Czy wojna jest dla dziewczyn ?

Czy wojna jest dla dziewczyn ?

Książka, która zapoczątkowała serię „Wojny dorosłych – historie dzieci”, a więc nadzieja, którą wyraziłam na końcu tej recenzji, nie była płonna 😉 Ukazało się w niej już ponad dwadzieścia książek opartych na losach autentycznych dzieci nie tylko z czasów drugiej wojny światowej. Część z nich już znalazła swoje miejsce na poprzednich półkach Małego Pokoju z Książkami, inne dopiero czekają na opisanie.

Wpis z 21 lutego 2011 roku:

W tegorocznym liście do św. Mikołaja Najmłodsza poprosiła o: grę planszową a najchętniej „Małych powstańców”. Przyznam, że nie jestem entuzjastką planszówek (wyjątek robię dla Sccrabli, ale czy one należą do tej kategorii ?), a pomysł zrobienia gry dla dzieci o Powstaniu Warszawskim budził moje mieszane uczucia, ale z drugiej strony – to i tak było jedno z sensowniejszych życzeń zawartych w tym liście, więc cóż było robić… 😉 Najmłodsza znalazła pod choinką tę grę, zagrałyśmy już kilka razy, a ja nadal mam mieszane uczucia. Zdaję sobie sprawę, z swojego historycznego skrzywienia, które powoduje żywszy (niż przeciętnie w populacji) stosunek do wydarzeń z przeszłości. A już do Powstania Warszawskiego mam stosunek szczególnie szczególny…

Od początku mój opór wzbudziła zdeformowana mapa Warszawy, na której gra się rozgrywa – pewne miejsca są za blisko, pewne za daleko, a niektóre drogi wiodą przez tereny przez które, jak wiem doskonale, przejścia nie było.

Jednak największą moją obawę budzi to, że obraz Powstania, jaki dziecko może wynieść z tej gry (a szczególnie z jej pierwszego poziomu, przeznaczonego dla młodszych) jest podobny do obrazu wojny w „Czterech pancernych”. Fajna zabawa, taka trochę ciuciubabka, a nawet, jak ktoś wpadnie w ręce Niemców, to w następnej kolejce na pewno nasi go uwolnią i wróci do gry. Niestety – Powstanie wcale nie przypominało zabawy w chowanego 😦

W drugim poziomie już nie bawimy się w berka z jednym jednym hitlerowcem, za to pojawia się możliwość utraty całej dzielnicy (jeśli meldunek nie zostanie doręczony). Nie wiem, jak to wygląda przy większej ilości graczy, ale grając w dwie osoby nigdy do tego nie dopuściłyśmy.

Gra w „Małych powstańców” może być jednak dobrym wstępem do rozmowy z dzieckiem o Powstaniu – pod warunkiem , że dorośli sami dysponują na jego temat wiedzą szerszą niż ta, którą zawarto w ulotce dołączonej do gry. Jeśli nie dysponują, ani nie mają na podorędziu kogoś, kto może o tym opowiedzieć na podstawie własnych doświadczeń, można (a nawet należy) sięgnąć po książkę. Na przykład tę:

Oczywista odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: wojna nie jest dla nikogo, ale równocześnie wiemy dobrze, że teraz wojna dotyczy już nie tylko tych, którzy noszą mundury, niezależnie od wieku i płci.

W 1939 roku Ela miała dziewięć lat. Wojna zmieniła w jej życiu wszystko. Najpierw z nieba leciały bomby, a jej najsilniejszy na świecie Tata, który obiecywał, że je zdmuchnie z nieba, był daleko, walczył. Potem zaczęło się życie pod okupacją, zupełnie inne od tego wcześniejszego. Okazało się, że to, co dawniej było ważne, teraz wygląda inaczej – na przykład prawdomówność. Już nie trzeba było zawsze mówić prawdy, wręcz przeciwnie – były rzeczy, których nie można było powiedzieć nawet najbliższej osobie. A potem jeszcze aresztowano Mamę i Ela została sama, a potem w Warszawie wybuchło Powstanie…

Bohaterka tej książki, Ela Łaniewska była o rok starsza od Hany Brady (bohaterki „Walizki Hany”) i miała to szczęście w nieszczęściu, ze nie była Żydówką. Przeżyła wojnę i spotkała Mamę, która wróciła z obozu w Auschwitz. Tata nie dożył końca wojny. Książka, którą Paweł Beręsewicz napisał na podstawie jej losów, nie epatuje okrucieństwem. To opowieść dziewczynki ukazująca te wydarzenia z jej perspektywy.

„Czy wojna jest dla dziewczyn ?” jest już trzecią książką opowiadającą autentyczne losy młodziutkich uczestników Powstania, wydaną przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Poprzednie „Mały Powstaniec” i „Halicz” ukazały się nakładem wydawnictwa „Muchomor”. Ta jest efektem współpracy Muzeum z Wydawnictwem Literatura i mam nadzieję, że na tym się nie skończy.

„Mali Powstańcy” – gra, wyd.: Egmont

Paweł Beręsewicz „Czy wojna jest dla dziewczyn ?”, ilustr.: Olga Reszelska, wyd.: Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2010, Literatura, Łódź 2010

Tajemnica człowieka z blizną

Tajemnica człowieka z blizną

Wpis z 25 listopada 2012 roku:

Dzisiaj pozdrowienia dla czytelników z Nowej Huty, a szczególnie dla Kuby, który ma poważny problem. Otóż ów Kuba z jednej strony chciałby wiedzieć, skąd wzięła się tytułowa blizna na twarzy taty bohatera mojej książki, a z drugiej strony nie cierpi czytać. Jest w tym dylemacie okrutnie zapętlony. Podejrzewam, że może próbować podstępem wydobyć z kogoś tę informację, bez konieczności czytania. Mam w związku z tym apel do wszystkich czytelników: bądźcie czujni i nie dajcie się podejść! Nieczytanie jest dobrowolnym wyborem każdego i każdy musi ponieść tego konsekwencje. – napisał Autor tej książki na swoim fanpage’u na Facebooku i ja się z nim w pełni zgadzam.

Spokojnie, panie Pawle, ja na pewno nie zdradzę tajemnicy ! Daję słowo !

Kiedy ma się lat dwanaście, to wszystko to, co wydarzyło się przed naszym narodzeniem – nieważne czy dziesięć, czy pięćdziesiąt, czy dwieście lat temu – było po prostu DAWNO TEMU. Czy to Powstanie Warszawskie, czy Powstanie Styczniowe, czy stan wojenny – to wszystko zlewa się w jedną, odległą przeszłość.

Pierwszy kontakt z historią mamy wtedy, kiedy słuchamy opowieści rodziców i dziadków o tym, jak było wtedy, kiedy oni sami byli mali. O ludziach, których już nie ma, a kiedyś byli bardzo ważni dla naszych najbliższych, o miejscach, których nie znamy, o domach, których też już nie ma, albo przeciwnie – są, tylko wyglądają inaczej i mieszka w nich ktoś inny… I o wydarzeniach, o których potem będziemy uczyć się w szkole, ale wtedy nie będą już dla nas tylko pustymi zdaniami z podręcznika.

Janek, bohater „Tajemnicy człowieka z blizną”, jest mniej więcej rówieśnikiem mojej Najmłodszej, jego rodzice są ciut młodsi od nas, a jego dziadkowie – od jej dziadków, ale wydarzenia, do których sięga ta książka często są wspominane również w naszym domu. W dodatku jej Tata też od zawsze nosi brodę ! Tylko, że jego broda nie kryje w sobie żadnej tajemnicy – w przeciwieństwie do brody Taty Janka.

Kiedy w wyniku przegranego zakładu Tata brodę zgolił, okazało się, że ukrywał pod nią bliznę. Ale skąd ją miał ? Tego nie chciał powiedzieć, a nikt z rodziny tego nie wiedział. A może też nie chcieli powiedzieć ? Pewne było tylko to, że zdarzyć się to musiało DAWNO TEMU, po przecież dla Janka Tata ZAWSZE miał brodę. Chłopiec rozpoczął więc śledztwo…

… i tu zaczyna się to, co dla mnie w tej książce jest najfajniejsze – zderzenie wyobrażeń o świecie dziecka wychowanego tu i teraz (z telewizją o wielu kanałach, internetem i grami komputerowymi) z realiami życia w czasach naszego dzieciństwa. Na podstawie jakichś zasłyszanych urywków Janek tworzy swoje historie – usłyszawszy, że Tatę goniło ZOMO, najpierw stworzył sobie historię o zombie rodem w horrorów oglądanych w telewizji. Potem, kiedy dowiedział się już, czym było ZOMO, uznał, że aby uciekać przed policją, jego Tata musiał popełnić najpierw jakieś przestępstwo. To w sumie świetnie, że nasze dzieci mogą nie dopuszczać do siebie myśli o tym, że policja mogłaby mieć powody, aby gonić uczciwego człowieka.

W jego pomysłach na rozwikłanie tajemnicy pojawiają sie też Uma Thurman i Steven Spielberg…

No dobrze – ale co z tą blizną w końcu ? – zapytacie.

O nie, nie, nie !!! Nie powiem. Dałam słowo ! 🙂

Paweł Beręsewicz „Tajemnica człowieka z blizną”, ilustr.: Olga Reszelska, wyd.: Literatura, Łódź 2010

Wszystkie lajki Marczuka

Wszystkie lajki Marczuka

Wpis z 2 kwietnia 2013 roku:

Marczuk nie lubił Żydów. Konkretnie dwóch: Joska Wyszkowera i Aarona Goldberga. Wkurzali go. Josek rzucił kiedyś w Marczuka zgniłą ulęgałką, a Aaron powiedział, że Marczuk jest zbyt brzydki, żeby jakaś dziewczyna chciała się z nim całować. Ale Marczuk lubił Żydów. Dokładnie trzech: Heńka, Dawida i Berka. Szczególnie tego ostatniego, odkąd wyjaśnili sobie pięściami wszystkie nieporozumienia, a potem z powagą uścisnęli dłonie. Co do pozostałych Żydów Marczuk nie miał wyrobionego zdania. Chyba więc to nie sympatia, a zwykły ludzki odruch sprawił, że ten niewysoki, jasnowłosy chłopak z Choszczówki został bohaterem.

Bohaterem najczęściej zostaje się przypadkiem i niespodziewanie. Nie można tego zaplanować, po prostu – życie stawia przed człowiekiem wyzwanie i albo mu się sprosta, albo nie. I tak było z kilkunastoletnim Jankiem Marczukiem…

Najpierw był impuls, który kazał mu spróbować uprzedzić ludzi wydanych przez szmalcownika, że za chwilę będą u nich Niemcy. Chwilę potem został obarczony odpowiedzialnością za trzy Żydówki – matkę i dwie córeczki. I choć jeszcze godzinę wcześniej w ogóle by się po sobie takiego zachowania nie spodziewał, jednak wykazał się zimną krwią i odwagą niezbedną, aby je uratować

„Wszystkie lajki Marczuka” to książka która opowiada dwie historie, a łączy je miejsce – podwarszawska Choszczówka. Losy Janka Marczuka uświadamiają czytelnikom, że wojna i okupacja były wszędzie i nawet w takiej malutkiej miejscowości działy się rzeczy straszne i było miejsce na czyny odważne. O tytułowych lajkach natomiast opowiada wątek całkiem współczesny.

Pasuje on do dzisiejszego dnia, bo jest ciut primaaprilisowy 😉 Niestety, jego sensem jest suspens, więc niewiele mogę o tym napisać, żeby nie psuć nikomu radości z czytania. Mnie niestety ta frajda została odebrana – Najmłodsza była łaskawa zdradzić mi puentę, bo, jak twierdzi, była pewna, że już to czytałam.

Zdradzić mogę tyle, że jest to książka o manowcach… Nie tylko o tych, na które może nas zaprowadzić zbyt silne pragnienie zemsty, ale także o manowcach internetu i pułapkach, jakie czyhają na osoby zbytnio wierzące w to, co tam się znajduje 😉

Paweł Beręsewicz „Wszystkie lajki Marczuka”, ilustr.: Olga Reszelska, wyd.: Literatura, Łódź 2012

Paweł Beręsewicz „Wszystkie lajki Marczuka”, ilustr.: Elżbieta Chojna, (seria: Plus Minus 16) wyd.: Literatura, Łódź 2018

Monika Kowaleczko – Szumowska – wywiad

Monika Kowaleczko – Szumowska – wywiad

Tę rozmowę z autorką „Galopu ’44”, „Fajnej ferajny” i „Gupikowa” odbyłam 20 kwietnia 2015 roku:

Akcja Pani książki „Galopu ’44” rozgrywa się w czasie Powstania Warszawskiego i jest jedną z niewielu nowych polskich powieści historycznych dla młodzieży, jakie się w ostatnich latach ukazały. Bardzo niewielu – można je policzyć na palcach jednej ręki. Także druga z pani książek „Fajna ferajna” opisuje tamte czasy i ludzi wtedy żyjących. Dlaczego pisze Pani właśnie o historii ?

Monika Kowaleczko – Szumowska: Przede wszystkim dlatego, że historia to kopalnia świetnych tematów, niezrównanych zwrotów akcji, niezwykłych postaci, którym moja wyobraźnia nie dorównuje. Jeśli historia podana jest bez morału, ale tak, żeby czytelnik identyfikował się z bohaterem i rozumiał jego dylematy, czytelnik po prostu czyta. Można pisać o historii, można o przyrodzie, można o matematyce. Wydaje mi się, że czasem sięgamy po historię po to, żeby moralizować. Tego bym się wystrzegała. Na to młodzież jest wyczulona.

A dlaczego właśnie Powstanie Warszawskie ? Skąd ta tematyka ?

Oczywiście z Muzeum Powstania Warszawskiego. Przez pewien czas nie mieszkałam w Stanach, do Polski wróciliśmy w 2000 roku. Po jakimś czasie zobaczyłam ogłoszenie, że Muzeum potrzebuje tłumacza, więc się zgłosiłam. A kiedy tam weszłam, to już zostałam…

Rozumiem doskonale, ze mną było podobnie 😉

Tłumaczyłam na angielski podpisy pod zdjęciami na ekspozycji, a potem pracowałam przy wydanym przez Muzeum albumie Eugeniusza Lokajskiego „Broka”. Zrobiłam tam podpisy do 800 fotografii. Obejrzałam je wszystkie i to mi bardzo zapadło w pamięć. Rozmaici ludzie, którzy pojawili się na jednym zdjęciu i potem zniknęli bez kontynuacji, a szczególnie dzieci – to były (jak to nazywa Joanna Bator) takie zahaczki, które mnie bardzo zafascynowały.

Musiało minąć kilka lat zanim to mi się ułożyło w głowie. Ja zawsze chciałam pisać dla młodzieży, dlatego że sama mam czwórkę dzieci, kłębią się i cały czas mam ich w głowie. Mam dwóch synów – Wojtka i Mikołaja i kiedy tak mi zaleźli za skórę, pomyślałam sobie: A może ja Was teraz umieszczę w książce i zobaczymy jak to wtedy będzie. Zawsze mnie interesowało, co by oni wtedy zrobił, współczesna młodzież gdyby trafiła do powstania. Ja uważam, że zrobiliby to samo, co ówcześni powstańcy czyli stanęliby na wysokości zadania i sprawdzili się. Więc to chyba stąd. Pomysł dojrzewał dosyć długo, ale rzeczywiście – Muzeum plus te dzieciaki szalejące po domu, te wszystkie utwory, które są w „Galopie: to były rzeczy, których ja na okrągło musiałam słuchać, kiedy usiłowałam pracować na górze tłumacząc. A z drugiej strony – jak byłam w muzeum, pracując w czytelni, cały czas słyszałam wybuchy na ekspozycji. Trudno mi było się przyzwyczaić, bo podrywałam się do góry za każdym wybuchem, one są usytuowane blisko czytelni. To wszystko jakoś tak się zmieszało…

Ja uwielbiam tę ekspozycję. Nie czytam nigdy napisów pod zdjęciami, po prostu chodzę tamtędy i jakby to wszystko tak wchłaniam. I stąd się wziął „Galop”.

Ta książka adresowana jest do młodszych nastolatków czyli obecnych gimnazjalistów. Ta grupa wiekowa uważana jest za trudną…

Dla mnie jest ona naturalna, po prostu mam dzieci w tym wieku i mogę podglądać ich zachowania i reakcje. Mówi się, że to jest najtrudniejszy wiek i tak jest. Oni chowają się jakby za jego fasadą – noszą kaptury i robią różne dziwne rzeczy. ale my też je robiliśmy w ich wieku. To jest normalne. Ale równocześnie jest w nich jest ogromny potencjał i są bardzo wrażliwi. Obserwuję to, kiedy jeżdżę z „Galopem ’44” na spotkania autorskie w gimnazjach.

Dla mnie jako dla historyczki ogromną zaletą „Galopu” była jego zgodność z realiami historycznymi i to, że autentyczne postacie historyczne zostały tak wplecione w akcję, że można być spokojnym o to, że naprawdę mogli być właśnie wtedy właśnie w tych miejscach. To rzadkość obecnie, raczej pisząc o historii czy kręcąc o niej filmy podchodzi się do realiów z pewną nonszalancją…

Bardzo szybko przekonałam się, że prawdziwe historie są niebywale interesujące i nie ma powodu, żeby coś wymyślać. Nawet bym się nie odważyła konkurować z nimi. Tam nie ma nic wymyślonego, oprócz dialogów, ale one są wpisane w sytuacje realne i też zawierają w sobie elementy prawdziwe. Na przykład – ten Brytyjczyk mówi, że jechał rzemiennym dyszlem, a ja nawet nie wiedziałam, ze jest takie określenie, ale to jest zapisane w relacji pana Korbońskiego.

Także umiejscowienie w Warszawie powodowało, że ja już nie musiałam niczego szukać i wymyślać. To było tak a nie inaczej, zdarzyło tam, a nie gdzie indziej i koniec. Jestem rozgrzeszona z wszystkiego. Poza tym – bałam się takich czytelników jak Pani 🙂 Wiem, że ludzie bardzo dokładnie czytają książki i bezlitośnie wypunktują wszystkie nieścisłości.

Nie obawiała się Pani, że książka wywoła szturm na replikę kanału w Muzeum ?

Ja bardzo bym chciała, bo bardzo to miejsce lubię. Pisząc „Galop” nie wiedziałam jeszcze, że ten kanał kończy się autentycznym włazem z czasow Powstania. Takie autentyczne rzeczy jak ten właz czy pamiętnik z Powstania, który pożyczył mi pan Michał Pluta mają w sobie magiczną siłę. Wydaje mi się, że wystarczy ich dotknąć i dzieje się coś niesamowitego.

Po „Galopie” ukazała się kolejna Pani książka – znów o tematyce powstańczej czyli „Fajna ferajna”, ale tym razem nie jest to powieść…

Nie, jest to książka na którą składa się osiem opowieści ludzi, którzy przeżyli Powstanie jako dzieci. Taki był pomysł pani Lidki (nazwisko ?) z wydawnictwa Bis – żeby to były opowiadania o dzieciach z tamtych czasów i żeby ta książka była adresowana do młodszych dzieci niż „Galop”. Opierałam się ich na relacjach znajdujących się w Archiwum Historii Mówionej, ale z większością z nich zrobiłam też wywiady.

Na początku miała byś tylko książka, ale później, kiedy poznałam tych ludzi, stwierdziłam, ze nie można tego nie utrwalić.

I powstał film z ich udziałem, którego była Pani producentem.

Wszyscy bohaterowie tej książki przeżyli powstanie, ale nie wszyscy żyją do tej pory. Piątkę, która mieszka w Warszawie zaprosiliśmy do udziału w filmie. Jest tam także tak zwana Mała Ferajna czyli czwórka dzieci, które w tym wszystkim uczestniczą, słuchają ich opowieści i jakby przenoszą się w czasy powstania.

Nakręcenie filmu wymaga dużo większych pieniędzy niż wydanie książki. Skąd je wzięliście ?

To była trudna sprawa, ale na szczęście znalazły się dwie niesamowite firmy -Bank Zachodni WBK i Polska Grupa Energetyczna, które po prostu wyłożyły pieniądze, wsparły nas w produkcji filmu. Jesteśmy im bardzo wdzięczni. Patronat honorowy objęło Muzeum Powstania Warszawskiego oraz środowiska „Pomarańczarni” i „Baszty”. Wsparło nas również Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w m.st. Warszawie, które umożliwiło nam realizację zdjęć w kanałach.

Tych prawdziwych ?

Tak, wpuścili nas do prawdziwych kanałów. Najpierw do takich bardziej salonowych, gdzie wpuszcza ekipy się filmowe i które są przygotowane i wywietrzone. Później wdarliśmy się do prawdziwych kanałów, takich w jakich pełnił służbę „Hipek” i tam na początku leżał martwy szczur, wszystko było oblepione, smród… no po prostu – kanał. Z resztą nawet w tym luksusowym kanale, gdzie oczywiście nie ma światła (my mieliśmy generator na górze i lampy), jak się odchodziło kilka kroków od włazu, panowała absolutna ciemność.

„Hipek” wszedł tam po raz pierwszy po 70 latach i powiedział, że to jednak jest piekło. W filmie tego też nie ukrywa. Mówił, że się bał, że to było straszne, bo po jakimś czasie zaczynał mieć omamy słuchowe i wzrokowe. Pełniąc wartę w kanałach, miał rozkaz strzelać do każdego, kto nie poda hasła, a miał wtedy 14 lat. Na szczęście nigdy nie musiał. Ja mam bardzo podatną wyobraźnię i nawet w muzeum czuję się tak, jakbym się przeniosła w czasy powstania, więc te prawdziwe kanały zrobiły na mnie piorunujące wrażenie.

Film został nakręcony i jakie są jego dalsze losy ?

Jest pokazywany w Muzeum Powstania w Sali małego Powstańca podczas zajęć dla dzieci. Prawdopodobnie będzie pokazywany również w czasie Nocy Muzeów. Ukazał się na DVD i można go kupić razem z książką. Staramy się także zainteresować nim telewizje. Został także zgłoszony na festiwale filmowe, ale wydaje mi się, że nie ma on potencjału festiwalowego. Szczególnie na zachodzie jest chyba niezrozumiały mimo że ma napisy po angielsku. To, co tam pokazujemy, to są już relacje szczegółowe, które wymagają pewnej wiedzy podstawowej, a tej widzom stamtąd brak.

Napisała Pani już trzy książki (bo przed „Galopem” i „Ferajną” było jeszcze całkiem współczesne „Gupikowo”), zrealizowała Pani film… Co dalej ?

Na razie nie wiem. Wydaje mi się że temat powstańczy temat na razie wyczerpałam. Myślę o czymś innym – też historycznym, ale niekoniecznie dla dzieci, raczej dla starszych. Fascynuje mnie postać Julii Brystygier. Chciałabym poza tym kontynuować cykl „Gupikowo”, bo jego drugą część pisze już trzy lata. Marzy mi się także nakręcenie jeszcze jakiegoś filmu, bo to jest po prostu niesamowite przeżycie.

Życzę Pani realizacji tych planów i dziękuję za rozmowę.

Galop ’44

Galop ’44

Wpis z 6 września 2014 roku:

„Galop ’44” to pierwsza napisana po 1989 roku (a więc w czasach, kiedy już można o tych wydarzeniach pisać swobodnie, nie obawiając się ingerencji cenzury) i adresowana do młodzieży powieść, której akcja toczy się podczas Powstania Warszawskiego. I nadal jedyna.

Sięgnęłam po nią z wielkimi nadziejami i z równie wielkimi obawami – natury dwojakiej…

Po pierwsze – bałam się tego, że nieznana mi z wczesniejszych publikacji pani Monika Kowaleczko – Szumowska  może zbyt (jak na moją  skrzywioną historycznie odporność) nonszalancko podejść do faktów i realiów.

Nie tak dawno zdarzyło mi się trafić przypadkiem na całkiem współczesna książkę z gatunku: babskie czytadło, której autorka niestety postanowiła część akcji umieścić w czasie Powstania. Jej bohaterowie wędrowali sobie rypcium pypcium w te i z powrotem z Elektoralnej na Kruczą, tak jakby przejście przez Aleje Jerozolimskie nie stanowiło w tych dniach najmniejszego problemu. I wcale nie był to najbardziej okazały kwiatek, jaki w tej książce znalazłam 😦

Tymczasem wierność faktom i realiom jest, że tak powiem, najmocniejszą stroną „Galopu ’44”. Jej autorka tak napisała w Podziękowaniach zamieszczonych na końcu książki: Pragnę podkreślić, że zdecydowana większość przygód bohaterów „Galopu 44”, nawet te najbardziej nieprawdopodobne, to autentyczne wydarzenia odszukane w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego Jest to źródło niezwykłych powstańczych historii. Wiele postaci występujących w powieści jest inspirowanych sylwetkami prawdziwych powstańców. W książce pojawia się wiele postaci autentycznych i (ku mojej niekłamanej radości 😉 ) znajdują się one w miejscach i czasie, w których rzeczywiście mogły być.

A w dodatku, zupełnie przypadkiem, właśnie problemy komunikacyjne między Śródmieściem Północnym i Południowym oraz okupiona ogromnym wysiłkiem i wieloma ofiarami budowa barykady i rowu umożliwiającego przejście Alej Jerozolimskich jest jedną z osi akcji tej książki.

Moja druga obawa związana była z pomysłem autorki, aby bohaterami  uczynić współczesnych nastolatków przeniesionych w czasie. Takie zabiegi są zawsze ryzykowne i najeżone pułapkami, ale udało jej się wyjść z nich obronną ręką.

Dwaj bracia, dwa światy, jedno powstanie.

Pojawienie się w powstańczej Warszawie chłopców żyjących w niej współcześnie jest zabiegiem, który pomaga nastoletniemu czytelnikowi umieścić wydarzenia znane z historii w miejscach, które mija codziennie.

Wojtek i Mikołaj są co prawda nastolatkami na wskroś dwudziestopierwszowiecznymi, pojawiają się w Powstaniu w dżinsach i ze słuchawkami od Ipadów w uszach, ale równocześnie dysponują wiedzą historyczną, która pozwoliła im odnaleźć się w tamtych realiach. Mimo że doskonale zdają sobie sprawę nie tylko z tego, jak wszystko się skończy, ale czasami też jakie będą dalsze losy spotkanych ludzi, rozumieją, że nie mogą próbować zmienić historii. A kiedy podejmują takie nieśmiałe próby, przekonują się szybko, że to jest niemożliwe.

Czytałam o ich wędrówkach między oddalonymi o 70 lat sierpniami i skóra cierpła mi na myśl o tym, że może to wywołać szturm kolejnych amatorów podróży w czasie na replikę kanału w Muzeum Powstania Warszawskiego. Na szczęście jest tam zaznaczone wyraźnie, że nie każdy i nie zawsze może tamtędy przejść.

Wojtek i Mikołaj zostali wybrani do tego zadania, żeby zachować żywą pamięć wtedy, kiedy już zabraknie świadków tych wydarzeń – „Galop ’44” służy właśnie jej przekazaniu. Mam nadzieję, że dzięki tej książce ich rówieśnicy zobaczą w uczestnikach Powstania Warszawskiego nie tylko szare postaci z dawnych kronik filmowych, ale autentycznych ludzi. I że pomoże im ona zrozumieć, o co i dlaczego oni wtedy walczyli…

P.S. Już po napisaniu tej recenzji przeprowadziłam wywiad z panią Moniką Kowaleczko-Szumowską, nie tylko o tej książce. Znajdziecie go —>>> tutaj

Monika Kowaleczko – Szumowska „Galop ’44” , wyd.: Egmont, Warszawa 2013

Książka została wznowiona w 2022 roku przez Wydawnictwo Harperkids z nową okładką, ale ja wolę tę poprzednią – bardziej osadzoną w Muzeum Powstania Warszawskiego

My i nasza historia

My i nasza historia

Wpis z 11 grudnia 2017 roku, napisany dla portalu „Ryms”:

Kiedy byłam mała, telewizja miała tylko jeden kanał (potem dwa, ale to i tak niewiele zmieniało), a o internecie nawet nie marzyliśmy, jedną z moich rozrywek było oglądanie Wielkiej Encyklopedii PWN, ze szczególnym uwzględnieniem kolorowych tablic. Do najbardziej ulubionych należała ta z nich, która przedstawiała pary ludzi w strojach z rozmaitych epok – od starożytności do (ówczesnej) współczesności.

Przypomniało mi się to, kiedy zobaczyłam okładkę książki „My i nasza historia”, a jeszcze bardziej zachęcona do niej poczułam się po przeczytaniu tekstu zamieszczonego na ostatniej okładce:

Opowiemy wam naszą historię. Historię nie królów, królowych, przywódców, emirów, cesarzowych, prezydentów, dyktatorów, ale naszą. Mężczyzn, kobiet i dzieci zaludniających Ziemię.

Wszyscy jesteśmy bohaterami tej opowieści, która rozpoczęła się 150 tysięcy lat temu i trwa. Mijały wieki, a my pracowaliśmy, tworzyliśmy cuda i zmienialiśmy swój świat…

Pomysł pokazania historii z perspektywy zwykłych ludzi, bez wielkich wodzów, królów i cesarzy wydał mi się całkiem ciekawy i rzeczywiście wyszło to interesująco. Niektórzy z nich znaleźli się w zamykającej książkę galerii Sławni w naszej historii, a już decyzją samego czytelnika będzie, czy zechce ich skojarzyć z konkretnym momentem w dziejach.

Nie ma w tej książce także dat (poza orientacyjnie umieszczonymi początkami stuleci) oraz jednej geograficznej perspektywy. Czasem oglądamy świat oczyma europejczyków, innym razem – Chińczyków czy mieszkańców Ameryki Południowej

Gdyby książka skończyła się razem z XIX wiekiem, nie miałabym do niej większych zastrzeżeń. Niestety sposób, w jaki ukazany został wiek XX, nieprzyjemnie mnie zaskoczył. Był to bodaj najtrudniejszy i najbardziej krwawy czas w dziejach ludzkości – czas DWÓCH totalitaryzmów. Oba mają na swoim koncie niewyobrażalne ilości ofiar na całym świecie i oba położyły się na dziejach świata cieniem, który sięga do dziś. W tej książce sporo miejsca (choć paradoksalnie – mniej niż wojnie secesyjnej) poświecono nazizmowi, a komunizm (trwający przecież zdecydowanie dłużej) nie doczekał się żadnej, nawet najmniejszej wzmianki. Nazwa Związek Radziecki pojawiła się dopiero w kontekście zimnej wojny , którą skwitowano w następująco: Dwa modele społeczeństwa, dwa systemy ekonomiczne konkurują ze sobą przez pół wieku. Ostatecznie triumfuje demokratyczny model społeczeństwa gwarantujący wolność ekonomiczną i osobistą. Czy jest najlepszy ? No cóż – może i nie jest najlepszy, ale lepszego na razie jakoś nie udało się ludzkości wymyślić, a wszelkie próby jego tworzenia kończyły się tragicznie.

Gdyby takie pominięcie czy też uproszczenie dotyczyło odległej przeszłości, mogłabym je potraktować jako błąd, który jednak nie odbiera tej publikacji wartości. Dotyczy ono jednak spraw nadal żywych, dotyczących świata, w którym żyć będą jej czytelnicy i dlatego niestety w moich oczach ją dyskwalifikuje.

Yvan Pommaux, Christophe Ylla – Somers „My i nasza historia”, przekł.: Katarzyna Rodak, wyd.: Tatarak, Warszawa 2017

Rzeka czasu. Podróż przez historię świata.

Rzeka czasu. Podróż przez historię świata.

Wpis z 22 listopada 2016 roku:

Kiedy pierwszy raz przeczytałam zapowiedź tej książki, od razu skojarzyła mi się z „Krótką historią świata dla młodszych i starszych” Ernsta Gombricha Tam na jednej z pierwszych ilustracji też była taka rzeka, a w rozdziale kończącym autor pisał:

Wyobraź sobie rzekę czasu nad którą właśnie przelecieliśmy samolotem. Gdzieś tam we mgle daleko za nami może się jeszcze domyślasz skalnych jaskiń łowców mamutów, domyślasz się stepów, na których wyrosły pierwsze zboża. Te odległe punkciki, to piramidy i wieża Babel. Po tamtych nizinach Żydzi kiedyś pędzili swoje stada. (…)

Lecz pod nami i przed nami jest jeszcze mgła, nieprzenikniona mgła. Wiemy tyko, że rzeka płynie dalej, nieskończenie daleko, ku nieznanemu morzu.

Peter Goes tworzył swoją rzekę jakieś 80 lat po Gombrichu i dlatego, zgodnie z tym, co przez ten czas ustaliła nauka, jej źródłem jest wielki wybuch, a pierwszymi organizmami, jakie możemy w niej spotkać (na dłuuugo przed pierwszymi u Gombricha dinozaurami) są stromatolity i trylobity. W pierwszej z tych książek opowieść kończyła się po pierwszej wojnie światowej, tutaj – dopływamy aż do połowy drugiej dekady XXI wieku.

Książkę Goesa trudno w ogóle nazwać opowieścią – tytułowa rzeka wije się przez kolejne wielkie strony, a w jej nurcie pojawiają się rozmaite ważne dla historii miejsca, ludzie i wydarzenia. Każdej planszy towarzyszy też krotki tekst porządkujący czy też charakteryzujący pokazany na niej okres historii. Peter Goes tylko raz zauważył Polskę w głównym nurcie swojej rzeki i było to w roku 1980. Wydawnictwo zadbało jednak o to, żeby w każdym z tych komentarzy (od wczesnego średniowiecza począwszy) pojawiły się informacje o tym, co się wtedy w naszym kraju działo. I chwała mu za to !

Sięgałam po „Rzekę czasu” z ogromną nadzieją – mam tak z każdą książką, która daje nadzieje na to, ze zdoła zainteresować dzieci historią. Wrażenia z pierwszego kontaktu z nią miałam jednak mieszane. Wydała mi się jakaś taka bałaganiarska, nieuporządkowana i zaczęłam mieć wątpliwości, czy młody czytelnik coś z niej w ogóle wyniesie ? Zdaję sobie jednak sprawę, że jestem z innego niż jej adresaci pokolenia 😉

Peter Goes kończy ich podróż słowami: Jakie będą następne dziesięciolecia ? To może zależeć także od ciebie. Ja jednak najchętniej spuentowałabym to tak, jak uczynił to w 1935 roku Ernst H. Gombrich:

Zejdźmy teraz samolotem niżej nad rzekę. Z bliska widać, że to prawdziwa rzeka, a jej fale szumią jak fale morza. Zrywa się silny wiatr, na falach pienią się białe grzywy. Przypatrz się im dobrze, tym milionom połyskliwych, białych bąbelków, które z każdą falą powstają i przemijają. Tylko przez chwilę niesie je grzbiet fal, potem opadają i znikają.

Widzisz, każdy z nas jest tylko taką połyskliwą drobiną, maleńką kropelką na falach czasu, które tam w dole przepływają i odpływają w niewiadomą mglistą przyszłość. Wynurzamy się, rozglądamy wokół i zanim się spostrzeżemy, już nas nie ma.

Wcale nas nie widać w wielkiej rzece czasu. Wciąż pojawiają się nowe fale. A to, co nazywamy naszym losem, to nic innego, jak tylko nasza walka w natłoku kropelek w czasie jednego poruszenia fali w górę i w dół. Ale tę chwilę chcemy wykorzystać. Warta jest zachodu.

Peter Goes „Rzeka czasu. Podróż przez historię świata”, przekł.: Iwona Mączka, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2016

Ernst H. Gombrich „Krótka historia świata dla młodszych i starszych”, przekł.: Barbara Ostrowska, wyd.: Świat książki, Warszawa 2008

Krótka historia świata

Krótka historia świata

Wpis z 29 kwietnia 2012 roku. Wydanie, które wówczas czytałyśmy miało tytuł „Krótka historia świata dla młodszych i starszych”, ale poza jego skróceniem obecna wersja niczym się nie różni.

Historia tej książki sama w sobie mogłaby być materiałem na książkę…

Wszystko zaczęło się w Wiedniu, w roku 1935. Ernst Gombrich, historyk sztuki świeżo po doktoracie, miał problemy ze znalezieniem pracy – być może przyczyną tego było jego żydowskie pochodzenie. Pewien zaprzyjaźniony młody redaktor, zwrócił się do niego z zapytaniem, czy nie miałby ochoty przejrzeć angielskiego podręcznika historii dla dzieci i może przetłumaczyć go na niemiecki. Książka została polecona mu przez wspólnego przyjaciela, który w Londynie studiował medycynę i miała się ukazać w nowej serii, zatytułowanej „Nauka dla dzieci” – pisze w wstępie wnuczka autora Leonie Gombrich.

Dziadek niezbyt się książką zachwycił i powiedział Walterowi Neurathowi, późniejszemu założycielowi wydawnictwa Thames & Hudson w Anglii, że nie warto jej tłumaczyć. „Myślę, że sam napisałbym lepszą” – stwierdził, na co Neurath poprosił, żeby przysłał mu może jeden rozdział.

Na ostatnim etapie pracy nad doktoratem mój dziadek korespondował z córeczką przyjaciół, która chciała wiedzieć, czym jest wciąż tak zajęty. (…) Był przekonany, że większość rzeczy można inteligentnemu dziecku wytłumaczyć prostymi słowami, bez trudnych terminów fachowych. Napisał więc barwny rozdział o czasach rycerzy i posłał Neurathowi. Wydawca był bardzo zadowolony, dodał jednak: „Jeśli książka ma się ukazać zgodnie z planem, rękopis musi być gotowy w ciągu sześciu tygodniu”.

Opisać dzieje świata – od prapoczątków do dwudziestego wieku – w sześć tygodni ? Wydaje się to niemożliwe, a jednak udało się. W obłędnym tempie – jeden rozdział dziennie (z wyjątkiem niedziel). I wydaje mi się, że właśnie ten krótki czas jest tajemnicą sukcesu tej książki. Gombrich nie mógł sobie pozwolić na rozpisywanie się i brnięcie w szczegóły. Po prostu zadał sobie pytanie, które wydarzenia z przeszłości wywarły wpływ na życie większości ludzi i do dzisiaj najgłębiej zachowały się w pamięci. I tylko te najważniejsze wydarzenia opisał, a dzięki temu udało mu się wydobyć to, co jest historii esencją – procesy zmian oraz pokazać ją jako rzekę czasu bez początku i bez końca.

„Krótka historia świata” ukazała się drukiem w 1936 roku i spotkała się z bardzo przychylnym przyjęciem. Niestety – zaraz potem świat ogarnęła II wojna światowa, która przerosła wszystko, co zostało opisywał w tej książce. Dopiero w trzydzieści lat po zakończeniu wojny przypomniano sobie o niej i ukazało się wtedy jej kolejne niemieckie wydanie, z nowym rozdziałem dopisanym przez Gombricha, który zdążył już okryć się sławą jako wybitny historyk sztuki i autor kultowej „The Story of the Art” (wydanej w Polsce pod tytułem „O sztuce”).

„Krótka historia świata” napisana jest z perspektywy europejskiej i choć są w niej również rozdziały poświęcone Chinom czy Indiom, to jest to przede wszystkim historia ludzi z kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej. Perspektywa europejska jest również nieco skrzywiona w stronę kręgu niemieckojęzycznego (dość wspomnieć o tym, że jedyna wzmianka o Polsce pojawia się przy okazji odsieczy wiedeńskiej Jana III Sobieskiego 😉 ), ale mimo to zdecydowanie warto podsunąć ją naszym dzieciom. Przyznam, że czytając ją z Najmłodszą, która właśnie kończy piątą klasę, nie raz zazdrościłam jej i byłam zaskoczona, jak prosto i klarownie można napisać o wydarzeniach, których zrozumienie kosztowało mnie swego czasu sporo wysiłku.

Chciałbym podkreślić, że ta książka nigdy nie miała i nie ma zastępować podręcznika historii, który w szkole służy zupełnie innym celom. Chciałbym, żeby moi czytelnicy usiedli wygodnie i śledzili historię, nie robiąc notatek i niekoniecznie zapamiętując nazwiska, nazwy i daty. Obiecuję, że nie będę ich odpytywał. – napisał Gombrich we wstępie do wydania tureckiego „Krótkiej historii”. Ja również Was do tego zachęcam. Bardzo przyjemnie jest siąść razem z dzieckiem i wspólnie dać się ponieść rzece czasu…

Ernst Gombrich „Krótka historia świata dla młodszych i starszych”, przekł: Barbara Ostrowska, ilustr.: ? *, wyd.: Świat Książki, Warszawa 2008

* Wykonanie ilustracji powierzono byłemu instruktorowi jazdy konnej, po pięć szylingów od rysunku. Dziadek lubił podkreślać, że liczne konie na obrazkach są o wiele lepiej narysowane niż ludzie (ze wstępu Leonie Gombrich)

Ernst Gombrich „Krótka historia świata”, przekł: Barbara Ostrowska, ilustr.: ? *, wyd.: Rebis, Warszawa 2016

Boom herstoryczny czyli subiektywny przegląd książek o ważnych kobietach

Boom herstoryczny czyli subiektywny przegląd książek o ważnych kobietach

W 31 numerze kwartalnika „Ryms” ukazał się mój artykuł o książkach stanowiących swoiste przeglądy kobiet znanych z historii – zapraszam do czytania 🙂

Boom Herstoryczny ???

Puryści językowi i oddani idei prawdy etymolodzy mogą wpaść w furie, słysząc ten termin: herstoria. Święte oburzenie jest po części uzasadnione, pod względem językowym „herstoria” ma się do „historii” jak „feminoteka” do „biblioteki”, stanowi sztuczny twór o fałszywej etymologii, fantazję słowotwórczą, która ma jednak czelność bronić się w inteligentny, przemyślny i nie pozbawiony humoru sposób. [1]

Herstoria to termin, który powstał na skutek zabawy słowami – angielskie HISTORY można też czytać jak dwa słowa HIS STORY czyli Jego Historia (albo opowieść czy też wręcz bajka).

Przez długi czas w historii – tej uprawianej i nauczanej tradycyjnie dominowały kwestie polityczne. Skupiała się ona na wielkich postaciach i przełomowych datach, pomijając kompletnie te obszary życia, których tradycyjnie dotyczyła aktywność kobiet. Tak pojmowana historia była rzeczywiście historią mężczyzn, kobiety pojawiały się w niej tylko wtedy, kiedy wchodziły w role i zadania tradycyjnie uznawane za męskie. Zaczęło się to zmieniać już w XX wieku, kiedy (przede wszystkim pod wpływem francuskiej szkoły „Annales”) zwrócono się ku historii społecznej.

Odpowiedzią na tak postrzeganą HIStorię jest HERstoria rozumiana jako taki rodzaj narracji historycznej, w której ważnym (jeśli nie najważniejszym) punktem odniesienia będą kobiety – ich sprawy, problemy i osiągnięcia. Ten termin znakomicie nadaje się do opisania pewnego trendu, z którym od niedawna mamy do czynienia w świecie książek dla dzieci młodzieży. Z pewną przesadą nazwałabym go nawet herstorycznym boomem.

W 2017 roku ukazały się w Polsce trzy książki będące zbiorami opowieści o niezwykłych kobietach, które zmieniały świat: „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, „Superbohaterki” oraz „Damy, dziewuchy, dziewczyny”. Spróbujmy im się przyjrzeć – o czym i w jaki sposób opowiadają ?

„Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” to polski przekład książki „Good Night Stories for Rebel Girls”, która ukazała się w 2016 roku, a jej autorkami są Elena Favilli i Francesca Cavallo. Wydano ją dzięki największej dotychczas akcji crowdfundingowej dotyczącej książek, w której zebrano ponad milion dolarów. W poprzedzającym ją motcie autorki tak zwracają się do swoich czytelniczek: Do młodych buntowniczek ze wszystkich stron świata: wyzwólcie marzenia, mierzcie wysoko, stawiajcie opór, a w chwilach zwątpienia pamiętajcie: macie rację.

Opisano tam historie 100 kobiet żyjących na przestrzeni trzech i pół tysiaca lat na całej ziemi. Chciałyśmy przedstawić kobiety z tylu krajów, z ilu to tylko możliwe, ponieważ w produkcjach mediów dla dzieci brakuje różnorodności nie tylko pod względem płci, ale także pod względem rasy, orientacji seksualnej czy wyznania. Naszym celem było również przedstawienie kobiet różnych zawodów; chciałyśmy mieć: puzonistki, oceanolożki, sędzie, działaczki polityczne, szpiegów, szefowe kuchni, surferki, poetki i piosenkarki rockowe. I na koniec, wybierałyśmy kobiety, których życie osobiste miało w sobie coś, co mogło zainteresować dzieci, na przykład Julia Child, sławna szefowa kuchni, która zaczęła swoją karierę jako szpieg i gotowała ciastka, które miały za zadanie podczas drugiej wojny światowej odstraszać rekiny od podwodnych materiałów wybuchowych. – powiedziały autorki w wywiadzie dla pisma „Kosmos”.[2]

Swego rodzaju paradoksem tej (i innych podobnych) publikacji jest to, że opowiadając o życiu kobiet przełamujących schematy sama wtłacza je w swój własny schemat. Opowieść o każdej z nich, utrzyma jest w konwencji bajki (Dawno, dawno temu żyła dziewczyna imieniem...) i mieści się na jednej stronie, drugą zajmuje jej portret. Jest to w tym samym stopniu dobrą stroną tej książki, co jej słabością. Z jednej strony – nie wyróżnia nikogo, pokazuje, że każda ze stu bohaterek jest tak samo ważna, z drugiej – w wielu przypadkach wymusza spłycenie opowieści, bo trudno jest opisać dokonania takich postaci jak Maria Skłodowska – Curie na jednej stronie i w efekcie często skupia się tylko na tym, w czym wychodziły poza tradycyjną rolę kobiety.

Portrety bohaterek zostały stworzone przez 60 artystek z całego świata, w tym Zosię Dzierżawską z Polski. Wybór kobiet graficzek był celowy. Uważamy, że to nasz obowiązek, by pozwolić dojść do głosu tym wspaniałym dziełom, które tworzą na co dzień artystki z każdego zakątka świata. Zależało nam również na przedstawieniu szerokiego wachlarza stylów każdej z nich, który wynika z ich różnych osobowości. Media mają skłonność do pokazywania kobiet w bardzo uproszczony sposób. My chcemy pokazać, że kobiecość ujawnia się bardzo różnorodnie, tak jak nie ma jednego sposobu bycia kobietą, lub dziewczynką – buntowniczką. [3]

Zastanawiałam się nad tym, jakie były kryteria doboru setki bohaterek i trudno mi znaleźć jakiś klucz (poza płcią oczywiście). Na jednym końcu osi czasu mamy faraona Hatszepsut, która żyła ok. 1500 lat p.n.e. i była pierwszą kobietą zasiadającą na egipskim tronie, a na drugim – Coy Mathis, dziesięcioletnią obecnie transseksualną dziewczynkę, której rodzice wywalczyli dla niej w sądzie prawo do korzystania z damskich toalet w przedszkolu. Pomiędzy nimi – artystki, działaczki społeczne, naukowczynie i władczynie, żyjące w różnych czasach, różnych krajach i różnych sytuacjach społecznych. Ponieważ ułożone są alfabetycznie, więc powstaje misz masz, w którym, obawiam się, czytelnicy słabiej zorientowani w historii i nie zawsze kojarzący konteksty kulturowe, mogą się pogubić. Dlatego nie jest to książka z którą można zostawić dziecko sam na sam i oczekiwać, że ją sobie samodzielnie przeczyta. To raczej 100 historii, które powinny być wstępem do rozmowy z dzieckiem.

Elena Favilli i Francesca Cavallo powiedziały: Od kobiet oczekuje się mówienia o pokoju i harmonii, nawet w sytuacji gdy są wiktymizowane i odmawia im się podstawowych praw. Czujemy, że nie ma potrzeby pisania kolejnych książek dla kobiet o tym jak unikać nieporozumień. Świat potrzebuje książek, które będą zachęcały kobiety do bycia sobą, nawet jeśli to oznacza bycie nielubianą. Właśnie dlatego użyłyśmy słowa „buntowniczka” w tytule książki. [4] Trudno się wobec tego dziwić, że wśród jej bohaterek znalazła się Katarzyna II, choć zarówno sama jej osoba, jak i sposób, w jaki została opisana wydają mi się dyskusyjne (szczególnie w kontekście polskiego wydania „Opowieści”). To również może być ciekawy punkt wyjścia do rozmowy – czy zawsze robiąc to, co się chce, ma się rację ?

Niedawno pojawiła się angielska edycja drugiego tom z kolejną setką niezwykłych kobiet. Tym razem kandydatury zgłaszali sami czytelnicy.

„Superbohaterki” Małgorzaty Frąckiewicz różnią się od „Opowieści na dobranoc” zarówno ilością bohaterek (jest ich tylko 14), jak i kluczem ich doboru (kobiety, które dokonały ważnych, a równocześnie mało znanych odkryć naukowych) oraz sposobem ich opisywania. Autorka dość skrótowo traktuje życie opisywanych przez siebie kobiet, wyjaśnia natomiast szerzej znaczenie oraz sens ich odkryć i wynalazków. Udaje jej się zrobić to w sposób przystępny i zrozumiały dla młodych czytelników także dzięki interesującej, nowoczesnej formie graficznej książki, która zawiera również propozycje doświadczeń możliwych do przeprowadzenia w domu.

Anna Dziewit – Meller w książce „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” ograniczyła się do kobiet znanych z historii Polski. Narratorką uczyniła Annę Henrykę Pustowójtównę, która walczyła w Powstaniu Styczniowym i była adiutantem jego dyktatora Mariana Langiewicza. Poza nią poznajemy kilkanaście kobiet – od Świętosławy, córki Mieszka I po Wandę Rutkiewicz. Są wśród nich takie, o których pamięta się do dziś nie tylko w Polsce jak Irena Sendlerowa czy Maria Skłodowska – Curie (nota bene – jedyna bohaterka, która znalazła się we wszystkich tych trzech książkach), ale też zupełnie zapomniane jak poetki Elżbieta Drużbacka i Maria Komornicka (pisząca pod pseudonimem Piotr Włast).

Mnie najbardziej zainteresował rozdział o architektkach Warszawy, bo są to osoby, o których rzadko się pamięta. Uświadomiłam sobie przy tej okazji, że z czterech wspomnianych tam kobiet tylko Halina Skibniewska pracowała na własne nazwisko, pozostałe trzy znane są niemal wyłącznie jako część małżeńskich duetów. Mówi się albo o Oskarze Hansenie, albo o Hansenach, a żeby przypomnieć sobie jak miała na imię jego żona, musiałam się chwilę zastanowić. Podobnie jest z Barbarą Brukalską i Heleną Syrkusową.

Kwestią dyskusyjną jest konwencja tej książki, którą albo się kupuje od razu albo nie. Ja, muszę przyznać, miałam z nią dwa problemy. Pierwszym był pomysł, aby narratorką została bohaterka z XIX wieku, która opowiada zarówno o bohaterkach z odległej przeszłości, jak i o tych, które żyły już po niej (a jedna nawet żyje nadal). Drugim, może nawet większym, okazał się na wskroś współczesny język, którym się ona posługuje i nadmiar bezpośredniości, taka kumplowska maniera, z jaką zwraca się do czytelników. Z trudem byłam w stanie zaakceptować to, że sama siebie nazywa Heńką, przerosło mnie natomiast pisanie o królu Polski per Jadźka… Zastanawiam się – czy cel, jakim jest dotarcie do współczesnych czytelników, uświęca środek w postaci kompletnej ahistoryczności przekazu ? Jest to zresztą problem nie tylko tej książki, pojawia się też często w filmach na tematy historyczne. Mamy w nich dekoracje i kostiumy z przeszłości, a w nich bohaterów, którzy mówią, myślą i zachowują się całkiem współcześnie. Stwarzać to może wrażenie, że co prawda z upływem czasu zmieniały się warunki życia, natomiast sposób myślenia i mentalność ludzi zawsze były takie, jak teraz.

Mówiąc o herstorycznym boomie w literaturze dla dzieci młodzieży miałam na myśli nie tylko te trzy zbiory. W ostatnim czasie ukazuje się coraz więcej książek historycznych, których bohaterkami są kobiety. Kiedy opisuje się biografię tylko jednej osoby można o niej napisać bardziej wyczerpująco i pokazać jej życie na szerszym tle, niż wtedy, kiedy ogranicza to schemat zbioru.

Prekursorką tego nurtu na gruncie polskim można nazwać Annę Czerwińską- Rydel i te z jej książek biograficznych, które poświęcone są kobietom. Bohaterami pierwszej Gdańskiej Trylogii byli bardzo znani gdańszczanie – Jan Heweliusz, Daniel Gabriel Fahrenheit i Artur Schopenhauer, ale kolejną poświęciła zdecydowanie mniej znanym gdańszczankom – Elżbiecie Heweliusz, Konstancji Czirenberg i Joannie Schopenhauer. W ramach trylogii „Bo góry są” obok biografii Jerzego Kukuczki napisała też „Pięć skarbów pod wielkim śniegiem. Opowieść o Wandzie Rutkiewicz”. „W poszukiwaniu światła” to historia Marii Skłodowskiej – Curie, a niebawem ukaże się także książka „Listy w butelce” poświęcona Irenie Sendlerowej.

„Z Bożej łaski Jadwiga, król” Zuzanny Orlińskiej opowiada historię Jadwigi Andegaweńskiej i początków jej panowania w Krakowie. Autorka nie spoufala się ze swoją bohaterką, starannie odtwarza natomiast średniowieczny obyczaj, sposób myślenia i życie na dworze, aby na tym tle ukazać sytuację ówczesnych dziewcząt nie tylko z królewskich rodów. Wprowadza do tej opowieści także kolejną, mniej niż Jadwiga znaną żonę Władysława Jagiełły, Annę Cylejską. Uświadamia, w jak niewielkim stopniu miały one wpływ na swoje życie i jak bardzo było ono zależne od decyzji opiekujących się nimi mężczyzn.

Książki o dziewczętach i kobietach w historii nie są lekturami tylko dla dziewczynek, podobnie jak wcześniej książki o historii z mężczyznami w roli głównej nie były tylko dla chłopców. Przeszłość mamy wspólną, nie dzieli się na męską i żeńską i wspólne powinny być doświadczenia z niej płynące.

Elena Favilli i Francesca Cavallo „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet”, wyd. Debit, Katowice 2017

Małgorzata Frączek „Superbohaterki. Świat i wielkie odkrycia”, wyd. Ezop, Warszawa 2017

Anna Dziewit – Meller „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy”, wyd. Znak, Kraków 2017

[1] Lucyna Marzec „Herstoria żywa, nie tylko jedna, nie zawsze prawdziwa”, „Czas kultury” 5/2010

[2], [3], [4] https://fundacjakosmos.org/marzymy-by-ta-ksiazka-znalazla-sie-na-polce-kazdej-dziewczynki-autorki-opowiesci-na-dobranoc-dla-mlodych-buntowniczek-pierwszy-polski-wywiad

Cztery strony czasu

Cztery strony czasu

Iwona Chmielewska otrzymała wczoraj tytuł „Projektantki Roku 2018”, a „Jak ciężko być królem” nagrodę w kategorii ilustracji w konkursie  Polish Graphic Design Awards !!!

Z tej okazji przypomnę jej kolejną książkę, o której pisałam 2 listopada 2013 roku:

Gdzieś w Europie, nad wielką rzeką Wisłą wznosi się bardzo stare miasto. Jego historia jest długa i zawiła, niepodobna do historii innych miast, ale ludzie tu żyjący mają takie same marzenia, zmartwienia i radości jak ludzie na całym świecie.

Na czworokątnym rynku w środku miasta stoi ogromny ratusz zbudowany sześćset lat temu. Nad ratuszem góruje czworokątna wieża z czterema tarczami zegara zwróconymi w cztery strony świata. Zegar ten, złocąc się w świetle słońca i księżyca, wskazuje czas ludziom żyjącym tu dziś, tak samo jak wskazywał przed wiekami.

„Cztery strony czasu” to książka mocno osadzona w realiach geograficznych i historycznych Torunia, ale równocześnie uniwersalna.

Kiedy uczymy się historii skupiamy się na wydarzeniach politycznych, wojnach, rewolucjach, odkryciach, wynalazkach czy życiu wielkich ludzi, którzy swą działalnością zmieniali świat. Tymczasem miedzy tymi ważnymi datami toczyło się, toczy i toczyć będzie normalne, codzienne życie normalnych, zwykłych ludzi. Nie tylko w Toruniu, ale w każdym miejscu na świcie, także w Korei, gdzie ta książka ukazała sie najpierw.

Polacy, Niemcy, Żydzi mieszkający przy rynku od wieków otwierają kluczami drzwi, przynoszą zakupy, myją naczynia, czeszą włosy, siadają do stołu, przytulają dzieci, chorują, ziewają, przyszywają guziki, czytają książki, rozmyślają o przyszłości… Robią codziennie wszystko to, co zwykle robią ludzie – teraz i pięćset lat temu.

Począwszy o roku 1500, co 100 lat zaglądamy do tych samych czterech okien po czterech stronach toruńskiego rynku. Za każdym razem jest inna pora roku i inna pora dnia, zmieniają się stroje i wygląd pokoi, ale to, co najważniejsze, pozostaje niezmienne. Ludzie kochają się, tęsknią do siebie, troszczą się o dzieci – i te małe, i te duże, myślą z nadzieją o tym, co nastąpi i wspominają tych, których już nie ma…

Oczy mieszkańców rynku – niebieskie, piwne, zielone, wesołe lub pełne łez, młode i stare, piękne i nijakie, od wieków coś łączy: patrzą przez te same okna swoich mieszkań na wielki pozłacany zegar, który co dzień, z każdej z czterech stron pokazuje te same godziny.

Też sam czas jednym ucieka za szybko, dla drugich wlecze się nieznośnie. Ta sama godzina dla jednych jest godziną narodzin, a innym przynosi śmierć. Jedni spieszą się, aby zdążyć na ważne spotkanie, które przesądzi o całym ich życiu, inni muszą o tej godzinie wyjąć ciasto z pieca, żeby się nie spaliło, a dla jeszcze innych ta sama godzina minie niezauważenie.

To kolejna, po „Pamiętniku Blumki” książka Iwony Chmielewskiej, która w fantastyczny sposób dotyka spraw pozornie nieopisywalnych. I kolejna, która zachwyca wizualnie – od stylowej okładki przez kipiące życiem kolażowe ilustracje wewnątrz, aż po kod kreskowy starannie wkomponowany w jej plecy 😉

Nie wiadomo, co zdarzy się w mieście przez następnych sto.. dwieście… trzysta lat… Jednak pewne jest to, że latem będzie mocno grzało słońce, zimą będzie padał śnieg, drzewa będą żółkły jesienią i kwitły wiosną…

Czas będzie mijał bezpowrotnie. Dzieci, które urodzą się w domach przy rynku, po latach staną się prababciami, po stu latach ktoś je już tylko wspomni, a po stu następnych ten ktoś będzie wspominany jako pradziadek. Do mieszkań wprowadzą się nowi ludzie, a pamięć o tych, którzy setki lat temu wchodzili przez te same drzwi i wyglądali przez te same okna, minie bezpowrotnie.

„Cztery strony czasu” to książka, która znakomicie wpisuje się w atmosferę wczorajszych Zaduszek. Uświadamia nam, że jesteśmy tylko ogniwem w długim łańcuchu pokoleń – przed nami było ich wiele i po nas nastąpią kolejne…

Zapalałam dziś z moimi córkami znicze na grobach ich pradziadków i prapradziadków, a przy okazji na grobach rozmaitych innych osób z naszej rodziny – zmarłych nierzadko na długo przed moim narodzeniem. Jak co roku starałam się im opowiedzieć o tych ludziach jak najwięcej, ale sama wiem tyle, co z opowiadań innych, więc niewiele. Wiemy jak się nazywali, jakie pokrewieństwo nas łączy, czym zajmowali, kiedy zmarli, ale poza tym ? Jacy byli ? Co ich cieszyło, co lubili jeść, a czego nie znosili robić ?

Oni nawet nie przeczuwali naszego obecnego istnienia, tak jak my nie wiemy, kto za kolejne sto lat stanie nad naszymi grobami i w jakim świecie będzie żył…

Iwona Chmielewska (tekst & ilustr.) „Cztery strony czasu”, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2013

Edit: Iwona Chmielewska została nominowana do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!