Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – fakt !!!
Czytaj duszkiem albo smakuj z wyrafinowaniem !
Takim hasłem Wydawnictwo Bajka zachęca do lektury swojej nowej książki „Dzieje się je. Mała historia kuchni” Łukasza Modelskiego. Autor jest historykiem i dziennikarzem, w radiowej Dwójce prowadzi audycje kulinarno – literackie, a niedawno ukazała się także ich książkowa wersja – „Droga przez mąkę czyli literatura dla kucharek”. Przeczytałam ją z ogromną przyjemnością – to przegląd kulinarnych wątków w dziełach literatury światowej od starożytności do współczesności. Odkąd Wydawnictwo Bajka zapowiedziało jego książkę dla młodych czytelników, czekałam na nią z zainteresowaniem.
I nie zawiodłam się ! Kiedy trafiła w moje ręce, zgodnie z hasłem przywołanym na początku, najpierw (duszkiem 😉 ) przejrzałam ją od deski do deski, aby potem już na spokojnie oddać się smakowaniu szczegółów 😉 Ta książka to przegląd historii kuchni od starożytnego Egiptu po współczesność. Można powiedzieć, że jest to zbiór arcyciekawych ciekawostek kulinarnych, ale razem tworzą one kompendium wiedzy o tym, co i jak jadano na przestrzeni wieków i jak to się zmieniało w czasie. Plus przewidywanie na przyszłość czyli Siedem dań, które na pewno będziemy jedli. Z tym ostatnim rozdziałem mam najwięcej problemu, pocieszam się jednak, że może już tych zmian nie dożyję 😉
„Drogę przez mąkę” zilustrowała bardzo finezyjnie Zofia Różycka, natomiast ta książka nie istniałaby bez ilustracji Adama Pękalskiego, które są równie erudycyjne jak tekst 🙂 Podobnie jak w poprzednich ilustrowanych przez Niego publikacjach Wydawnictwa Bajka („Dawniej czyli drzewiej” czy „Mamie Gęsi”) zachwyca mnie z jednej strony staranność w doborze najdrobniejszych szczegółów, aby nic nie zgrzytało historycznie, a z drugiej – rozmach i swoboda kreski.
„Dzieje się je” to lektura na długo, tak wypełniona szczegółami i ciekawostkami, że nie da się poprzestać na jej jednorazowym przeczytaniu. Szkoda, że skutkiem ubocznym koronawirusa są także problemy z dotarciem do nowowydanych książek, bo ten czas przymusowych nieferii sprzyjałby zapewne niespiesznemu delektowaniu się nią. Ale także potem, kiedy już (mam nadzieję !) wrócimy do normalności, zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Jest po prostu ponadczasowa 🙂
Łukasz Modelski „Dzieje się je. Mała historia kuchni”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2020
Łukasz Modelski „Droga przez mąkę czyli literatura dla kucharek”, ilustr.: Zofia Różycka, wyd.: Znak, Kraków 2019
Wpis z 12 lipca 2006 roku i książki bardzo odpowiednie na nadchodzące Narodowe Święto Niepodległości 🙂
Polskim godłem jest wizerunek orła z koroną na głowie.
Herbem Rzeczypospolitej Polskiej jest godło, czyli wizerunek tego orła umieszczony w czerwonym polu tarczy herbowej.
Zarówno nasze godło, jak i herb noszą nazwę Orzeł Biały.
Jest w Muzeum Powstania Warszawskiego taki fragment ekspozycji – na pierwszy rzut oka niepozorny, ale zawierający to, co najcenniejsze. W szybie windy na trzech kondygnacjach wyeksponowane są opaski powstańcze, ofiarowane Muzeum przez powstańców i ich rodziny. Zawsze zatrzymuję się tam z grupami, które oprowadzam, bo te niepozorne, wypłowiałe kawałki materiału miały (i mają) ogromne znaczenie – to one były jedynym umundurowaniem powstańców, one świadczyły o tym, że byli żołnierzami Wojska Polskiego.
Trudno
wyjaśnić współczesnym nastolatkom, jak odbierali to ówcześni
warszawiacy, którym przez ostatnie pięć lat za posiadanie flagi
polskiej groziły kary. Dla nich polskie flagi wiszące na budynkach
są przecież czymś normalnym. Jak im wytłumaczyć, jakie znaczenie
miała akcja Szarych Szeregów, kiedy Rudemu udało się powiesić na
dachu Zachęty flagę biało-czerwoną, zamiast tej hitlerowskiej,
która tam od początku okupacji powiewała ? Nawet jeżeli tylko
niewielu mieszkańców Warszawy zdołało ją zobaczyć, to wiadomość
o tym stugębną plotką szybko rozeszła się nie tylko wśród
mieszkańców miasta. Po co jednak narażać życie dla czegoś, co
ma znaczenie wyłącznie symboliczne ? Jak mają to zrozumieć
dzieci, które codziennie widzą na ścianie w klasie Orła Białego
i jest to dla nich normalny element wystroju – tak normalny, że go
wręcz nie zauważają ?
Może
ta książka trochę w tym pomoże ?
„Orzeł Biały” Alfreda Znamierowskiego to niezwykle starannie wydane kompendium wiedzy o naszym godle i barwach narodowych – począwszy od tego, dlaczego przed wiekami orzeł został uznany za symbol zwycięstwa dobra nad złem, a na słowniczku niezbędnych pojęć, pozwalającym nie pomylić flagi z banderą czy chorągwią, skończywszy.
Kiedy
orzeł pojawił się na pieczęciach polskich władców ? Jak się
zmieniał ? Co symbolizuje jego korona ? Od kiedy za polskie barwy
narodowe uznajemy biel i czerwień ?
To książka nie tylko dla dzieci. Myślę, że wielu dorosłych z przyjemnością uzupełni swoją wiedzę – nie tylko tę historyczną, ale także praktyczną, bo znajdziemy tam np. informacje o tym, w jakiej kolejności wieszamy flagi wtedy, gdy jest ich więcej.
„Orzeł Biały – znak państwa i narodu” stanowi w pewnym sensie komplet z wydaną w zeszłym roku książką Małgorzaty Strzałkowskiej, która zawiera równie wyczerpującą wiedzę o naszym hymnie narodowym. (edit: „Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy” został wznowiony w 2022 roku i napisałam o nim —>>> tutaj )
Alfred Znamierowski „Orzeł Biały. Znak państwa i narodu”, wyd.: Bajka, Warszawa 2016
Małgorzata Strzałkowska „Mazurek Dąbrowskiego. Nasz hymn narodowy”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2015
Wpis z 12 sierpnia 2007 roku i ostatnia z książek tanecznych, jakie stały na półkach Małego Pokoju.
Przyzwyczailiśmy się, że książki sztywnostronicowe, wyposażone w rozmaite okienka i klapki przeznaczone są dla maluchów. Tę Środkowa z córek dostała na ostatnie Mikołajki i okazała się ona bardzo odpowiednia właśnie dla dziesięciolatki zainteresowanej tańcem. Bo chociaż w tym wieku ma się już pewne pretensje do bycia niemal dorosłą młodzieżą 😉 , to czasem jeszcze przyjemnie jest się trochę pobawić.
W tej książce (podobnie jak w „Różowych baletkach”) wspólnie z uczniami szkoły baletowej wędrujemy za kulisami teatru i poznajemy jego tajemnice. Trwają przygotowanie do inscenizacji „Śpiącej królewny”, a w przedstawieniu wezmą udział także uczniowie. Uczestniczymy w lekcji tańca i przy tej okazji poznajemy nie tylko pozycje baletowe, ale też podstawowe pojęcia (jak pas de deux) oraz takie nazwiska jak Margot Fonteyn czy Michaił Barysznikow. Zaglądamy do garderoby i obserwujemy próbę kostiumową, aby w końcu wziąć udział w spektaklu.
Jak we wszystkich książkach z tej serii (edit: była jeszcze na pewno taka o rycerzu, innych już nie pamiętam), także i w tej przednia okładka jest trójwymiarowa – możemy podnieść kurtynę i wprawić w ruch tancerkę na scenie.
Myślę, że ta książka może być też znakomitym wstępem do pierwszej wyprawy na spektakl baletowy – na „Śpiącą królewnę” albo na „Dziadka do orzechów”. Najstarsza i Środkowa były już na tym ostatnim przedstawieniu w Teatrze Wielkim – w tym roku chyba już jest pora, abyśmy się tam wybrały z Najmłodszą. Wszystkie razem oczywiście 😉
P.S. Byłyśmy potem z Najmłodszą na tym „Dziadku do orzechów”, ale minęło już znowu parę lat i mam ochotę wybrać się znowu. Tylko że w tym roku już chyba za późno, żeby dostać bilety 😦
„Gdybym
była jak… Balerina” tekst:
Rosie McCormick, ilustr.: John Shelley, wyd.: Firma Księgarska Jacek
i Krzysztof Olesiejuk – Inwestycje Sp.z o.o., Warszawa 2006
Własny ogród ! I to miłe uczucie, że można mieć własne mrówki i nadać im imiona. Zresztą nie tylko im ! Również własnym ślimakom, jeżom i innym zwierzętom żyjącym zaskakują blisko człowieka.
„Mały atlas zwierzaków Ewy i Pawła Pawlaków” to trzecia po atlasach ptaków i motyli publikacja poświęcona tym co skaczą i fruwają w naszym najbliższym otoczeniu. Te książki nie pretendują do miana kompendium wiedzy ani ornitologicznej, ani lepidopterologicznej (Ha ! Kto wiedział, że tak się nazywa nauka o motylach ???), ani tym bardziej zoologicznej. One po prostu zachęcają do tego, żeby się uważniej rozejrzeć i dostrzec, kto mieszka całkiem niedaleko nas.
Kiedy pisałam tu o ilustracjach Ewy Kozyry – Pawlak do „Księżniczki na ziarnku grochu”, twierdziłam, że wiedziałam, że tak będzie (że będą zachwycające). Teraz mówię – nie przypuszczałam, że to jest możliwe.
Po cudownych ptakach i przepięknych motylach nie wydawało mi się, że coś może być jeszcze piękniejsze. A jednak…
… zwierzaki w trzecim z atlasów właśnie takie są 🙂 Występują w wersjach: namalowanej akwarelą, wyaplikowanej z materiałów, ulepionej z masy papierowej (plus patyczki i inne takie – np. fragment wycieraczki 😉 ), fotograficznej oraz (tak jak w poprzednich tomach) narysowanej przez Hanię – małą znajomą Autorów. We wszystkich tych wersjach są zachwycające !!!
Zastanawiałam się, jak to się stało, że bohaterowie tego atlasu są tacy wyraziści i sympatyczni i doszłam do wniosku, że tu po raz pierwszy modele portretowani przez Autorów mogli mieć wyraz twarzy (sympatyczny oczywiście). Trudno go osiągnąć u posiadacza dzioba, że o poważnym braku – braku twarzy u motyli nie wspomnę (choć niektóre wyaplikowane przez Ewę Kozyrę – Pawlak jednak posiadają coś jakby cień jej wyrazu 😉 ).
Po kilkuletniej przerwie wróciliśmy tego lata żeglować na Mazury. Nigdy nam się to nie znudzi, mimo że znamy te jeziora jak własną kieszeń. Przecież tam nigdy nie jest tak samo ! Za każdym razem wiatr wieje trochę inaczej, a woda i zieleń nad nią wyglądają przeróżnie w zależności od tego, jak pada na nie światło, które też codziennie się zmienia. Zatrzymać się tego nie da. Żadne zdjęcie robione telefonem nie odda tej cudownej gry światła, cienia i kolorów (mimo że przecież ograniczają się tylko do palety odcieni zieleni i niebieskiego).
Patrzyłam sobie na to przez tydzień, oczy mi odpoczywały i myślałam o tym, że jedyną osobą, która potrafiłaby namalować te światłocienie jest Elżbieta Wasiuczyńska. Wiedziałam, że to potrafi, już od dawna, odkąd zobaczyłam ilustrację do „Jasia i Małgosi” (w serii bajek „Dziecka”) na której szli sobie oni brzegiem jeziora, a cały las cudownie odbijał się w wodzie. Potem były kalendarze z Panem Kuleczką, a ostatnio na swoim blogu Ela demonstrowała proces powstawania nowej wersji „Leśnych wędrówek” Marii Dunin – Wąsowicz.
„Leśne wędrówki” wydane były pierwszy raz w latach sześćdziesiątych i wtedy ilustrowała je Hanna Czajkowska. Dla mnie pozostanie ona na zawsze autorką Bullerbyn mojego dzieciństwa, natomiast jej las w tej książce… no cóż… zdecydowanie nie umywa się do tego, który wyczarowała Ela. W tym wydaniu jest taki późnoletni, kiedy słońce jeszcze świeci całkiem mocno, ale wędruje niżej i daje długie cienie.
Zamysł tej książki jest taki, że na ilustracjach mamy pusty las, a zwierzęta, o których opowiada autorka znajdziemy na dodatkowych kartach. Trzeba je wyciąć i wkleić w odpowiednie miejsca. Bardzo ucieszyłam się, kiedy stwierdziłam, że wyciąć oznacza tu naprawdę wyciąć nożyczkami, a nie wypchnąć z karty nadcięte elementy, jak w większości tego rodzaju publikacji teraz. Jak trudno jest znaleźć wycinanki, które naprawdę służą do wycinania, przekonałam się, kiedy kolejne z moich córek miały problemy z tak zwaną małą motoryką i powinny były ją ćwiczyć właśnie z nożyczkami w ręku. Tym większa jest moja wdzięczność dla twórców tej książki, że nie pozwalają czytelnikom pójść na wypychankową łatwiznę, choć pewnie tak przygotowane zwierzęta wyglądałyby w efekcie ładniej.
Czy lubisz chodzić po lesie ? A może chciałbyś dziś jeszcze , choćby zaraz, wybrać się na leśne wędrówki ? A więc w drogę !
Maria Dunin – Wąsowicz „Leśne wędrówki”, ilustr.: Elżbieta Wasiuczyńska, wyd.: Muchomor, Warszawa 2019
Przez wieki, które dzielą Daj ać ja pobruszę, a ty poczywaj od Elo ziom, posłuchaj mej nawijki język polski rozwijał się i zmieniał. Słowa pojawiały się w nim, często zapożyczane z innych języków (łaciny, francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego, jidisz czy ostatnio z angielskiego), czasem zmieniały znaczenie, a czasem odchodziły w zapomnienie.
Małgorzata Strzałkowska wybrała kilkadziesiąt z nich i stworzyła oryginalny dykcjonarz czyli leksykon słów i zwrotów czasem już zapomnianych, a czasem używanych kompletnie bez świadomości ich pierwotnego znaczenia czy pochodzenia.
Praszczur na początku, a na koniec szczątek !
Co robili Szwedzi w kaszy, a Hiszpanka na twarzy ? Kim byli jętrew , świekier i wnęka ? Jakie szaraczki siedziały na szarym końcu ?
„Dawniej czyli drzewiej” to książka pełna anegdot i ciekawostek historycznych, których próżno by szukać w szkolnych podręcznikach historii. Fascynująco zilustrował ją Adam Pękalski, który nie tylko narysował obrazki wyjaśniające słowa i pojęcia, bawiąc się przy tym stylistyką różnych epok, ale także opracował ją graficznie.
W pierwszym odruchu chciałam napisać, że stworzył tzw. layout. To kolejne zapożyczenie, ale nie mieliśmy chyba wcześniej słowa, które zawierałoby w sobie i rozplanowanie tekstu i obrazu, i krój użytej czcionki, i kolorystykę, i wszystko inne, co składa się na wygląd strony. Layout oznacza jednak pewien szablon, więc nie do końca tutaj pasuje, bo w tej książce każda strona wygląda inaczej. Przy pierwszym, pobieżnym jej przejrzeniu może to zrobić wrażenie nieco bałaganiarskie, ale kiedy zaczniemy czytać okaże się, że wygląd kolejnych stron doskonale koresponduje z ich treścią, a czytając, przekładamy kartki z ogromną ciekawością – co też nas czeka po drugiej stronie ?
Co za szok – w sieci jest milion ok !
Autorka nie ogranicza się tylko do zapoznania czytelników ze słowami, które odeszły już do lamusa – zmusza ich także do zastanowienie się, jak oni sami używają ojczystego języka. Uświadamia to choćby strona, pokazująca ile obrazowych określeń bywa zastępowanych przez jedno słowo – wytrych: fajny.
Ja sama dowiedziałam się z tego dykcjonarza, że w dawnej polszczyźnie istniała (oprócz liczby mnogiej) także liczba podwójna, której pozostałością są dwie formy odmiany takich słów jako oko czy ucho.
Człowiek uczy się całe życie, pod warunkiem jednak, że chce i ma do dyspozycji takie fantastyczne, ciekawe, nietuzinkowe, arcyciekawe i urokliwe (czyli po prostu fajne 😉 ) książki 🙂
Małgorzata Strzałkowska „Dawniej czyli drzewiej”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Bajka, Warszawa 2015
Edit —>>> „Dawniej czyli drzewiej” doczekało się kontynuacji pod tytułem „Harcuj z nami ze słowami”, o której możecie przeczytać —>>> tutaj
„ArchiTekturki” to książka która niewątpliwie robi wrażenie. Nie wiem tylko czym bardziej: formą czy ceną ? 😉
Cena rzeczywiście daje po oczach, ale jest uzasadniona – po pierwsze: formą wymagającą zegarmistrzowskiej precyzji przy konstruowaniu oraz ręcznego klejenia, a po drugie: mikroskopijnym wręcz nakładem, który wyniósł 1000 (słownie: jeden tysiąc) egzemplarzy (edit: potem na szczęście były jeszcze dodruki). W dodatku książka została wyprodukowana w Polsce, a nie w krajach Trzeciego Świata, gdzie często wykorzystywane są do tego dzieci, co też miało wpływ na cenę.
Mimo tego homeopatycznego wręcz nakładu i zaporowej ceny, które mocno ograniczyły zasięg czytelniczy tej publikacji, warto odnotować jej pojawienie się, ponieważ „ArchiTekturki” to pierwsza od bardzo dawna polska książka typu pop-up i pierwsza wykorzystująca taką formę do popularyzacji wiedzy o architekturze współczesnej.
Ta książka to opowieść o kilkudziesięciu warszawskich miejscach i budynkach. Pokazujemy budowle małe i duże, piękne i brzydkie, pasujące do otoczenia i te, które odwracają się plecami do sąsiadów. Opisane zostały budynki – przyjaciele, które pozdrawiamy, przechodząc obok, i takie, które wolimy obchodzić z daleka. Bohaterów tej książki łączy jedno: wszystkie pokazane obiekty to zrealizowane marzenia ich autorów o lepszym mieście.
Wydało
ją Muzeum
Powstania Warszawskiego,
co może budzić zdziwienie, bo powstanie kojarzy się raczej z
unicestwieniem warszawskiej architektury. Warto jednak pamiętać,
że większość
wojennych zniszczeń Warszawy nie była związana z walkami
powstańczymi,
a samo
powstanie to tylko etap w historii miasta – etap graniczny, między
Warszawą dawną, tą tworzoną przez wieki, a Warszawą obecną, w
której sąsiadują ze sobą ostańce tamtej dawnej i budynki
powstałe w ostatnich siedemdziesięciu latach. Ważną częścią
Muzeum jest Instytut
Stefana Starzyńskiego i
to z jego inicjatywy ( a personalnie – Agnieszki
Szulejewskiej)
powstała ta książka.
Warszawa
to miasto inne niż wszystkie. Są w Polsce i na świecie miasta
większe, miasta starsze, miasta piękniejsze. Ale urok Warszawy
kryje się w jej charakterze, na który składają się tysiące
pozornie zupełnie niepasujących elementów – budynków, miejsc,
historii, a przede wszystkim ludzi. Tych, którzy tu mieszkają i
tych, którzy użyli swego talentu, aby uczynić to miasto
wspanialszym i lepszym. Chociaż często ich wizje bardzo się od
siebie różniły.
Marlena Happach wybrała i opisała, a Robert Czajka narysował ponad 40 miejsc w Warszawie, które powstały w ciągu ostatnich 70 lat – od tunelu trasy W-Z po Dom Kereta. Są to rzeczy małe (jak Dom Kereta właśnie) i rozległe (jak Osiedle „Za Żelazną Bramą” czy Ursynów), takie, które budzą powszechny zachwyt i te ciut kontrowersyjne. 8 z nich ma swoją wersje trójwymiarowe, które rozkładają się, kiedy otwieramy książkę. Na końcu znajduje się spis ich wszystkich, wraz z nazwiskami projektantów (a dzięki strzałkom można bez trudu zobaczyć, które z nich łączą się poprzez osoby ich twórców). Bohdan Pniewski, Romuald Gutt, Zofia i Oskar Hansenowie, Józef Sigalin, Stanisław Jankowski, Halina Skibniewska, Marek Leykam, Marek Budzyński, Stefan Kuryłowicz czy grupa JEMS (i wiele, wiele innych nazwisk, w tym także mój Tata) – na tej liście jest cała historia polskiej architektury XX wieku (że o Normanie Fosterze i Danielu Liebenskindzie nie wspomnę).
W jednym z radiowych wywiadów towarzyszących premierze ArchiTekturek” Marlena Happach opowiadała, że sporą trudność stanowiło dla niej pisanie o architekturze tak, aby uniknąć fachowych określeń, które mogłyby być zbyt trudne dla dzieci, do których adresowana jest ta książka. Sprawdzała ją więc na swoim, wówczas siedmioletnim synu i jeśli on czegoś nie rozumiał, zmieniała. Oczywiście nie dało się napisać takiej książki kompletnie bez użycia fachowego słownictwa, więc na końcu znajdziemy też podręczny słowniczek architektoniczny.
Choć
czasem trudno polubić Warszawę, ukrytą pod warstwą bannerów,
brudu, rusztowań i tysięcy pozornie niepasujących do siebie
elementów, warto zrozumieć, co powoduje te emocje. Kto i w jakich
czasach tworzył przestrzeń stolicy, jak wyglądało zderzenie
marzeń z rzeczywistością.
Tak
jak budynki tu opisane są ucieleśnieniem marzeń ludzi o lepszym
mieście, tak ta książka jest spełnieniem marzenia jaj twórców,
aby architektura rozbudzała wyobraźnię grą przestrzeni,
materiałów, technik i kolorów – inspirowała dzieci, aby w
przyszłości potrafiły budować swoje marzenia.
„ArchiTekturki” to książka, która co prawda powstała z myślą o młodych czytelnikach, ale zdecydowanie nie jest lekturą tylko dla dzieci. Myślę, że każdy, kto jest choć trochę zainteresowany Warszawą czy architekturą, sięgnie po nią z przyjemnością. A jeśli potem chciałby poczytać coś jeszcze, to bardzo zachęcam do sięgnięcia po książki Filipa Springera – przede wszystkim „Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL”, ale także „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach’ i najnowsze „13 pięter”.
Marlena Happach (tekst), Robert Czajka (projekt graf. i ilustracje) „ArchiTekturki. Powojenne budynki warszawskie”, wyd.: Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2015
Chciałam stworzyć książkę, która byłaby wsparciem dla rodziców. Doświadczenia w mojej rodzinie kolejnego pokolenia potwierdziły, że codzienne obowiązki związane z higieną najpierw trudne, potem nudne, bywają problemem. A gdyby spojrzeć na nie jak na przywilej? Luksus, który tworzyły zastępy wynalazców? (z wywiadu)
„Łazienkowe pytania” to debiutancka autorska książka Krystyny Lipki – Sztarbałło, którą dotychczas znaliśmy wyłącznie jako wspaniałą ilustratorkę, dlatego sięgnęłam po nią z dużym zainteresowaniem, a przeczytałam z jeszcze większym zaskoczeniem 😉
Znając ilustracje do„Snu, który odszedł” czy „Żółtej zasypianki” spodziewałam się raczej czegoś baśniowego, poetyckiego, a tu… Piękna książka na prozaiczny temat – jak napisała na okładce Joanna Olech. Prawdziwie KRÓLEWSKA, bo mówi o miejscach, „gdzie król piechotą chodzi” – o wychodkach, toaletach, łaźniach i łazienkach… O cebrzykach, nocnikach i grających, perfumowanych sedesach… O tym, jak radzili sobie z higieną nasi przodkowie i jaki postęp dokonał się w tej dziedzinie. Mnóstwo pożytecznych informacji autorka spakowała zręcznie w kształt przejrzystych rysunków, schematów i sugestywnych obrazów.
U dorosłych może budzić to zdziwienie, a nawet opór, bo co to za temat na książkę ? Łazienka to taka zwyczajna, codzienna rzecz. Niemal wszyscy wychowywaliśmy się w domach, w których one były – większe, mniejsze, mniej lub bardziej eleganckie, ale codzienna toaleta była dla nas rzeczą oczywistą, nie wymagała żadnych specjalnych starań. Problem zaczynał się dopiero wtedy, kiedy np. przy okazji wakacyjnych wyjazdów musieliśmy sobie radzić bez niej…
Ileż ciekawych, a często nawet mrożących krew w żyłach opowieści na tematy okołotoaletowe zdarzyło nam się opowiadać naszym córkom – o budowaniu latryn na obozach harcerskich i związanych z tym perypetiach z Sanepidem… o tym, jak sobie radziliśmy żeglując w czasach, kiedy toalety chemiczne na jachtach pozostawały z sferze science fiction… Toalety publiczne w różnych krajach i patenty w nich zastosowane to też temat – rzeka w rozmowach globtroterskich 😉 Pisząc to, uświadomiłam sobie, że też mogłabym napisać o tym książkę, ale większość materiału, którym dysponuję, nie nadaje się jednak do publikacji 😉 Tym większy mój podziw dla autorki za sposób, w jaki poradziła sobie z tematem.
Książka, w podtekście edukacyjna, powinna być intrygująca, zabawna i daleka od broszurowych standardów. Aby stała się przygodą wartą zapamiętania, powinna dać się czytać również dziecku jeszcze nieczytającemu. W wypadku „Łazienkowych pytań” to czytelnik jest gospodarzem. Struktura książki, wielowarstwowość tekstu i ilustracji pozwala przechodzić od pytań prostych do bardziej złożonych. Decyduje chęć i dociekliwość małego czytelnika. Chciałam, aby książka rosła wraz z dzieckiem. Była zabawna i dla małego, i dorosłego.(z wywiadu)
Myślę, że to się udało. „Łazienkowe pytania” to nie jest książka, którą czyta się raz, a potem odstawia na półkę. Można do niej wracać, można szukać odpowiedzi na kolejne pytania – czasem dla dorosłych zbyt oczywiste, żeby chciało im się na nie odpowiadać. Może też być wstępem do kolejnych pytań, a odpowiedzi na nie trzeba będzie szukać w innych książkach.
Trafiłam wczoraj na taki film na YouTube. Znakomita ilustratorka Krystyna Lipka – Sztarbałło opowiada w nim o swoich związkach z pismem „Świerszczyk”, do którego sama mam ogromny sentyment, bo miał w nim miejsce mój debiut prasowy, kiedy miałam chyba 7 lat 😉
Uświadomiłam sobie, że nie wstawiłam jeszcze na półki nowego Małego Pokoju żadnej książki, którą ilustrowała Krystyna Lipka – Sztarbałło. Niesłychane niedopatrzenie !!! Spieszę więc przypomnieć jedną z nich, o której pisałam 2 maja 2013 roku:
Mapy z patyków i muszelek mieszkańców Oceanii, wykuty w marmurze starożytny plan Rzymu, mapy nieba, plany metra, mapa ludzkiego genomu… Jeszcze zanim powstało pismo, ludzie tworzyli mapy. Każda z nich to unikalny obraz świata widzianego oczami jej twórcy i próba odnalezienia w nim drogi.
Kiedy
byłam w wieku moich córek, mapy były moją codziennością. Obozy
harcerskie, rajdy, zajęcia z terenoznawstwa, mapy turystyczne i
wojskowe, szkice terenu, azymuty, parokroki…
Co prawda mapy służyły wówczas bardziej zmyleniu przeciwnika niż orientacji w terenie i nieraz bywało tak, jak w tej anegdocie, o dziecku krzyczącym zza płota: Mamo, Mamo, harcerze z mapą idą, będę się o drogę pytać !!!, ale jakoś w końcu zawsze docieraliśmy do celu, choć może niekoniecznie najkrótszą drogą. Zdarzało nam się odkrywać, że miejscowość, która na mapie leżała przy szosie, którą szliśmy, w rzeczywistości była od niej oddalona o dobry kilometr, niemniej stanowiło to interesujący przyczynek, do obrazu świata, w którym żyliśmy 😉
Moich
córek przygoda z harcerstwem była zdecydowanie krótsza niż moja i
skończyła sie już jakiś czas temu, więc nie wiem – czy
harcerze nadal używają map (które obecnie są zdecydowanie bliższe
rzeczywistości) czy w swoich wędrówkach korzystają z urządzonek,
które miłym damskim lub męskim głosem instruują ich: „Za 100
metrów skręć w prawo” ?
„Dokąd iść ? Mapy mówią do nas.” to książka intrygująca. Na pierwszy rzut oka robi wrażenie adresowanej do całkiem małych czytelników, ale po bliższym poznaniu okazuje się, że zawiera w sobie wiedzę interesującą także dla sporo starszych.
Stworzył
ją duet polsko – koreański, więc nie jest europocentryczna, jak
zapewne byłaby, gdyby autorka pochodziła z naszych okolic –
pokazuje różne punkty widzenia świata i dawne mapy, które za jego
środek mają to miejsce, w którym żyli ich twórcy.
O tym, że autorka ilustracji jest Polką świadczyć może choćby podrasowana ciut mapa warszawskiego metra, uwzględniająca już także jego drugą linię, i to w wersji, na którą przyjdzie nam jeszcze długo poczekać. Ale rozumiem panią Krystynę – w porównaniu z metrem w Seulu dzisiejszy plan naszego metra wygląda bardzo prosto. Za to trudno jest się w nim zgubić 😉
„Dokąd iść?” nie jest ani atlasem, ani historią znaków graficznych, ani zbiorem ciekawostek. Autorki robią coś znacznie trudniejszego: pokazują, w jaki sposób świat zmienia się w znak graficzny. Pokazują, że mapa w tej formie, jaką znamy, wcale nie jest oczywista. Pokazują również, że żadna z tych metamorfoz rzeczywistości w znak nie jest przezroczysta, ponieważ mapa jest zawsze interpretacją i to na kilku poziomach. Zawsze jest wyborem jakichś elementów i pominięciem innych. I zawsze kryje się w niej idea, która organizuje mapę, pomagając człowiekowi odnaleźć się w labiryncie świata. Wytłumaczenie dziecku, jak te idee się pojawiają i transformują poprzez wieki, wymaga ogromnej dyscypliny intelektualnej – i to od obu autorek, bo w „Dokąd iść?” tekst i obraz idealnie się dopełniają. Kto by pomyślał, że książka o mapach może okazać się tak oszałamiającą podróżą poprzez historię idei. (Anna Brzezińska, Wirtualna Polska)
Heekyong Kim „Dokąd iść ? Mapy mówią do nas.”, przekł: Jiwone Lee, ilustr.: Krystyna Lipka – Sztarbałło, wyd.: Entliczek, Warszawa 2012
Wpis z 11 grudnia 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:
Kiedy byłam mała, telewizja miała tylko jeden kanał (potem dwa, ale to i tak niewiele zmieniało), a o internecie nawet nie marzyliśmy, jedną z moich rozrywek było oglądanie Wielkiej Encyklopedii PWN, ze szczególnym uwzględnieniem kolorowych tablic. Do najbardziej ulubionych należała ta z nich, która przedstawiała pary ludzi w strojach z rozmaitych epok – od starożytności do (ówczesnej) współczesności.
Przypomniało mi się to, kiedy zobaczyłam okładkę książki „My i nasza historia”, a jeszcze bardziej zachęcona do niej poczułam się po przeczytaniu tekstu zamieszczonego na ostatniej okładce:
Opowiemy wam naszą historię. Historię nie królów, królowych, przywódców, emirów, cesarzowych, prezydentów, dyktatorów, ale naszą. Mężczyzn, kobiet i dzieci zaludniających Ziemię.
Wszyscy jesteśmy bohaterami tej opowieści, która rozpoczęła się 150 tysięcy lat temu i trwa. Mijały wieki, a my pracowaliśmy, tworzyliśmy cuda i zmienialiśmy swój świat…
Pomysł pokazania historii z perspektywy zwykłych ludzi, bez wielkich wodzów, królów i cesarzy wydał mi się całkiem ciekawy i rzeczywiście wyszło to interesująco. Niektórzy z nich znaleźli się w zamykającej książkę galerii Sławni w naszej historii, a już decyzją samego czytelnika będzie, czy zechce ich skojarzyć z konkretnym momentem w dziejach.
Nie ma w tej książce także dat (poza orientacyjnie umieszczonymi początkami stuleci) oraz jednej geograficznej perspektywy. Czasem oglądamy świat oczyma europejczyków, innym razem – Chińczyków czy mieszkańców Ameryki Południowej
Gdyby książka skończyła się razem z XIX wiekiem, nie miałabym do niej większych zastrzeżeń. Niestety sposób, w jaki ukazany został wiek XX, nieprzyjemnie mnie zaskoczył. Był to bodaj najtrudniejszy i najbardziej krwawy czas w dziejach ludzkości – czas DWÓCH totalitaryzmów. Oba mają na swoim koncie niewyobrażalne ilości ofiar na całym świecie i oba położyły się na dziejach świata cieniem, który sięga do dziś. W tej książce sporo miejsca (choć paradoksalnie – mniej niż wojnie secesyjnej) poświecono nazizmowi, a komunizm (trwający przecież zdecydowanie dłużej) nie doczekał się żadnej, nawet najmniejszej wzmianki. Nazwa Związek Radziecki pojawiła się dopiero w kontekście zimnej wojny , którą skwitowano w następująco: Dwa modele społeczeństwa, dwa systemy ekonomiczne konkurują ze sobą przez pół wieku. Ostatecznie triumfuje demokratyczny model społeczeństwa gwarantujący wolność ekonomiczną i osobistą. Czy jest najlepszy ? No cóż – może i nie jest najlepszy, ale lepszego na razie jakoś nie udało się ludzkości wymyślić, a wszelkie próby jego tworzenia kończyły się tragicznie.
Gdyby takie pominięcie czy też uproszczenie dotyczyło odległej przeszłości, mogłabym je potraktować jako błąd, który jednak nie odbiera tej publikacji wartości. Dotyczy ono jednak spraw nadal żywych, dotyczących świata, w którym żyć będą jej czytelnicy i dlatego niestety w moich oczach ją dyskwalifikuje.
Yvan Pommaux, Christophe Ylla – Somers „My i nasza historia”, przekł.: Katarzyna Rodak, wyd.: Tatarak, Warszawa 2017