań, a odpowiedzi na nie trzeba będzie szukać w innych książkach.
Aktualizacja 24 czerwca 2021 roku – „Kasieńka” i „My dwie, my trzy, my cztery” zostały wznowione z nowymi okładkami autorstwa Zosi Frankowskiej 🙂
Oryginalny tytuł tej książki brzmi „Apple and Rain”. Apple naprawdę nazywa się Apollinia Apostolopoulou, ale jak sama mówi: nikt nie potrafi tego wymówić. Dlatego od razu mówię, że jestem Apple. Ma trzynaście lat, mieszka z babcią, jej tata ma nową żonę, a mama zniknęła z jej życia jedenaście lat temu. Apple cały czas ma nadzieję, że wróci. Natomiast Rain…
Rain pojawia się dopiero mniej więcej w połowie książki, więc każde wyjaśnienie jej obecności będzie spoilerem. Powiem tylko, że jest mocno specyficzna, a reszty musicie dowiedzieć się z książki.
W okładkowych blurbach można przeczytać, że jest to książka o dorastaniu do miłości i odpowiedzialności oraz o sile miłości i przebaczaniu. Dla mnie jest ona przede wszystkim o dorosłych, którzy nie zasługują na własne dzieci, bo to właśnie dzieci znajdują w sobie odpowiedzialność i siłę do przebaczania mimo wszystko. Trochę podobnie było w „Kasieńce”, ale ten problem pojawiał się też w innych angielskich książkach, które czytałam. Na przykład u Jacqueline Wilson, która była kiedyś ulubioną pisarką córki Środkowej, a obecnie już nie jest chyba chętnie czytana. Problem rodziców, którzy nie potrafią stworzyć swoim dzieciom domu dającego im poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, nie jest oczywiście tylko problemem brytyjskim, choć w polskiej literaturze rzadko się pojawia, a jeżeli już – to raczej w książkach dla starszych nastolatków.
„Kasieńka”, pierwsza książka tej autorki, była utworem z gatunku verse novel czyli zbiorem białych wierszy. Spodziewałam się, że ta będzie podobna, ale tym razem jest to klasyczna powieść – choć poezja pełni w niej ważną rolę. W ramach lekcji angielskiego klasa Apple zapoznaje się z poezją i próbuje tworzyć własne wiersza. To właśnie poezja pomaga dziewczynce zrozumieć i uporządkować swoje uczucia oraz nabrać wiary w siebie. Czytając o tych jej lekcjach, o tym jak pan Gaydon, nauczyciel rozmawia z nimi o wierszach – i tych autorstwa znanych poetów, które przynosi na lekcje, i tych, które uczniowie piszą sami, poczułam zazdrość. Można tak ? Bez sprawdzianów ze znajomości lektury i jedynie słusznej interpretacji tego, co autor chciał przez to powiedzieć ? Pozostawiając uczniom pole dla ich własnej wyobraźni ? Moja wyobraźnia nie sięga tak daleko 😉
(Tutaj powinny rozbrzmieć oklaski dla tłumaczki za to, jak przełożyła wiersze Apple, a szczególnie za ten, który powstał po lekturze „Dżabbersmoka” Lewisa Carolla. Chapeau bas !!! 🙂 )
„My dwie, my trzy, my cztery” to także książka o pierwszym zakochaniu (a nawet dwóch 😉 ), pierwszym pocałunku (a nawet dwóch 😉 ), przyjaźni i problemach, jakie mają wszyscy, którzy dorastają. Jak napisał o niej „The Guardian” – to powieść inna niż większość książek dla młodzieży. Nie ma w niej seksu ani przemocy, wątek miłosny pojawia się dopiero pod koniec – a jednak wzrusza i trzyma w napięciu.
Sarah Crossan „My dwie, my trzy, my cztery”, przekł.: Małgorzata Glasenapp, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2018
najpierw przeczytałam gdzieś (a może usłyszałam ?), że wyszła książka nawiązująca do historii łódzkiego getta. Dotychczas ten temat poruszała tylko „Bezsenność Jutki”, a jest i fascynujący, i mało znany, więc zaczęłam jej szukać.
Nabyłam, zaczęłam czytać i… bardzo mi nie szło. Spodziewałam się chyba czegoś kompletnie innego i jakoś nie wciągnęła mnie. Nawet nie pamiętam, kiedy porzuciłam jej lekturę. Przypomniałam sobie o niej dopiero, gdy pakując książki przed remontem doszłam do przyłóżkowego stosika i odkryłam ją na samym jego spodzie.
Jakiś czas potem okazało się, że „Rutka” została „Książką Roku IBBY” !!! Chyba jeszcze nigdy żaden werdykt mnie tak nie zaskoczył. Kompletnie nie rozumiałam, co jury w niej zobaczyło, ale postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę.
Nie
było łatwo ją znaleźć, bo nie wszystkie nasze książki
doczekały się już swoich półek, część nadal jest w kartonach,
a Rutka wyraźnie chowała się przede mną. Wreszcie udało się.
Przeczytałam.
I
zrozumiałam, czym zachwyciła jurorów IBBY.
„Rutka” to książka niezwykła, wymykająca się gatunkom. Można ją przeczytać kompletnie obok kontekstu historycznego – wtedy będzie czymś w rodzaju onirycznej, choć nieco zwariowanej baśni o samotnej dziewczynce i jej niewidzialnej przyjaciółce – i dopiero z posłowia dowiedzieć się, co autorka miała na myśli.
Bałuty to stara dzielnica Łodzi o długiej i trudnej tradycji – w czasie wojny było tu getto. Niektóre ulice, całe kwartały przetrwały w niezmienionym stanie do dziś.
Jako dziecko lubiłam dotykać ręką murów tamtejszych kamienic – zdawało mi się, że czuję, jak oddychają. Zaglądałam w okna domów i zastanawiałam się, kto w nich wcześniej mieszkał. Jakie dzieci się tu bawiły, czyje stopy biegały po „kocich łbach” bałuckich uliczek ? Wyobrażałam sobie całe rodziny, razem z ich sąsiadami i domowymi zwierzątkami.
Mimo tak wyraźnego umocowania w czasie i przestrzeni trudno nazwać „Rutkę” książką o getcie, wojnie, czy Holokauście. Nie znajdziemy tam ani realiów ówczesnego życia, nie usłyszymy określenia Wielka Szpera, nie dowiemy, kim był Biały Pan. Także ilustracje Mariusz Andryszczyka nie przywołują przeszłości, kreują atmosferę baśni.
O czym więc jest ?
O pamięci ? Czy też może raczej o jej braku – czyli o zapomnieniu ? Pokazuje Łodź (ale przecież nie tylko o nią tu chodzi, to może być każde inne miasto i miejscowość) jako palimpsest, w którym kolejne pokolenia pozostawiają po sobie kolejne warstwy, łatwe do odkrycia, jeśli się trochę poskrobie.
Bo każde miejsce ma do opowiedzenia własną historię. Wystarczy tylko przyłożyć ucho i słuchać…
Joanna Fabicka „Rutka”, ilustr.: Mariusz Andryszczyk, wyd.: Agora, Warszawa 2016
Książka wpisana przez Internationale Jugendbibliothek na listę Białych Kruków – White Ravens
„Kotka Brygidy” po raz pierwszy ukazała się w 2007 roku, a niedawno wydało ją po raz drugi Wydawnictwo Muchomor. Lubiłam jej starą okładkę, ale nowa podoba mi się także, bo jest na niej uchwycone to, co było sednem świata bohaterki tej książki.
W tym wydaniu wydawnictwo określiło wiek czytelników na „13+” – moim zdaniem słusznie.
Przypominam to, co napisałam o „Kotce Brygidy” 19 kwietnia 2007 roku:
Dziś mija kolejna rocznica wybuchu powstania w Getcie warszawskim.
Na forum fanów Małgorzaty Musierowicz (edit: obecnie jest to forum ESD) toczyła się niedawno burzliwa dyskusja na temat opisanego w „Kalamburce” gestu Ignacego Borejki, który słuchając w 1968 roku telewizyjnego przemówienia Gomułki, rzucił w telewizor półmiskiem z pierogami bezpowrotnie niszcząc i jedno, i drugie. Spór dotyczył kwestii: czy miało to głębszy sens jako wyraz niezgody na wylewający się z ekranu antysemityzm, czy też był to li i jedynie akt bezmyślnego wandalizmu, wręcz wyczyn chuligański – jakże zaskakujący w wykonaniu człowieka kulturalnego i wykazującego się dotychczas stoickim charakterem?
W tym samym czasie natknęłam się na interesujący artykuł o Zofii Kossak w „Wysokich Obcasach”, a następnego dnia miałam okazję obejrzeć „Dworzec Gdański” – poruszający dokument o marcowych emigrantach. Czytam też systematycznie blog osoby używającej nicka Żydóweczka (edit: niestety ten blog już od dłuższego czasu nie istnieje). Wszystko to razem dostarczyło mi sporo materiału do przemyśleń nad złożonością i poplątaniem spraw polsko – żydowskich, a „Kotka Brygidy” wpasowała się w tę tematykę znakomicie.
– Jeden jest Bóg – mówiła Mama.
Ale Helena wiedziała swoje. Tam na Pradze, gdzie mieszkała, Bogów było trzech. I do wszystkich trzech modliła się co wieczór, zmieniając trochę modlitwę, której nauczyła jej Stańcia: „Panie Boże z kościoła, panie Boże z cerkwi, panie Boże z synagogi, Ojcze Nasz, który jesteś w niebie, święć się imię Twoje…”
Dzieciństwo Heleny upłynęło między kościołem św. Floriana a praską cerkwią i synagogą. Jej świat przykryty był kloszem troskliwości dorosłych, ograniczony do domu i podwórka. Nawet wojna toczyła się gdzieś na jego obrzeżach i pozornie nie dotykała jej bezpośrednio. Pozornie – bo w rzeczywistości pomału wszystko się zmieniało. Pierwszą nowością była wizyta wujka Eryka, zawsze przysyłającego jej z Berlina czekoladki, teraz w mundurze SS. Potem pojawiły się opaski, które nie wiadomo dlaczego musieli nosić wszyscy znajomi Żydzi – także ci, którzy stali się Żydami przez wojnę. Wkrótce wszyscy oni odeszli przez most Kierbedzia do getta, aby następnie powracać już pojedynczo i po jakimś czasie znikać. Helena przyjmowała to wszystko jak coś zwykłego, co po prostu się dzieje. Patrzyła i zapamiętywała – tak jak nakazał jej ojciec, kiedy pokazywał jej getto przez okno tramwaju.
„Kotka Brygidy” nie opowiada o Holokauście, próbuje natomiast opowiedzieć o postawach Polaków wobec niego. W książkach na których się wychowałam (np. w „Sprawie Honoru” Marii Kann) podział był prosty – szlachetni, odważni i wielcy duchem „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata” oraz ludzie mali, tchórze i szmalcownicy. W „Kotce Brygidy” właściwie nie ma postaci jednoznacznych i prostych motywacji. Najłatwiej jest zrozumieć prostą Stańcię – uosobienie tzw. antysemityzmu ludowego. Ona nie zastanawia się nad tym, co się dzieje – dla niej Żydzi to Żydzi i już. Pozornie ich los jest jej obojętny (A tam,wrócą. Nie po to robią im getto, żeby mieli wrócić.), ale dla swoich Żydów gotowa jest narazić siebie i swoich bliskich, bo przecież nasza Róża to Róża, a nie żadna Żydówka. Motywacje rodziców Heleny są dużo bardziej skomplikowane, a im więcej o nich wiemy, tym mniej rozumiemy. Coraz więcej pytań i żadnych odpowiedzi.
Wbrew
temu, co sugeruje okładka i dziecięca bohaterka, „Kotka
Brygidy” nie
jest książką dla dzieci i na pewno nie powinna być pierwszą
książką o Holokauście przeczytaną w życiu. Jej zrozumienie
wymaga już pewnej wiedzy o historii i naturze ludzkiej.
Na
tym świecie nie ma zbyt wielu aniołów. Chodzą po nim ludzie z
krwi i kości, z ludzkimi słabościami i ograniczeniami. O tym, jak
zachowają się wobec wyzwań ostatecznych, wiadomo dopiero wtedy,
kiedy Historia już ich postawi przed taką próbą. My
możemy być jedynie wdzięczni losowi, ze oszczędził nam podobnych
doświadczeń i mieć nadzieję, że tak już zostanie.
Wyróżnienie
literackie w konkursie Książka
Roku IBBY 2007
22 lipca do data, która na osobom wychowanym w PRL kojarzy się z PKWN, świętem, które wtedy obchodzono oraz czekoladami dawniej E. Wedel. Ale dwa lata wcześniej – 22 lipca 1942 roku w getcie warszawskim rozpoczęła się tzw. Wielka Akcja. W ciągu dwóch miesięcy do komór gazowych w Treblince wywieziono ponad 250 tysięcy osób.
Dziś o 18 z Umschlagplatz rusza Marsz Pamięci.
Wpis z 17 lutego 2015 roku:
Udało mi się niedawno odwiedzić wreszcie warszawskie Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Pierwsza wizyta pozwala jedynie na ogólną orientację w tym, co można tam zobaczyć, bo tysiąca lat obecności Żydów na ziemiach polskich nie da się ogarnąć w kilka godzin.
Wyszłam stamtąd z zamętem w głowie i postanowieniem, że wrócę niebawem i to nie raz, aby spokojnie pooglądać poszczególne galerie. Tym, co zostało mi w pamięci najmocniej, było oczywiście bajeczne, starannie zrekonstruowane sklepienie synagogi w Gwóźdźcu. Zwróciłam też uwagę, na znajdujący się w gablocie obok yad, który przypomniał mi „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej oraz na pocztówki, które doktor Korczak ofiarowywał swoim wychowankom jako pamiątki i nagrody. W Domu Sierot jeszcze na Krochmalnej, w spokojnym przedwojennym czasie…
Wyszłam z tego muzeum z jeszcze jednym postanowieniem – że opiszę tutaj „Ostatnie przedstawienie panny Esterki”
GETTO WARSZAWSKIE. Przy południowym murze, tam, gdzie dziś mieści się teatr Lalka, stał niegdyś stary, czteropiętrowy gmach. Podczas II wojny światowej służył on jako siedziba Domu Sierot, który w tych mrocznych czasach dawał schronienie aż dwustu podopiecznym dr. Korczaka.
O tym, co działo się na ulicach i w domu, co dzieci tam widziały, słyszały i o czym myślały, zanim wczesnym rankiem piątego sierpnia 1942 roku do ich drzwi zapukał Anioł Śmierci, opowie Wam dwoje jego mieszkańców: Pan Doktor i jedna z jego wychowanek, dwunastoletnia Genia…
„Ostatnie przedstawienie panny Esterki” to książka, na którą składają się fragmenty pamiętników Janusza Korczaka przeplatające się z napisaną przez Adama Jaromira opowieścią Geni. Dziewczynka opowiada o życiu w Domu Sierot, o innych dzieciach, o ich zajęciach, skarbach, radościach i smutkach. Nie mówi o tym, co działo się poza murami Domu, w getcie – Korczak i jego współpracownicy wkładali wiele wysiłku w to, aby odizolować dzieci od wszystkich koszmarów tam się rozgrywających.
Ilustracje Gabrieli Cichowskiej, niezwykłe kolaże zdjęć, rysunków, gazet, kartek z kalendarza utrzymane są w tonacji szaroburej, bo w takim pozbawionym barw świecie żyli wówczas bohaterowie tej książki. Jedynym żywszym akcentem były przysłane zza muru i troskliwie przez nich podlewane pelargonie.
A tytułowa panna Esterka ?
Estera Winogronówna była wychowawczynią w Domu Sierot, a przed wojną studiowała na wydziale przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Uzdolniona tanecznie, marzyła o balecie, a w Domu opiekowała się zespołem tanecznym i organizowała rozmaite wydarzenia teatralne. Niepokaźna, szczupła, małego wzrostu, bardzo mizernej twarzy , w ogromnych okularach w rogowej oprawie, miała bardzo bujne włosy spadające na ramiona, była zawsze zamyślona i smutna – tak ją zapamiętali przyjaciele, których cytuje Joanna Olczak – Ronikier w swojej książce „Korczak. Próba biografii”.
Ona właśnie zaproponowała, aby dzieci wystawiły „Pocztę” Rabindranatha Tagore i była duszą tego przedstawienia. Korczak zgodził się na ten wybór: Może to właśnie ta bajka zdoła nadać temu życiu jakiś sens i przygotować dzieci, do tej długiej, dalekiej i niebezpiecznej podróży…
Przedstawienie, na które zaproszono wielu gości z zewnątrz, odbyło się 18 lipca 1942 roku, a główną rolę, umierającego hinduskiego chłopca Amala zagrał Abramek. Na zaproszeniu znalazły się słowa poety Władysława Szlengela:
Coś więcej niż tekst – bo nastrój;
Coś więcej niż emocja – bo przeżycie;
Coś więcej niż aktorzy – bo dzieci...
22 lipca rozpoczęła się w getcie wielka akcja likwidacyjna.
5 sierpnia Aniol Śmierci zapukał do drzwi Domu Sierot.
Panny Esterki nie było wtedy z dziećmi – kilka dni wcześniej aresztowano ją w ulicznej łapance i zabrano na Umschlagplatz. Doktorowi Korczakowi nie udało się wywalczyć jej zwolnienia. W swoim pamiętniku zapisał: Dała nam „Pocztę” na to chwilowe pożegnanie. Jeśli nie wróciła tu i teraz, to spotkamy się później gdzie indziej. Mam pewność, że innym przez ten czas służyć będzie tak, jak dobro dawała i przynosiła pożytek.
Adam Jaromir (tekst), Gabriela Cichowska (ilustr.) „Ostatnie przedstawienie panny Esterki. Opowieść z getta warszawskiego”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2014
Aktualizacja 24 czerwca 2021 roku – „Kasieńka” i „My dwie, my trzy, my cztery” zostały wznowione z nowymi okładkami autorstwa Zosi Frankowskiej 🙂
„Kasieńka” to pierwsza książka tej autorki, która ukazała się w Polsce. Pisałam o niej 9 kwietnia 2016 roku, a niebawem napiszę o kolejnej 🙂
Mam dwanaście lat.
Prawie trzynaście.
Rosną mi piersi,
I mam miesiączkę.
A jestem w klasie z
Jedenastolatkami.
Kasieńka do niedawna
mieszkała w Gdańsku – z Mamą, bo Tata dwa lata temu odszedł od
nich.
Olu, wyjechałem do Anglii.
To wszystko, co napisał.
Mnie nie zostawił listu.
I nie wspomniał o mnie w liściku do Mamy.
Mama płakała przez dwa lata,
A Babcia przez cały ten czas trzymała ją w ramionach.
Ja nie płakałam, chociaż Tata o mnie zapomniał,
Chociaż miałam prawo płakać.
Po jakimś czasie
przyszedł od niego czek, a pieczątka na liście wskazywała na to,
że został wysłany z Coventry. Wtedy Mama spakowała ostatnią
walizkę, jaka im została i pojechały tam, aby go odnaleźć.
Jednak to nie jest takie proste, a na razie muszą sobie radzić z
życiem w obcym kraju. Z problemami z językiem, z powodu których
Kasia trafia do niższej klasy. Z biedą, brakiem pieniędzy,
mieszkaniem w pokoju ze wspólnym łóżkiem.
Nic nie mówi.
Udaje, że śpi.
Ale gdy na zewnątrz przejeżdża samochód,
Zauważam w ciemności
Błysk łzy
Na policzku Mamy.
I choć chciałabym ją pocieszyć,
Nie wiem, jak to zrobić,
Żeby jej nie rozzłościć.
„Kasieńka” to nie tylko historia dziewczynki, która staje wobec rozstania rodziców. To także opowieść o dojrzewaniu, dorastaniu, pierwszej miłości, problemach z rówieśnikami oraz o odnajdywaniu tego, co we własnym życiu najważniejsze.
Woda to inny świat.
Kraina z własnym językiem.
Którym mówię płynnie.
Muszę zaufać sobie.
Zaufać terytorium i
Swojemu ciału,
Sile każdej kończyny.
Chcę tej ciszy.
Chcę czuć ciężar wody
Na sobie –
Dookoła –
Bezpieczną ciszę zanurzenia.
Może na brzegu jestem brzydka,
Ale gdy mówię językiem wody
Jestem piękna.
„Ciężar wody” („The Weight of Water”) to oryginalny tytuł tej książki, bo (co w pierwszej chwili może być zaskakujące) powstała ona po angielsku, a jej autorka jest Irlandką, która studia ukończyła w Wielkiej Brytanii, a potem przez jakiś czas pracowała jako nauczycielka w USA. Jednak problemy, które porusza są uniwersalne, a sposób w jaki to robi jest fascynujący.
„Kasieńka” jest chyba pierwszą wydaną po polsku książką z gatunku verse novel – to właściwie zbiór białych wierszy. Prostych, lapidarnych, często skupiających się na jakimś szczególe, ale właśnie dzięki temu znakomicie oddających emocje bohaterki.
Jeżeli mam jakąś
wątpliwość z nią związaną, to dotyczy ona wieku bohaterki –
trudno mi uwierzyć, że ma zaledwie niespełna trzynaście lat.
Wydaje mi się, że wszystko, co w tej książce robi, myśli i jak
się zachowuje, byłoby bardziej prawdopodobne, gdyby dodać je
jakieś dwa lata.
„Kasieńka” to zdecydowanie książka inna niż wszystkie. Gdyby ktoś zapytał mnie o grono jej potencjalnych czytelników, odpowiedziałabym, że jest ona dla każdego, kto zechce ją przeczytać i zrobi to z przyjemnością – w tym samym stopniu dla dorosłych, co dla rówieśników jej bohaterki.
Sarah Crossan „Kasieńka”, przekł.: Katarzyna Domańska, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2015
Szukałam książki, która pasowałaby na dzisiejszą pięćdziesiątą rocznicę lądowania na Księżycu i najbardziej mi do tego dnia pasuje „Nocny Maciek”, którego opisałam 26 października 2008 roku 🙂
Maciek przyjechał ze mną do domu z wystawy Ewy Kozyry – Pawlak i Pawła Pawlaka w ramach akcji „Łap Bakcyla”. Wiem oczywiście, że moje córki są już na tę książkę za duże, ale nie mogłam się jej oprzeć. Zresztą – na okładce jest napis: wiek 3+, więc w zasadzie wszyscy w naszej rodzinie się na tę kategorię wiekową łapiemy… 😉
„Nocny Maciek” to druga po „Jajuńćku”autorska książka Pawła Pawlaka. Tam były wędrujące po świecie zajączki, tu mamy Robaczka (który dziwnie mi kogoś przypomina 😉 ) i Księżyc ( a właściwie jego połówkę). Robaczek jest malutki, nic jeszcze o świecie nie wie i bardzo przestraszył się zniknięcia Słońca, które oświetlało pierwsze chwile jego życia. Księżyc Maciek tłumaczy mu, że nie ma się czego bać, bo: wieczorem słońce chowa się za horyzont i wtedy po dniu przychodzi noc. W nocy słońce świeci gdzie indziej, a ja go tutaj zastępuję. Ale następnego ranka słońce wraca i znowu jest dzień.
„Nocny
Maciek” to
książka dobra na
dobranoc.
Wiele dzieci podobnie jak Robaczek boi
się ciemności. Ta ciepła historyjka i urocze, nocne ilustracje (a
szczególnie ta z Robaczkiem śpiącym słodko w objęciach Maćka)
pomogą pokonać ten strach. Łatwiej jest zasnąć, kiedy ma
się pewność, że po ciemnej nocy na pewno przyjdzie jasny dzień.
Przywykliśmy myśleć o księżycu jako o Srebrnym Globie, a tymczasem Maciek jest złoty ! Trochę mnie to zdziwiło, ale tylko na krótko. Następnego wieczora wracaliśmy całą rodziną do domu. Na niebie złocił się półksiężyc i wyglądał zupełnie tak, jakby to pan Paweł osobiście go wyciął i tam umieścił. Zawołałam do dziewczyn: Patrzcie, nocny Maciek na niebie !
Zaraz
potem naszła
mnie refleksja
rodem z jednego z moich ulubionych filmów: To,
co widzę, przypomina mi to, co kiedyś czytałam. Może powinno być
odwrotnie ? 😉
Paweł Pawlak (tekst i ilustracje) „Nocny Maciek”, wyd.: Wydawnictwo Piotra Marciszuka Stentor, Warszawa 2008
Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMA – Astrid Lindgren Memorial Award – gratulacje !!!
Przewracałem się z boku na bok i śledziłem przesuwające się po suficie smugi światła. Tak bardzo chciałem zasnąć, ze czułem, jak sen odchodzi ode mnie stanowczym marszowym krokiem. Potarmosiłem za uszy mojego przyjaciela, zająca Filipa.
– Filipie,
chodź pójdziemy szukać snu.
I
poszli. Najpierw szukali w domu, potem na ulicy i nad rzeką, potem
wyruszyli w podróż pociągiem. W swojej wędrówce spotkali
Policjanta, Kota, Sowy, Babcię i Pana w Kapeluszu, który pomógł
im znaleźć pociąg powrotny.
Ta
bajka jest jak sen. Taki, o którym mówimy po obudzeniu: śniło mi
się coś dziwnego, dokądś
jechałam, czegoś szukałam, a potem okazało się, że jestem
zupełnie gdzie indziej… Zdarzają Wam się takie sny ?
Najważniejsze jednak jest to, że każda
noc i każdy sen (nawet te najczarniejsze) kończy się jasnym
porankiem.
Sen
jest wielką tajemnicą. We śnie możemy być królikiem, górą,
muszelką albo wiatrem. We śnie wszystko może się zdarzyć. Dobre
i złe–
napisała w końcowym liście do czytelników autorka tej książki.
Niezwykłą, senną, magiczną atmosferę tej książki tworzą ilustracje Krystyny Lipki – Sztarbałło. Błękitno – szafirowo – granatowe, tajemnicze i czarodziejskie – mają w sobie coś fascynującego, choć mogą też wydawać się groźne i ponure. Pamiętam, ze zarówno Środkowa z moich córek, jak i później Najmłodsza, początkowo podchodziły do tej książki nieufnie, jakby trochę z lękiem. Jednak kiedy już dały się namówić na jej lekturę, były nią oczarowane i chętnie do niej wracały. Ja również.
Książka
nagrodzona tytułem Książka
Roku IBBY 2001
Anna Onichimowska „Sen który odszedł” (seria: Książka z zebrą), ilustr.: Krystyna Lipka – Sztarbałło, wyd.: Ezop, Warszawa 2001