Złodziejka

Złodziejka

Książka nominowana w kategorii literackiej konkursu Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY i mam nadzieję, że na tym się nie skończy !!!

„Złodziejka” to książka z rodzaju tych, które równocześnie bardzo lubię i… nie lubię 😉
Lubię jako czytelniczka, bo po prostu świetnie się ją czyta. Jest ciekawa, dobrze napisana, ma dobrze wymyślonych bohaterów i nieszablonową akcję.

Nie lubię jako recenzentka, gdyż bardzo trudno jest napisać o niej tak, żeby kolejnym potencjalnym czytelnikom nie zdradzić zbyt wiele i nie odebrać przyjemności z lektury. Dlatego nie napiszę, kim jest tytułowa złodziejka i co takiego ukradła, natomiast postaram się wyjaśnić, co moim zdaniem powoduje, że warto po nią sięgnąć (oprócz tego, co napisałam powyżej).

Podobają mi się bohaterowie tej książki – ósmoklasiści, a więc ludzie w taki wieku przejściowym, już nie dzieci, jeszcze nie dorośli, ale stojący przed pierwszą tak dużą zmianą w ich życiu. Mamy w „Złodziejce” dwójkę narratorów – Marikę i Tymona (choć początkowo nie zdają sobie sprawy z tego, że opowiadają nam tę samą historię) oraz kilkoro bohaterów drugiego planu. Wszyscy oni są jacyś – wyraziści, z charakterem i własnymi historiami. Czasem, kiedy czytam powieść z większą liczbą bohaterów, bywa że trudno jest mi ich zapamiętać i odróżnić. Tutaj od początku nie miałam z tym problemu.

Łączy ich szkoła i okołoszkolne życie towarzyskie, ale wszyscy (mniej lub bardziej) umieszczeni są także w swoim domowym kontekście. Nic dziwnego – to jeszcze taki wiek, kiedy dom, jaki by nie był, jest ważnym punktem odniesienia i oparcia (lub jego braku). Jest tym miejscem, z którego wyrusza się w samodzielność.

W tych ich rodzinnych relacjach szczególnie urzekła mnie braterska więź Tymona z Czesiem, bo nie zdarza się często przy takiej różnicy wieku. Skojarzyli mi się z Borysem i Szczepciem, którzy byli bohaterami jednej z „Kilku niedużych historii” Katarzyny Wasilkowskiej, która w dodatku także dzieje się nad morzem.

Bardzo ucieszyła mnie w tej historii postać Miłki. We współczesnej literaturze młodzieżowej (i nie tylko) nader rzadko pojawiają się bohaterowie, którzy deklarują się jako osoby wierzące i nie są przedstawieni w sposób karykaturalny. Miłka jest normalną sympatyczną nastolatką, dla której wiara i wynikający z niej system wartości są czymś naturalnym. Nie narzuca się i nie usiłuje nikogo nawracać, ale zapytana potrafi bardzo klarownie i szczerze wyjaśnić to, jak myśli. Jej dwie rozmowy z Mariką to bardzo mocne punkty tej historii.

Podoba mi się też, jak dojrzale tytułowa bohaterka rozwiązała problem swojej kradzieży. Dojrzale, choć niełatwo dla siebie. Na tym właśnie polega dorosłość – że zamiast wybrać to, co łatwiejsze i przyjemniejsze, trzeba czasem stanąć w prawdzie. Bez gwarancji, że wszystko skończy się tak, jak byśmy chcieli.

Na ostatniej okładce możemy przeczytać: „Złodziejka” to historia o presji, przyjaźni, pierwszych uczuciach i wyborach, które bolą, i o tym, jak łatwo przekroczyć granicę… i jak trudno się potem cofnąć.

Choć nie jestem fanką filmów Tarantino, które odkrywają dla siebie jej bohaterowie, ani tym bardziej muzyki, której słuchają, to muszę powiedzieć, że „Złodziejka” to jedna z najlepszych powieści dla młodzieży, jaką w ostatnich latach zdarzyło mi się czytać !!!

Katarzyna Wasilkowska „Złodziejka” (seria: Plus minus 16), wyd.: Literatura, Łódź 2025

Czarodziej osobisty

Czarodziej osobisty

Są obok nas magiczne światy. Tam intensywniej pachną kwiaty. Tam dzień jest nocą, noc jest dniem, sen bywa jawą, jawa snem. Tam wszystko zwiewne jest i lśniące, ulotne, kruche, czarujące…

„Czarodziej osobisty” to książka, która jest jak brama do tych światów. Wystarczy tylko ją otworzyć i już znajdujemy się tam, gdzie można spotkać księżniczki, czarodziejów i wróżki, że o smokach nie wspomnę. Tam wszystko jest możliwe, a najbardziej to, że dobre uczucia są wszechmocne.


Twórczość Doroty Gellner towarzyszy mi od czasów, kiedy moje córki były małe, a więc (nie zaglądając im w metryki 😉 ) od dość dawna. Myślałam, że doskonale wiem, czego się mogę po jej książkach spodziewać, ale „Czarodziej osobisty” okazał się dla mnie zaskoczeniem. W porównaniu z wcześniejszymi publikacjami Autorki, mniej jest tutaj absurdalnego humoru, który bardzo lubiłyśmy, a więcej zadumy nad upływającym czasem i nad tym, co jest w życiu najważniejsze, bez czego nie możemy się obejść.

Tę atmosferę znakomicie budują ilustracje Piotra Fąfrowicza, które towarzyszą mi równie długo i nieodmiennie zachwycają.

To książka o przyjaźni, miłości, czułości, nadziei, wdzięczności, cierpliwości i uzdrawiającej mocy słów. O sile marzeń i wyobraźni. (…) Ale też o smutku, żalu, tęsknocie i rozczarowaniu, samotności i rozpaczy. O niewidzialnej granicy między jawą i snem, życiem i baśnią – możemy przeczytać na jej okładce.

Kiedy czytam zawarte w niej wiersze i baśnie, dzieje się ze mną coś dziwnego. Mam poczucie, że zapadam się w jakąś inną rzeczywistość, a świat codzienny – pełen złości, kłótni i okrutnych słów rzucanych ot tak sobie, bo internet wszystko pomieści – dokądś odpływa, oddala się i wcale nie mam ochoty do niego wracać.

Nieważne, ile macie lat – spróbujcie się tam udać !!!

Wystarczy tylko znaleźć wejście: sekretną furtkę, tajne przejście, nacisnąć nagle coś niechcący i wniknąć w świat zdumiewający, pełen cudownych niezwykłości. I świat ten chętnie nas ugości – przez chwilę lub przez okamgnienie – swoje ujawni nam istnienie.

Dziękuję Wydawnictwu Bajka za egzemplarz recenzencki tej książki !!!

Dorota Gellner „Czarodziej osobisty”, ilustr.: Piotr Fąfrowicz, wyd.: Bajka, Warszawa 2025

Zawieruszek. Baśń skandynawska

Zawieruszek. Baśń skandynawska

Trafiłam na tę książkę właściwie przypadkiem, ale urzekła mnie, jeszcze zanim ją otworzyłam. Najpierw chyba zachwycił mnie jej tytuł –chapau bas dla tłumaczki za to urocze słowo !!! Również okładkowa ilustracja, tak bardzo korespondująca z tym, co nas aktualnie otacza, była zachętą, żeby po nią sięgnąć. A potem…

… niezwykle plastyczny opis miejsca, gdzie się to wszystko dzieje – okolicy czyli klifu nad szumiącym morzem, Szumidrogi, która tam prowadziła i małego domku, w którym mieszkali bohaterowie.

Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie skały porośniętej mchem. Na drugi wyglądał jak ogromne powalone drzewo, które uschło i zbutwiało. Dopiero za trzecim razem i po kilku krokach okazywało się, że to faktycznie dom. (…)

Domek miał troje mieszkańców. Dwoje z nich upodobniło się do domstwa; pomarszczone twarze staruszków były poprzecinane głębokimi bruzdami – koleinami życie, które oplatały ich ciała niczym bluszcz. Przy chodzeniu, schylaniu się lub wstawaniu sędziwe kości trzeszczały prawie tak samo jak zżarte przez korniki belki, gdy wzburzone morze nie tylko szumiało, lecz także wyło i kipiało.

Byli to stary Per i jego żona Tove. W domku na szczycie klifu mieszkali od zawsze i razem z nim się zestarzeli.(…) Trzeci mieszkaniec domu nazywał się Vilmar. Miał mniej więcej siedem lat, czego z różnych powodów nie było po nim widać…

Motyw samotnych (często starych) ludzi (dwojga lub czasem jednego) przygarniających dziecko, które pojawia się nie wiadomo skąd, jest dosyć częsty w baśniach. Znam ich kilka, z różnych stron świata, ta nie jest pierwsza. Chodzi w nich o bezwarunkową miłość, która potrafi wypełnić pustkę wcześniejszego życia oraz o akceptację dla odmienności istoty, którą się pokochało. A także o zrozumienie, że prawdziwa miłość polega również na tym, aby pozwolić odejść kochanej osobie.

To wszystko jest w tej baśni, ale jednak pozostawiła mnie ona z uczuciem pewnego niedosytu. Czegoś mi w niej zabrakło – jakby zakończenie się autorowi rozmyło. Nie było tak interesujące i wyraziste jak początek tej opowieści. Chciałoby się, żeby nieco szerzej została opowiedziana historia Hendrika, myślę, że wiele by ona wyjaśniła.

Na szczęście niczego nie brakuje ilustracjom Emilii Dziubak, które znakomicie oddają nastrój tej historii.

„Zawieruszek” to książka, która pasuje do zimowych wieczorów, szczególnie takich mroźnych jak teraz. Ogień w kominku, gorąca herbata i wspólne czytanie – nic więcej nie jest mi do szczęścia potrzebne.

Kai Lüftner (tekst), Emilia Dziubak (ilustr.) „Zawieruszek. Baśń skandynawska” przekł.: Małgorzata Słabnicka – Turpeinen, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2024