
Trafiłam na tę książkę właściwie przypadkiem, ale urzekła mnie, jeszcze zanim ją otworzyłam. Najpierw chyba zachwycił mnie jej tytuł –chapau bas dla tłumaczki za to urocze słowo !!! Również okładkowa ilustracja, tak bardzo korespondująca z tym, co nas aktualnie otacza, była zachętą, żeby po nią sięgnąć. A potem…

… niezwykle plastyczny opis miejsca, gdzie się to wszystko dzieje – okolicy czyli klifu nad szumiącym morzem, Szumidrogi, która tam prowadziła i małego domku, w którym mieszkali bohaterowie.
Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie skały porośniętej mchem. Na drugi wyglądał jak ogromne powalone drzewo, które uschło i zbutwiało. Dopiero za trzecim razem i po kilku krokach okazywało się, że to faktycznie dom. (…)
Domek miał troje mieszkańców. Dwoje z nich upodobniło się do domstwa; pomarszczone twarze staruszków były poprzecinane głębokimi bruzdami – koleinami życie, które oplatały ich ciała niczym bluszcz. Przy chodzeniu, schylaniu się lub wstawaniu sędziwe kości trzeszczały prawie tak samo jak zżarte przez korniki belki, gdy wzburzone morze nie tylko szumiało, lecz także wyło i kipiało.
Byli to stary Per i jego żona Tove. W domku na szczycie klifu mieszkali od zawsze i razem z nim się zestarzeli.(…) Trzeci mieszkaniec domu nazywał się Vilmar. Miał mniej więcej siedem lat, czego z różnych powodów nie było po nim widać…

Motyw samotnych (często starych) ludzi (dwojga lub czasem jednego) przygarniających dziecko, które pojawia się nie wiadomo skąd, jest dosyć częsty w baśniach. Znam ich kilka, z różnych stron świata, ta nie jest pierwsza. Chodzi w nich o bezwarunkową miłość, która potrafi wypełnić pustkę wcześniejszego życia oraz o akceptację dla odmienności istoty, którą się pokochało. A także o zrozumienie, że prawdziwa miłość polega również na tym, aby pozwolić odejść kochanej osobie.
To wszystko jest w tej baśni, ale jednak pozostawiła mnie ona z uczuciem pewnego niedosytu. Czegoś mi w niej zabrakło – jakby zakończenie się autorowi rozmyło. Nie było tak interesujące i wyraziste jak początek tej opowieści. Chciałoby się, żeby nieco szerzej została opowiedziana historia Hendrika, myślę, że wiele by ona wyjaśniła.

Na szczęście niczego nie brakuje ilustracjom Emilii Dziubak, które znakomicie oddają nastrój tej historii.
„Zawieruszek” to książka, która pasuje do zimowych wieczorów, szczególnie takich mroźnych jak teraz. Ogień w kominku, gorąca herbata i wspólne czytanie – nic więcej nie jest mi do szczęścia potrzebne.
Kai Lüftner (tekst), Emilia Dziubak (ilustr.) „Zawieruszek. Baśń skandynawska” przekł.: Małgorzata Słabnicka – Turpeinen, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2024
