Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii KOMIKS !!!
Nie znam się na komiksach, nie jest i nie był to nigdy mój ulubiony rodzaj literatury. Moje córki tez jakoś w nich nie gustowały. Od czasów szkoły podstawowej, kiedy czytywałam „Świat Młodych”, prawie nie miałam z komiksami kontaktu, ale teraz uświadamiam sobie, jak wiele w tej kwestii zawdzięczam właśnie temu pismu. Dla tych, co są za młodzi, żeby pamiętać – była to gazeta dla młodszej młodzieży, która ukazywała się trzy razy w tygodniu (!!!). Z dzisiejszej perspektywy patrząc – siermiężna, jak wszystko wówczas, ale wtedy nie mieliśmy za bardzo z czym jej porównywać. Na ostatniej stronie był komiks w odcinkach i właśnie tam miałam okazję zetknąć się z twórczością niemal wszystkich najważniejszych ówczesnych rysowników. Oprócz znanych mi z wydań książkowych Tytusa, Romka i Atomka Papcia Chmiela, pamiętam też Kajka i Kokosza Janusza Christy, Jonka, Jonkę i Kleksa Szarloty Pawel (przyznam, że długie lata byłam przekonana, że jest to podpisujący się najpierw nazwiskiem, a potem imieniem facet – Paweł Szarlota 😉 ) oraz, już pod koniec mojej przygody z tym pismem, absurdalne komiksy Tadeusza Baranowskiego. Miałam poza tym w ręku oczywiście zeszytowe wydania przygód Kapitanów Klossa i Żbika, ale zawsze towarzyszyło temu poczucie, że to taka mniej poważna gałąź literatury, która dojrzałym czytelnikom nie przystoi 😉
Po książkę „Eileen Grey. Dom pod słońcem” sięgnęłam ze względu na architektoniczny temat i (rzecz można) POMIMO tego, że jest komiksem, ale trochę też z ciekawości – jak można taką historię opowiedzieć obrazkami i dialogami w dymkach ???
Eileen Grey nazywana bywa obecnie pierwszą damą designu, mimo że przez długie lata, jeszcze za jej życia, jej twórczość pozostawała w zapomnieniu. Tworzyła meble, które dziś zachwycają swoją funkcjonalnością i nowoczesna linią. Mimo braku wykształcenia architektonicznego zaprojektowała także dom, który wpisał się do historii architektury i który jest drugim bohaterem tej książki.
W jego nazwie – E 1027 zaszyfrowane są inicjały Eileen Grey oraz Jeana Badoviciego, bo ten dom był jej podarunkiem miłości dla niego. W tej historii jest jednak także trzeci bohater – papież modernizmuLe Corbusier. Jego zachwyt nad tym domem, potem zazdrość o niego, a nawet jego śmierć do dziś kładzie się cieniem na historii E 1027.
„Eileen Grey. Dom pod słońcem” to książka, w której znajdziemy historię życia niezwyklej kobiety, której udało się odnieść sukces w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn, historię miłości, której owocem był niezwykły dom oraz kawałek historii architektury i designu, a wszystko to w starannie wyważonych proporcjach. Jak w dziełach samej Eileen 😉
A ja dzięki niej przekonałam się, że komiks może być całkiem poważną lekturą 🙂
P.S. Ta historia stała się także kanwą filmu „The Price of Desire” („Cena pragnień”) z 2015 roku.
Charlotte Malterre – Barthes (tekst), Zosia Dzierżawska (ilustr.) „Eileen Grey. Dom pod słońcem”, przekł.: Jacek Żuławnik, wyd.: Marginesy, Warszawa 2019
Wystarczy, że zamknę oczy, a już widzę pod powiekami te obrazy. Jedne trochę wyblakłe, jakby zamazane, na innych widać każdy szczegół. Ciągle powracają, a wraz z nimi ten mały chłopczyk w krótkich spodenkach i sznurowanych bucikach…
Mały chłopczyk, który jest bohaterem tej książki, nazywał się Szymon Bauman. Potem był Stasiem Kalinowskim, a jeszcze potem Maćkiem, a teraz znowu jest starszym panem Szymonem Baumanem. Zanim nastąpiło pierwsze potem, wybuchła wojna, Szymek z całą rodziną najpierw chował się do piwnicy podczas nalotów, a później musiał zacząć nosić opaskę z gwiazdą, a jeszcze później przeprowadzić się do getta. I nie wiadomo (a właściwie wiadomo) co by się z nim stało, gdyby nie siostra Joanna…
Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat – mówi Talmud, a słowa te wyryte są na medalu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Owa siostra Joanna czyli Irena Sendlerowa uratowała ponad dwa i pół tysiąca żydowskich dzieci – Szymek był jednym z nich. Ale to, że przeżył, zawdzięcza nie tylko jej. Był przecież kierowca, który prowadził samochód, którym ukryty w pudle Szymek opuścił getto, była mama Maria, która go przyjęła do swojego domu, a potem mama Ania w Otwocku, do której trafił, kiedy pojawiło się ryzyko donosu. Byli ludzi, którzy pomagali zdobyć aryjskie dokumenty, szukali domów dla tych dzieci, przewozili je, pomagali – żeby przechować jedną osobę potrzebnych było co najmniej kilka, które narażały życie własne i swoich najbliższych.
Dobrzy ludzie to światło w czasach pogardy. Wrażliwość, z jaką Renata Piątkowska pokazuje dobro i zło, sprawia, że możemy bezpiecznie oddać tę książkę w ręce dzieci. – napisała na okładce Elżbieta Ficowska, która sama jako niemowlę została wyniesiona przez Irenę Sendlerową z getta.
Renata Piątkowska „Wszystkie moje mamy” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2013
Skulony w jakiejś ciemnej jamie smaczniem sobie spał I spały małe wilczki dwa – zupełnie ślepe jeszcze, Wtem stary wilk przewodnik co życie dobrze znał Łeb podniósł warknął groźnie aż mną szarpnęły dreszcze...
13 grudnia 1981 roku była piękna pogoda – przynajmniej w Warszawie. Rano świeciło słońce, z okna naszego mieszkania na dziesiątym piętrze widziałam dymiące kominy Siekierek, a na dole puste, pokryte śniegiem osiedle. W radiu leciał Chopin, co nas trochę zdziwiło, bo czekaliśmy, jak zwykle przy niedzielnym śniadaniu, na „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Do drzwi zadzwoniła sąsiadka z prośbą, czy może skorzystać z naszego telefonu, bo u niej nie działa…
W tym samym czasie, w akademiku w Krakowie mały Wiktor, mieszkający tam z rodzicami, siedział w sali telewizyjnej i czekał na „Teleranek”.
Rozległa się bardzo poważna muzyka, a moim oczom ukazał się nieznajomy pan w okularach.
– Obywatele i obywatelki Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. (…) Zwracam się do was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego…
„Wilczek” to trzecia, obok „Teatru niewidzialnych dzieci”i „Skutków ubocznych eliksiru miłości” adresowana do niedorosłych czytelników książka, w której widzimy ten dzień. Akcja „Teatru” kończyła się 13 grudnia, natomiast w „Skutkach ubocznych” (podobnie jak w „Wilczku”) – zaczynała się właśnie wtedy. Widzimy w niej pierwsze dni stanu wojennego oczami kilkulatka, żyjącego w dość specyficznym środowisku studentów i pracowników krakowskiej Akademii Górniczo – Hutniczej, dziecka, które już wcześniej miało okazję zobaczyć od środka strajk i dla którego paczki z bibułą były domową codziennością. To perspektywa podobna do tej, z jaką mamy do czynienia także we „Wrońcu” Dukaja, choć tamta książka IMO nie jest dla dzieci, mimo że może robić takie wrażenie.
Zasadą serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, złamaną dotychczas chyba tylko raz przy „Bezsenności Jutki” jest to, że wiemy, kim są bohaterowie książki i poznajemy ich późniejsze, powojenne losy. W przypadku „Wilczka” jest trochę inaczej. Autorka napisała w posłowiu:
To ja byłam „gitarową ciocią” grającą popularną piosenkę Jacka Kaczmarskiego „Obława” i przemycającą „bibułę” (czyli ulotki). (…) Opowiedziałam Wam o Wilczku – Wiktorze. Spotkałam go w chwili, gdy kolumna pancernych samochodów jechała ulicą w stronę Huty imienia Lenina, największego zakładu produkcyjnego Krakowa. Wśród ludzi, którzy wybiegli z domów, znalazł się mały chłopiec, oddzielony przez tłum od mamy, podawany z rąk do rąk ponad głowami ludzi. Zaprzyjaźniłam się z Wilczkiem i jego mamą. Spędziliśmy razem niejeden wieczór nie tylko z gitarą, a na stole stał druciany Wron.
Być może Wilczek ma już własne dzieci i czasem opowiada im o czasie grozy, tajemniczym Wronie i zimie, która była wyjątkowo mroźna i długa. Zbyt długa…
Katarzyna Ryrych „Wilczek”(seria: Wojny dorosłych – historie dzieci) , ilustr.: Sylwia Szyrszeń, wyd.: Literatura, Łódź 2018
Tak zaczynają się zapiski Mary Newbury, odnalezione przypadkowo po ponad 300 latach. Kiedy zaczęła obawiać się, że będzie musiała uciekać z osady Beula (gdzieś w obecnym stanie Massachusetts), ukryła je w szytej właśnie kołdrze. Nie była to ani pierwsza, ani ostatnia ucieczka w jej życiu. Niewiele było w nim okresów spokoju i beztroski. Dzieciństwo Mary przypadło na burzliwy czas wojny domowej w Anglii. Nie znała swoich rodziców, a kobieta, którą nazywała Babcią, została stracona jako czarownica. Aby nie podzielić jej losu, przyłączyła się do grupy purytan udających się do Nowego Świata. Razem z nimi wyruszyła w podróż przez ocean, a potem w trudną drogę do miejsca, w którym zamierzali się osiedlić.
Opuściwszy osadę, całe życie zmuszona już była uciekać. Wiadomość o tym, co wydarzyło się w Beula rozeszła się po całej kolonii i pamięć o tym (zwielokrotniona plotką) zawsze mogła ją dogonić.
W świadomości historycznej przeciętnego Polaka miedzy odkryciem Ameryki przez Kolumba a Dzikim Zachodem znanym z westernów zieje ogromna czarna dziura. Giną w niej ponad trzy wieki i kilkanaście pokoleń ludzi, którzy tworzyli zręby tego, co dziś nazywamy Stanami Zjednoczonymi. Przyczyn, dla których porzucali swoje dotychczasowe życie w Starym Świecie i rozpoczynali podróż w nieznane, bez gwarancji dotarcia do celu i najczęściej bez możliwości powrotu, było wiele. Często była to ucieczka – przed wojną, prześladowaniami religijnymi, biedą i głodem. Przybywali na obcy kontynent, gdzie żyli ludzie odmienni od nich, gdzie w lasach rosły nieznane im rośliny i biegały nieznane zwierzęta. Ten świat przerażał ich, nie rozumieli go i próbowali uporządkować według przywiezionych z Europy kryteriów.
Wdowa Hesketh z Salem, gdzie dobił statek, którym płynęła Mary ostrzegała ją: W podróż przez ocean ludzie zabierają ze sobą wszystkie swoje przesądy. Gdy się już tu znajdą, dookoła siebie widzą tylko las, który nie wiadomo gdzie się kończy i w którym są tubylcy i nie wiadomo jeszcze co innego. Ich wiara jest jak nikły płomyk w przepastnych ciemnościach. Ich lęki rozrastają się jak chwasty, które duszą wszystko inne. Te lęki są jednym z powodów tego, że na historię kolonizacji Ameryki składa się spirala strachu, chciwości, przemocy i zemsty. Odpowiedzią na okrucieństwo było jeszcze większe okrucieństwo. Wygrali silniejsi.
„Dziecko czarownicy” i „Spadkobierczyni” to książki, które mogłabym nazwać… mistrzowskimi falsyfikatami. Czytając je prawie uwierzyłam, że są to autentyczne zapiski Mary (choć język i sposób myślenia były momentami zbyt współczesne) i że naprawdę w bostońskim muzeum pracuje Alison Ellman, która je odnalazła i prowadziła dalsze badania nad losami dziewczyny. W posłowiu do „Spadkobierczyni” autorka pisze jednak: Fabuła obu książek jest wytworem mojej fantazji i biorę na siebie pełną odpowiedzialność za wszystko, co się w nich znajduje. Jeśli chodzi o tło historyczne, obyczajowe, nazewnictwo oraz zagadnienia językowe, to starałam się o jak największą dokładność. Nawet jeśli Mary, Marta, Rebeka, Tobiasz, wielebny Johnson, Sójka, Biały Orzeł i inni żyli tylko wyobraźni autorki, a osada Beula nigdy nie istniała, to wydarzenia opisywane przez nią mogły się wydarzyć wszędzie.
W obu tych książkach ani razu nie padają słowa tolerancja i ksenofobia, ale tak naprawdę właśnie o to w nich chodzi…
Celia Rees „Dziecko czarownicy”, przekł.: Hanna de Broekere, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2004
Celia Rees „Spadkobierczyni”, przekł.: Hanna de Broekere, wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2005
To artykuł, który napisałam cztery lata temu na zlecenie Ośrodka Rozwoju Edukacji. Ponieważ nie ma go już na ich stronie (albo jest tam dobrze ukryty 😉 ), pozwalam sobie co przypomnieć.
– Kto ty jesteś?– Polak mały.
– Jaki znak twój?– Orzeł biały.
Od ponad stu lat „Katechizm dziecka polskiego” Władysława Bełzy pozostawał podstawą patriotycznego wychowania polskich dzieci. Do dziś bywa recytowany przez nie na szkolnych akademiach. Czy jest to jednak nadal odpowiedni wzorzec ?
Jak rozmawiać z dziećmi o
patriotyzmie ? Co to słowo, zdefiniowane przez Władysława
Kopalińskiego jako miłość ojczyzny,
własnego narodu, połączona z gotowością do ofiar dla niej, z
uznaniem praw innych narodów i szacunkiem dla nich,
znaczy w początkach dwudziestego pierwszego wieku ? Czy jesteśmy
winni Ojczyźnie oddawanie życia i czy powinniśmy rozumieć to li i
jedynie dosłownie, jako śmierć na polu bitwy ?
Czy w czasach
globalizacji, Unii Europejskiej i braku granic w ogóle ma jeszcze
znaczenie to, skąd pochodzimy i gdzie mieszkamy ?
„Kto ty jesteś ?” to zbiór 25 haseł czy też deklaracji o tym, w jaki sposób powinien zachowywać się patriota. Krótko i węzłowato – np.: Uczę się. Jestem patriotą.
Zdecydowanie nie jest to książka, którą można kupić dziecku, dać mu do przeczytania i uznać, że temat patriotyzmu mamy odfajkowany. Ona wymaga rozmowy, wyjaśnienia, rozwinięcia, bo składa się z 25 haseł, które same w sobie niewiele znaczą. I to jest jej ogromną zaletą, bo generalnie dorośli maja problem z rozmawianiem z dziećmi o sprawach wykraczających poza Co tam w szkole ?
Przykłady patriotycznych zachowań proponowane przez autorów są przedstawiane w sposób, który nazwałabym Od szczegółu do ogółu i dlatego właśnie wymagają rozmowy. Przykład pierwszy z brzegu: Sprzątam po moim psie. Jestem patriotą. pozostawiony bez dyskusji bardzo spłyca problem, o który chodzi. Tymczasem rozwijając go i zastanawiając się, dlaczego właściwie powinniśmy sprzątać te psie kupy, dojdziemy do tego, że po to, aby w naszym otoczeniu było czysto. Bo kiedy jest czysto, jest także przyjemnie, a chcemy, żeby w naszym kraju żyło się dobrze, żeby było ładnie. Przez wiele lat Polska była krajem, w którym ludzie dbali tylko o to, co ich własne, z zadbanych mieszkań wychodzili na obskurne klatki schodowe i podwórka z połamanymi ławkami i śmieciami na trawniku. Teraz ta przestrzeń, do starań o którą się poczuwamy, trochę się rozszerzyła, ale często kończy się już na płocie zamkniętego osiedla.
„Kto ty jesteś ?” to książka, która nie daje gotowych recept, wzorców współczesnego patriotyzmu. Ona tworzy ramy rozmowy z dzieckiem, ale to, czym je ostatecznie wypełnimy zależy tylko od nas i tego, jak sami rozumiemy ten temat. Na ostatniej stronie zadaje pytanie: A Ty ? I pozostawia wolną przestrzeń do wypełnienia tym, co jej czytelnikom w duszy patriotycznie gra. „A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” Elizy Piotrowskiej to bardziej zapis takiej rozmowy, propozycja, jak sformułować pewne myśli i jakimi słowami mówić o rzeczach, o których na co dzień nie rozmawiamy. Pokazuje każdego z nas jako członka wielu społeczności, przynależnego do różnych miejsc – od rodziny poprzez małe ojczyzny po Polskę i jeszcze szerzej jako obywatela Europy i świata.
Wiem skąd
wziął się francuski cesarz w naszym hymnie. I o co chodzi z tym
przewodem. Jestem patriotką.
O tym, że z tą
wiedzą różnie bywa możemy przekonać się, kiedy w większym
gronie próbujemy zaśpiewać hymn. Pierwsza zwrotka jeszcze jakoś
idzie, z następnymi jest już gorzej… Można zapytać, jakie to ma
znaczenie, skoro w razie potrzeby hymn można puścić z taśmy, albo
w ogóle go pominąć ? Zofia Stanecka daje na to pytanie taką
odpowiedź:
Symbole są ważne. Dzięki nim czujemy, że jesteśmy grupą, łączą nas i przypominają o ważnych wydarzeniach. Budują nasza tożsamość.
To książki nie tylko dla dzieci. Myślę, że wielu dorosłych z przyjemnością uzupełni swoją wiedzę – nie tylko tę historyczną, ale także praktyczną, bo znajdziemy tam np. informacje o tym, w jakiej kolejności wieszamy flagi wtedy, gdy jest ich więcej albo jak należy zachować się podczas wykonywania hymnu państwowego.
To jest matura mojej prababci. A to pamiętnik dziadka. Zbieram rodzinne pamiątki. Jestem patriotką.
Pamięć jest podstawą tożsamości. Zakhor ! – bezwarunkowy i bezwzględny nakaz pamięci znalazł się już w Starym Testamencie. Pierwszy kontakt dziecka z pamięcią przeszłości odbywa się w rodzinie, kiedy ogląda zdjęcia i słucha opowiadań starszych o tym, co było i jak się żyło kiedyś, jeszcze zanim się urodziło. Potem stopniowo, poprzez pomniki przeszłości w miejscu, w którym żyje, lektury i wiedzę wyniesioną ze szkoły, dostrzega, że (jak to napisał Erich Gombrich): za każdym „dawno dawno temu” jest jeszcze jakieś dawniejsze.
Wstępem do fascynującej podróży w przeszłość, może być na przykład książka „Banany z cukru pudru” – bezpretensjonalna opowieść o dzieciństwie z historią w tle, o zwykłym życiu na podwarszawskiej (wówczas) Sadybie. Jej autorki – Barbara Caillot Dubus i Aleksandra Karkowska zaprosiły swoich wiekowych już sąsiadów do rozmowy o ich dzieciństwie i o tym, jak żyło się w Mieście Ogrodzie, którym wtedy była Sadyba przed wojną, podczas okupacji i w trudnych powojennych latach. Z ich wypowiedzi i zdjęć wydobytych z rodzinnych albumów powstała książka, która może (i powinna) sprowokować czytelników do zainteresowania tym, jak to wyglądało w ich małej ojczyźnie i w życiu ludzi, których znają.
Podobne losy zwykłych ludzi wokół których dzieje się historia opowiada seria „Wojny dorosłych – historie dzieci” łódzkiego wydawnictwa Literatura. Każda książka to autentyczna historia dziecka, które spotykamy też współcześnie jako osobę wiekową, a więc wiemy, że wszystko skończyło się dobrze, że bohater wojnę przeżył. Jedynym wyjątkiem od tej zasady jest „Bezsennośc Jutki”, która opisuje historię dziecka z łódzkiego getta. Jutka jest jedyną bohaterką, której nazwiska i późniejszych losów nie znamy. My, dorośli, wiedząc, co tam się działo i czym była tzw. Wielka Szpera, możemy się ich domyślać, jednak zakończenie książki pozostawia nadzieję.
W tej serii znajdziemy pozycje dla czytelników w różnym wieku – kluczem do rozpoznania adresatów może być wiek bohaterów. Dla stosunkowo najmłodszych czytelników przeznaczona jest „Asiunia” Joanny Papuzińskiej, w której autorka wraca do czasów, kiedy miała pięć lat, a wojna, dotychczas tocząca się gdzieś z dala od jej domu, nie tylko przyszła do niego, ale w ogóle go jej odebrała. Tę historię rozwinęła we wcześniejszych „Darowanych kreskach” oraz w książce „Mój tata szczęściarz”, w której opowiada powstańcze losy swojego ojca.
Notabene – wydanymi niedawno książkami „Która to Malala ?” i „Hebanowe serce” Renaty Piątkowskiej oraz „Tu jest teraz nasz dom” Barbary Gawryluk wydawnictwo poszerzyło zakres serii o wojny współczesne i pozornie nie dotyczące bezpośrednio Polski.
Autentyczne historie dzieci z Powstania Warszawskiego znajdziemy też w „Fajnej ferajnie” Moniki Kowaleczko – Szumowskiej, która jest także autorką „Galopu 44” – pierwszej po 1989 roku (i na razie jedynej) powieści dla młodzieży o Powstaniu. Dokonała w niej ryzykownego, acz moim zdaniem udanego zabiegu wędrówki w czasie i wprowadziła współczesnych nastolatków w realia walczącej Warszawy. Ta książka jest próbą odpowiedzi na pytanie, które często zadajemy sobie czytając o wydarzeniach z przeszłości – jak my sami zachowalibyśmy się wobec takich wyzwań ? Z pewnością stawiają je sobie także nastolatki, a przykład Wojtka i Mikołaja daje im nadzieję na to, że stanęliby na wysokości zadania podobnie jaki ich rówieśnicy z tamtych czasów. Uświadamia jednak równocześnie, że nie byłoby to łatwe. Pojawienie się w powstańczej Warszawie chłopców żyjących w niej współcześnie jest zabiegiem, który pomaga nastoletniemu czytelnikowi umieścić wydarzenia znane z historii w miejscach, które mija codziennie. Pomaga też poczuć związek z tymi wydarzeniami i z tymi ludźmi.
Jestem
patriotą, a nie patriotom. Lubię język polski.
Nasz język rozwijał się i zmieniał przez wieki. Słowa pojawiały się w nim, często zapożyczane z innych języków (łaciny, francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego, jidisz czy ostatnio z angielskiego), bywało że zmieniały znaczenie, a niekiedy odchodziły w zapomnienie. Małgorzata Strzałkowska wybrała kilkadziesiąt z nich i stworzyła „Dawniej czyli drzewiej” – oryginalny dykcjonarz czyli leksykon słów i zwrotów już zapomnianych, a czasem używanych kompletnie bez świadomości ich pierwotnego znaczenia czy pochodzenia.
Autorka nie ogranicza się tylko do zapoznania czytelników ze słowami, które odeszły już do lamusa – zmusza ich także do zastanowienie się, jak oni sami używają ojczystego języka. Uświadamia to choćby strona, pokazująca ile obrazowych określeń bywa zastępowanych przez jedno słowo – wytrych: fajny.
Patriotyzm to trudny temat. Trudno o nim mówić nie uzywając wielkich słów, które ostatnio jakoś wyszły z mody. Często bywa mylony z nacjonalizmem. Dla mnie oznacza o przede wszystkim nieobojętność na to co się dzieje w Polsce. Patriotyzm to także poczucie wspólnoty i przynależności oraz świadomość i szacunek dla naszej tradycji.
Każde pokolenie musi sobie to pojęcie zdefiniować samodzielnie – tak by odpowiadało czasom, w którym żyje.
Z ilustracjami Roberto Innocentiego zerknęłam się pierwszy raz, kiedy wydawnictwo Media Rodzina wydało „Pinokia” w nowym przekładzie Jarosława Mikołajewskiego. Na Targach Książki w Krakowie musiałam stoczyć ze sobą ciężką walkę, żeby nie kupić tej książki – tak mnie zachwyciła. Tłumaczyłam sobie racjonalnie, że mamy już w domu „Pinokia” z ilustracjami Szancera, a Najmłodsza z moich córek kilka dni wcześniej skończyła omawiać tę lekturę w szkole. Więc szansa na to, że ktoś w naszym domu sięgnie jeszcze po przygody drewnianego pajacyka, była bliska zeru. Za to cena… można powiedzieć, ze wręcz przeciwnie 😉
”Dom” to druga książka ilustrowana przez Innocentiego, która ukazała się w Polsce. Sięgnęłam po nią z wielkim zainteresowaniem… by skonstatować, że jest to książka tyleż piękna co zaskakująca.
Na piętnastu dwustonicowych ilustracjach, pełnych szczegółów i bohaterów drugiego planu, opowiada on stuletnią historię pewnego domu – od początku do końca dwudziestego stulecia. Widzimy, jak został podniesiony z ruiny i jak toczy się w nim życie – narodziny, śmierć, wesele, pogrzeb, żniwa, winobranie, wyjazdy, powroty… Trochę jak w „Czterech stronach czasu” Iwony Chmielewskiej.
Tym, co mnie zaskoczyło, był tekst J. Patricka Lewisa. Najpierw pomyślałam, że jest on tam w ogóle niepotrzebny, a same ilustracje opowiedziały by tę historię dużo lepiej. One są są pełne treści, natomiast towarzyszące im wiersze… jakoś tak… nie porwały mnie 😦
Potem przyszło mi do głowy, że może to tłumaczka (przepraszam za kolokwializm) dała ciała ? Doszłam do wniosku, że panią Małgorzatę Pasicką po prostu przerosło przełożenie wiersza wierszem, że rymowanie nie jest jej domeną. Tymczasem, po zapoznaniu się z tekstem oryginału (i skonsultowaniu tego z osobami znającymi angielski zdecydowanie lepiej ode mnie), muszę ją za te moje podejrzenia serdecznie przeprosić.
Mówi się, że tłumaczenia są albo wierne, albo piękne. To jest wierne, a co do piękności… Cóż – też można powiedzieć, że również została oddana wiernie 😉 Co prawda Najmłodsza stwierdziła, że się czepiam, bo wiersz się rymuje, więc wszystko jest OK, ale mnie najbardziej podobał się wstęp, który jest napisany prozą.
Zastanawiam się nad adresatem tej książki – wygląda, jakby była dla dzieci, ale jej tekst raczej do nich nie przemówi. Mogą ją sobie po prostu pooglądać, bo jest co. Dorośli ? Może, choć ja też z większą przyjemnością ją przeglądałam niż czytałam 😉
Roberto Innocenti (ilustr.) & J. Patrick Lewis (tekst) „Dom”, przekł.: Małgorzata Pasicka, wyd.: Bona, Kraków 2012
17 września 1939 roku to data, której długo nie można było w Polsce wspominać i która do dziś nie znalazła odbicia w naszej literaturze adresowanej do młodych czytelników. Losy Polaków pod okupacją sowiecką pomału się do niej przedostają, ale jest to bardzo pomału. Poniekąd opisują to dwie książki Doroty Combrzyńskiej – Nogali: „Wysiedleni” i „Syberyjskie przygody Chmurki” , jednak w obu z nich nad pierwszymi dwoma latami wojny autorka się prześlizguje. Nadal jedynym literackim opisem 17 września 1939 roku na wschodnich terenach Rzeczpospolitej pozostaje to, co napisała w swojej, wydanej w 1957 roku książce „Dziewczęta szukają drogi” Elżbieta Jackiewiczowa.
Jest także wydana staraniem IPN seria komiksów „Wojenna odyseja Antka Srebrnego”, której pierwszy tom dotyczy obrony Grodna przed Armią Czerwoną, ale nie miałam go jeszcze w ręku, więc trudno mi coś na jego temat powiedzieć.
Z braku innych okolicznościowych lektur przypomnę dziś adresowaną do starszych nastolatków (oraz dorosłych czytelników) książkę, która przy okazji historii misia Wojtka stara się opowiedzieć szerzej o polskich losach na nieludzkiej ziemi i po jej opuszczeniu. Pisałam o niej 27 marca 2009 roku. To była notabene pierwsza (oprócz wydanej w PRL książki Janusza Przymanowskiego 😉 ) publikacja o misiu Wojtku, potem dopiero nastąpiły kolejne.
W naszym rodzinnym archiwum jest zdjęcie sprzed wielu, wielu lat. Mała dziewczynka siedzi w wózeczku, a dookoła niej reszta rodziny – Mama, Tata i kilkuletni braciszek. Wszyscy z uśmiechem patrzą w obiektyw, chłopiec przytula do siebie misia. Ot – zwykła szczęśliwa rodzina. To zdjęcie nabiera szczególnego znaczenia, kiedy uświadomimy sobie, że zostało zrobione wiosną 1939 roku. Kilka miesięcy później wybuchła wojna.
Trzy lata później z trapu statku, który przepłynął Morze Kaspijskie, schodzili już tylko we dwoje – Mama z synkiem. Za sobą, na nieludzkiej ziemi zostawili grób siostrzyczki, która umarła w Kazachstanie. Niewidzianego od września 39 roku Tatę spotkali, kiedy dotarli do polskiego wojska, ale w ostatniej chwili przed ewakuacją aresztowało go NKWD. Przed nimi była Persja, potem Indie i Londyn. Do Polski nie wrócili nigdy.
Właśnie
w Persji rozpoczyna się akcja książki Maryny
Miklaszewskiej.
Tytułowy Wojtek
to niedźwiedź –
maskotka 22 Kompanii Transportowej. Małego niedźwiadka – sierotę
żołnierze kupili od perskiego chłopca i towarzyszył im w ich
dalszej wojennej wędrówce. Pod Monte Cassino nosił pociski, a
po wojnie dożył
dni swoich w
edynburskim ZOO.
Jest
w tej książce jeszcze jeden Wojtek
– mały chłopiec,
jedno z wielu osieroconych, zagubionych polskich dzieci, które
trafiały do powstających przy Armii sierocińców. Ich opiekunowie
dokonywali cudów poświęcenia, aby jak najwięcej z tych
błąkających się dzieci odnaleźć i uratować.
Wątek Wojtka, Jadzi i innych dzieci jest tym, który zrobił na mnie największe wrażenie – szczególnie moment, kiedy NKWD usiłuje powstrzymać ewakuację dzieci z wojskiem. Mają zostać w rosyjskim dietdomie. Opiekunowie decydują się na desperacki krok i organizują ucieczkę dzieci, które schowane w okolicach dworca, czekają na gwizdek – sygnał, że mają biec do pociągu. Prawie je widzę – dzieci biegnące do pociągu, słyszę rozpaczliwy krzyk ich opiekunki, która woła do żołnierzy: To dzieci, pomóżcie wejść naszym dzieciom ! Zostaną tu na zawsze, pomóżcie !
Scena bardzo filmowa, bo też zaczątkiem tej książki był projekt scenariusza, który nie wzbudził zainteresowania producentów filmowych. Szkoda, że taki film nie powstał i pokolenie moich córek jest kolejnym, które wychowuje się na „Czterech pancernych” i „Kapitanie Klossie”.
„Wojtek z Armii Andersa” to książka, która jest próbą nakreślenia panoramy polskich losów – od 1941 roku, kiedy w Związku Radzieckim generał Anders (sam prosto z celi na Łubiance) zaczyna tworzyć Armię Polską, przez Persję, Palestynę i Monte Cassino. Obok wielkiej polityki i postaci historycznych pojawiają się tam zwykli ludzie. Mężczyźni, kobiety i dzieci, bo taka była taarmia więźniów dowodzona przez więźnia, jak ją określił Gustaw Herling – Grudziński.
Autorka towarzyszy swoim bohaterom aż do zakończenia wojny i londyńskiej defilady zwycięstwa, w której zabrakło miejsca do Polaków. Czytając tę część miałam wrażenie, że trudno jej było znaleźć właściwy ton na opisanie ich losów, prób odnalezienia się w powojennym świecie oraz (a może przede wszystkim) ich uczuć. Uczuć, w których dominowała gorycz – gorycz Murzyna, który zrobił swoje i któremu można powiedzieć „Go home !” – nie zastanawiając się nad tym, czy gdzieś w ogóle jest ten dom, do którego może wrócić.
A gdy miną już dni walki, szturmów i krwi, Bratni Legion gdy wreszcie powróci, pójdzie wiara gromadą Alejami z paradą i piosenkę szturmową zanuci. Panien rój, kwiatów rój i sztandary, równy krok, śmiały wzrok, bruk aż drży. Alejami z paradą będziem szli defiladą w wolną Polskę, co wstała z naszej krwi. – śpiewali harcerze z batalionu „Parasol” w swojej „Piosence szturmowej”. Taka defilada nie była dana ani im, ani żołnierzom Polskich Sił Zbrojnych. W powojennym świecie, którego porządek ukształtowany został w Jałcie i Poczdamie, nie było dla nich miejsca. O żołnierzach Andersa i o nim samym przez wiele lat nie można było w Polsce pisać. Teraz – kiedy już można, prawie nikogo to nie interesuje…
Maryna
Miklaszewska „Wojtek
z Armii Andersa” ,
wyd.: Fronda, Warszawa 2007
Wpis sprzed dokładnie 5 lat – z 31 sierpnia 2014 roku:
Za
nami kolejny 1 sierpnia i kolejna niezwykła chwila, kiedy Warszawa
stanęła w ciszy i zadumie wspominając wydarzenia sprzed 70 lat.
Znów też, jak co roku odżywają dyskusje o sensie tamtej walki…
Z jednej strony powinny one cieszyć, bo świadczą o tym, że temat jest ciągle żywy, a wiec PAMIĘTAMY. Z drugiej jednak – zdarza mi się słyszeć przy tej okazji słowa o nieodpowiedzialności powstańców, którym zachciało się bawić w wojnę w mieście pełnym ludności cywilnej i o tym, że to właśnie oni winni są zagładzie miasta i śmierci tysięcy cywili. Osobom głoszącym te opinie wydaje się chyba, że gdyby generał Bór – Komorowski nie wydał decyzji o wybuchu Powstania, to mielibyśmy teraz Warszawę taką jak przed wojną, z jej przedwojennymi mieszkańcami w komplecie. Nie pamiętają o tym, że większość wojennych zniszczeń miasta pochodziło z planowych podpaleń i wyburzeń po likwidacji getta i po upadku Powstania Warszawskiego, a ludności cywilnej też nie mordowali powstańcy…
Można dyskutować o Powstaniu, ale nie można przy tym zachowywać się tak, jakby wojna rozpoczęła się w lipcu 1944 roku. Wtedy nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce nikt się w wojnę nie bawił. Od pięciu lat była ona koszmarną rzeczywistością, przed która nie było ucieczki. Wojna była na serio, codziennie i nikt – niezależnie od wieku, miejsca zamieszkania, zawodu czy stanu majątkowego nie mógł mieć pewności, że potrafi się przed nią uchronić.
Można dyskutować o Powstaniu, ale trzeba przy tym rozumieć, że jego uczestnicy zachowywali się i myśleli inaczej niż my teraz, bo na nasze myślenie ogromny wpływ wywarło właśnie doświadczenie II wojny światowej, klęski Powstania Warszawskiego oraz kilku dekad PRL-u.
Oni byli pierwszym pokoleniem wychowanym w wolnej Polsce, a ich rodzice i wychowawcy – sami urodzeni w niewoli, okuci w powiciu nauczyli ich dumy z tej wolności. Ich ojcowie walczyli o nią na różnych frontach I wojny światowej i potem na przedpolach Warszawy w 1920 roku. Synkowie moi, poszedłem w bój, jako wasz dziadek, a ojciec mój, jak ojca ojciec i ojca dziad, co z Legionami przemierzył świat szukając drogi przez krew i blizny do naszej wolnej Ojczyzny! – pisał w 1914 roku Jerzy Żuławski. On sam nie dożył niepodległości, a jego syn Wawrzyniec walczył potem w Powstaniu Warszawskim. Walka o wolność była dla nich czymś oczywistym, niemal odruchowym.
Wychowano
ich na trylogii Sienkiewicza i nieprzypadkowo najczęstszymi
wojennymi pseudonimami były te, pochodzące od jej bohaterów. Żeby
ich zrozumieć, trzeba chcieć ich wysłuchać…
Mam na imię Krysia. Po wakacjach idę już do czwartej klasy. Jutro jest pierwszy września 1939 roku – piątek, więc lekcje zaczynają się dopiero czwartego – w poniedziałek. *
Dziś
mija dokładnie 75 lat od chwili, w której rozpoczyna się opowieść
Krysi. Jutro wybuchła wojna…
Książka, którą trzymasz w ręku, opowiada właśnie o wojnie, o Warszawie, o ludziach, którzy w tamtych czasach żyli i walczyli.
Historia, którą przeczytasz, wydarzyła się naprawdę. Opowiadała mi ją moja mama, która uczestniczyła w tych zdarzeniach razem ze swoją rodziną, przyjaciółmi, koleżankami i sąsiadami.
Wojna, poza wieloma tragicznymi zdarzeniami, składa się także ze zwykłych, codziennych spraw. Dni były wypełnione zajęciami, jakie znacie ze swojego codziennego życia. Dzieci chodziły do szkoły, bawiły się, żartowały. W tamtych czasach – tak jak dzisiaj – byli ludzie poważni i smutni, byli także weseli i patrzący na świat z nadzieją i optymizmem. A dzieci, jak to dzieci – wiele z nich lubiło się śmiać, a niektórym czasami wpadały do głowy zwariowane pomysły…
„Wojna na Pięknym Brzegu” jest kolejną książką wydaną w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”, która ma niebagatelne znaczenie, bo pomaga dzieciom żyjącym w drugiej dekadzie XXI wieku zrozumieć ich rówieśników, którzy żyli w pierwszej połowie wieku XX.
Andrzej Marek Grabowski „Wojna na Pięknym Brzegu” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Joanna Rusinek, wyd.: Literatura, Łódź 2014
Edit: *** – nie odmówię sobie jednak okazji do pohistorykowania i wspomnę, że już 26 sierpnia Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego ogłosiło odroczenie rozpoczęcia roku szkolnego na czas ograniczony, zależny od rozwoju wypadków politycznych, więc i Krysia zapewne wiedziała, że w poniedziałek do szkoły nie pójdzie i nigdzie w Polsce, wbrew temu, co czasem można usłyszeć, 1 września dzieci się rozpoczęcia roku nie szykowały.
Kiedy zaczynałam pisać o książkach w Małym Pokoju z Książkami, ten blog miał podtytuł: książki, które lubią moje córki. Minęło kilkanaście lat i nawet Najmłodsza z nich wyrosła już z tego rodzaju literatury, więc ten podtytuł się zdezaktualizował. Jednak cały czas starałam się pisać o książkach, które mi się podobały. Na inne szkoda mi było czasu. Bywa jednak tak, że jakaś książka rozczaruje mnie, mimo że jej temat wydawał mi się bardzo obiecujący i wtedy po prostu szkoda mi go. Tak jest właśnie w tym przypadku 😦
A ! I uprzedzam, że recenzja zawiera spoiler, bo poprzednio Autorka miała do mnie żal, że ujawniłam zakończenie i nie uprzedziłam o tym wcześniej. Więc uprzedzam, choć moim zdaniem jest ono tak przewidywalne, że raczej nikogo nie zaskoczy.
Wpis z 16 lutego 2017 roku:
Szóstka gimnazjalistów z Wrocławia odkrywa w swojej szkole nieużywany przedsionek. Znajdują tam stary kufer oraz zeszyt zapisany po niemiecku – pamiętnik ich rówieśnika sprzed lat Hugona Harnischa. Okazuje się, że Hugo chodził kiedyś do szkoły, która mieściła się w tym samym budynku, co ich gimnazjum, a kufer… Kufer jest mocno tajemniczy, nie daje się otworzyć, a od czasu do czasu… przenosi kogoś w przeszłość.
To mogła być bardzo dobra książka…
„Projekt Breslau” przełamuje swoistą nie-pamięć, którą przez ostatnie 70 lat otoczona była przeszłość Wrocławia. Pamiętam książki z akcją w tym mieście (np. Stanisławy Platówny) ale zawsze to było „tu i teraz”. Nawet w „Zawsze jakieś jutro” Wieczerskiej, gdzie mamy koniec lat czterdziestych i ruiny, brakuje odwołań do całkiem wtedy niedalekiej przeszłości. W literaturze dla dorosłych tę nie-pamięć przełamał jako pierwszy chyba Marek Krajewski cyklem o komisarzu Mocku.
Wrocław jest fascynujący właśnie ze względu na swoją historię. To miasto stanowi niezwykłą mieszankę tradycji – tego co pozostało z czasów niemieckich z tym, co przynieśli ze sobą jego nowi powojenni mieszkańcy oraz tego, co sami stworzyli, bo przecież wyrosło już kilka pokoleń, dla których to Wrocław a nie Breslau jest małą ojczyzną, innej nie znają. Przykładem tego przenikania jest na przykład pomnik Aleksandra Fredry, przywieziony ze Lwowa i stojący na rynku w miejscu, gdzie kiedyś był pomnik króla Prus Fryderyka Wilhelma III. Albo obecna prawosławna katedra Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy, zbudowana jako katolicki kościół św. Barbary, która potem przez kilka wieków była ewangelickim kościołem garnizonowym
To mogła być bardzo dobra książka…
Niestety jest jednowymiarowa, bo sięgając do przeszłości pokazuje jedynie jej część niemiecką. Opowieść Hugona dotyczy czasów, kiedy do Wrocławia przybywali już pierwsi nowi mieszkańcy, ale w jego pamiętniku mamy niemal wyłącznie wyprawy w przeszłość. Odniesień do ówczesnej codzienności jest niewiele – gruzy, głód, konieczność wyprzedawania rzeczy i niepewność co do dalszego losu.
Współcześni gimnazjaliści, tak przejęci odkrywaniem przeszłości, ani przez chwilę nie zadają sobie pytania, skąd we Wrocławiu wzięły się ich rodziny i gdzie wcześniej były domy ich przodków ? Kiedy zjawili się we Wrocławiu i co wtedy tam zastali ? Aż prosi się o wplecenie w akcję opowieści rówieśnika Hugona o tym, jak po tygodniach podróży wagonem towarowym wysiedli w obcym, zrujnowanym mieście, a tam, gdzie nie było ruin, wszystko wyglądało inaczej niż w Lwowie, Stanisławowie czy Buczaczu.
To mogła być bardzo dobra książka…
I
byłaby, gdyby autorce udało się tchnąć w opisywaną historię
trochę życia i emocji, gdyby wszystko, co opisane, nie było takie
jakieś… papierowe 😦
Mamy szóstkę bohaterów, ale wcale ich nie poznajemy. Maks gra na gitarze, Olga interesuje się ciuchami i nie lubi czytać książek, a Ada i Adam to bliźnięta – ona jest lepiej zorganizowana i trochę pilnuje roztrzepanego brata. Leon kocha się w Natalii, która jest narratorką tej książki, ale nawet o niej nie dowiadujemy się zbyt wiele, poza tym, że czyta książki (a czasem streszcza Oldze lektury) i że po jakimś czasie zaczęła odwzajemniać uczucie Leona. To wszystko.
Bohaterowie przeżywają rzeczy naprawdę niesamowite, a przyjmują je tak, jakby chodziło o obejrzenie filmu na youtubie. Naturalną reakcją młodzieży na opowieść kolegi o tym, że właśnie odbył wycieczkę do przeszłości, będzie raczej niedowierzanie, i propozycja, żeby zmienił dilera 😉 tymczasem oni uwierzyli Leonowi niemal od razu, bez zastrzeżeń. O samym kufrze też w zasadzie nic nie wiemy – na przykład skąd się wziął tam, gdzie go znaleźli po wielu latach funkcjonowania w tym budynku szkoły i dlaczego dopiero im się taka przygoda przytrafiła ?
Potem wszyscy kolejno przenoszą się w czasie, a po powrocie (poza tym że mają coś w rodzaju jet lag) zachowują się tak, jakby nie zdarzyło się nic szczególnego. Jedynie Natalia, której kufer zafundował przeżycie nalotu i doświadczenie pobytu w zasypanej piwnicy, z większym trudem powraca do rzeczywistości XXI wieku. Nawet (i to jest właśnie ten spoiler) niespodziewane pojawienie się w przedsionku szkoły Hugona Harmischa we własnej osobie nie robi na nich większego wrażenia. Mimo że musi być to człowiek wiekowy (na pewno po osiemdziesiątce) rozmawiają z nim tak, jak z widywanym codziennie sąsiadem. Spotykają się, dowiadują o jego losach, razem odbywają jeszcze jedną wycieczkę w przeszłość, żegnają się i już. Żadnych emocji, żadnych głębszych refleksji, ot tak, po prostu.
To mogła być bardzo dobra książka, a nie jest. Szkoda…
Magdalena Zarębska „Projekt Breslau”, wyd.: BIS, Warszawa 2016
Edit: książka wyróżniona w konkursie Książka Roku 2019 Polskiej Sekcji IBBY – w kategorii ilustracji 🙂
Książka wyróżniona w kategorii Opera Prima BolognaRagazzi Award oraz nagrodzone Nagrodą Specjalną Jury Premio Andersen 2022 !!!
A lato było piękne tego roku…
Lato roku 1939 było niezwykle piękne, a przynajmniej takie pozostało we wspomnieniach. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście takie było, czy sprawił to kontrast z koszmarem, który potem nastąpił i który przyniósł koniec całego dotychczasowego świata. Myślę też, że jednak nie było ono takie beztroskie, jak mogłoby się dziś wydawać, natomiast przeczucie tego, co nadchodziło, powodowało, że ludzie wówczas żyjący potrafili bardziej docenić jego urok. A później hołubili w pamięci wspomnienie tych wakacji, bo były ostatnie. Chociaż nikt wtedy nie mógł jeszcze przypuszczać, jak zupełnie skończy się ich świat…
Lato 1939 roku stało się obecnie tematem bardzo modnym – już ukazały się o nim trzy książki: „Pokój z widokiem. Lato 1939” Marcina Wilka, „Lato ’39. Jeszcze żyjemy” Marcina Zaborskiego i „Wakacje 1939” Anny Lisieckiej (ta ostatnia, moim zdaniem najciekawsza i ujmująca temat najszerzej), a zapowiadane są kolejne. Nadal jednak najpiękniejszym literackim opisem tego lata pozostaje dla mnie drugi tom gdyńskiej trylogii „Tak trzymać” Stanisławy Fleszarowej – Muskat, w której niemal czuje się zapachy wiatru od morza, rozgrzanego piasku na plaży i niedzielnej, porannej kawy. Z lektur mojego dzieciństwa zapamiętałam to lato (i wrzesień, który po nim nastąpił) z dwóch – „Na niby i naprawdę” Zofii Lorentz i „Marszu ołowianych żołnierzy” Macieja Słomczyńskiego.
„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka – dokument. Ośmioletni w 1939 roku Michał Skibiński dostał w szkole zadanie prowadzenia w czasie wakacji dziennika i codziennie zapisywał w nim jedno zdanie o tym, co się tego dnia wydarzyło. Lipiec i sierpień spędzał wraz z bratem na podwarszawskim letnisku i rzeczy, które wtedy opisywał były typowo wakacyjne – spacery, liszka znaleziona w lesie, tytułowy dzięcioł, balon i szybowiec latające nad Aninem, odwiedziny rodziców i odprowadzanie gości na stację. Pod koniec sierpnia chłopcy wrócili do Warszawy.
29.8.1939 Odwiedził mnie tatuś
Ten przedwojenny jeszcze wpis chwyta za serce, jeśli się wie, że to było ostatnie spotkanie chłopca z tatą – lotnikiem, który 9 września zginął.
1.9.1939 Rozpoczęła się wojna
Jednozdaniowym zapisom Michała towarzyszą ilustracje Ali Bankroft. Są one trochę takie, jak niezbyt wprawne malunki dziecka farbami plakatowymi i dość grubym pędzlem, ale kiedy przyjrzymy im się bliżej, zobaczymy, że nic w nich nie jest przypadkowe, a znakomicie oddają nastrój opisywanych chwil. W książce można zobaczyć także wygląda autentycznego zeszytu autora.
Ostatni zapis, jaki poczynił Michał, informuje o bombach zrzuconych przez samoloty angielskie i jest odbiciem plotki, która musiała wówczas krążyć po Milanówku, obrazującej nadzieje Polaków na spełnienie przez naszych sojuszników ich zobowiązań. Potem są tylko daty – 16 i 17 września i trudno powiedzieć, czy autor nie miał już głowy do pisania, czy uznał, że wakacje się skończyły i zadanie wykonał ? Muszę jednak przyznać, że nie do końca rozumiem wybór wpisów dokonany przez wydawnictwo – szczególnie w części wrześniowej. Podobne odczucia miała też autorka bloga „Mała czcionka”.
„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka, którą czyta się szybko, ale myśli o niej długo. Zastanawiam się jednak, co z niej zrozumie dziecięcy czytelnik, który nie dysponuje wiedzą niezbędną do wypełnienia niedopowiedzeń, z których ona się składa ? Dlatego uważam, że nie jest to lektura, z którą można zostawić dziecko same, bo po prostu niewiele z niej wyniesie.
„Widziałem pięknego dzięcioła” to książka, która powinna stać się wstępem do rozmowy – może z odwołaniem do rodzinnych wspomnień, do tego, co w tym samym czasie robili dziadkowie (czy też częściej już pradziadkowie) dziecka ? To książka, która może być znakomitym materiałem na lekcję czy zajęcia biblioteczne.
To wreszcie książka, która powinna stać się wstępem do kolejnych lektur. Mam nadzieję, że tak będzie 🙂
Michał Skibiński „Widziałem pięknego dzięcioła”, ilustr.: Ala Bankroft (właśc.: Helena Stiasny), wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2019