Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham

Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham

Sięgając do najgłębszych czeluści dawnego Małego Pokoju z Książkami przypominam jedną z pierwszych książek, którą tam opisałam – wpis z 15 marca 2006 roku 🙂

Nigdy nie potrafiłam i nie lubiłam mówić o swoich uczuciach. Drażni mnie egzaltacja polegająca na nadużywaniu Wielkich Słów, bo ich nadmiar powoduje, że tracą na znaczeniu. Śmieszą – niektóre amerykańskie filmy, w których wszyscy wszystkim mówią Kocham Cię. Złości – szaleństwo walentynkowe i przymus czynienia wyznań w określony dzień. Nie znoszę pieszczenia się, nadmiaru zdrobnień i słodyczy – takiego tiutiania, które zwyczajowo stosuje się w rozmowach z dziećmi.

Wydaje mi się, że nie słowa tylko czyny świadczą najlepiej o naszych uczuciach i intencjach. Czy słowa są niezbędne dla wyrażenia miłości ? Może wystarczy po prostu kochać, a wtedy wszystko staje się jasne i słowa są niepotrzebne ? Zresztą – czy miłość da się wymierzyć słowami ? Jak można zmierzyć to, co niewymierzalne ?

Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham” to książeczka, która pokazuje, że można rozmawiać o tym z dziećmi w sposób prosty a jednocześnie głęboki.

Mam do niej stosunek szczególny. Był w naszym domu taki czas (gdy Najmłodsza miała 2 czy 3 lata), kiedy Mały Brązowy Zajączek razem z Dużym Brązowym Zającem odwiedzali nas co wieczór. Gdy przeczytałyśmy już wszystko, co było przeznaczone na ten dzień, przychodził Czas Zajączków i wtedy czytając, pokazywałyśmy, jak bardzo się kochamy – zupełnie tak samo jak one. Bez tego rytuału nie chciała położyć się do łóżka.

Myślę, że na widok tej książki już zawsze będzie mi się przypominać moja mała córeczka stojąca przede mną w piżamce z szeroko rozłożonymi rączkami.

Dzieci często pytają, czy je kochamy, albo czy kochamy je bardziej niż brata lub siostrę. Oczekują nieustannego potwierdzania miłości, bo świadomość, że są kochane jak stąd do księżyca i z powrotem, daje im poczucie bezpieczeństwa.

Same słowa to jednak za mało. Aby to poczucie było granitowo mocne i zostało na całe życie, niezbędne są także czyny, które te słowa potwierdzą.

Sam McBratney Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham”, tłum. Jarosław Mikołajewski, ilustr. Anita Jeram, wyd. Egmont, Warszawa 2002

P.S. Najmłodsza ma już 19 lat, właśnie zdaje maturę, a jeden z jej ukochanych T-shirtów ma napis „I love You to the Moon and back” 🙂

Jella Lepman

Jella Lepman

Dziś przypada 128 rocznica urodzin Jelli Lepman – niemieckiej dziennikarki, pisarki, tłumaczki i działaczki kulturalnej. Dzięki jej inicjatywie powstały: Internationale Jugendbibliothek w Monachium oraz IBBY (International Board on Books for Young People).

Z tej okazji pozwolę sobie przypomnieć Jej biogram w Wikipedii, którego jestem autorką – Jella Lepman w Wikipedii

Biały teatr panny Nehemias

Biały teatr panny Nehemias

Wpis z 22 listopada 2017:

Wyobraź sobie, że żyjesz w ponurym świecie, bez komórki, tabletu, komputera. Przed sklepami wiją się kolejki, choć na półkach brakuje towarów. W telewizji są tylko dwa programy,a z obu sączą się te same kłamstwa…

„Biały teatr panny Nehemias” to książka, która poruszyła bardzo czułe nuty w mojej duszy. Przenosi nas w smutny rok 1984 – pamiętam go jako czas zupełnie bez nadziei, taki listopad, który trwał niezależnie od tego, jaką porę roku mieliśmy w kalendarzu. Po szaleństwie karnawału Solidarności i traumie stanu wojennego, następne lata przyniosły ponurą, szarą stagnację, kolejki po wszystko i cyniczną, brutalną propagandę wylewającą się z massmediów.

Katarzyna, bohaterka tej książki, ma dwanaście lat i chodzi do szóstej klasy. Ja byłam wtedy starsza, już studiowałam, ale spora część mojej ówczesnej aktywności umiejscowiona była w okolicy, w której toczy się jej życie. Poczułam się swojsko wracając w okolice Placów: Unii Lubelskiej i Zbawiciela, do miejsc, których już nie ma – Supersamu czy lodziarni „Palermo”. W jednej ze scen prawie poczułam zapach, który wydobywał się z piekarni na Polnej…

Oczywiście nie warszawskie realia są w tej książce najważniejsze, ale atmosfera tamtych czasów, którą znakomicie udało się autorce odtworzyć. Mityczny Zachód wydawał się wtedy inną planetą, nie do końca realną. Decyzja o wyjeździe z Polski nie była łatwa ani do podjęcia, ani do zrealizowania, szczególnie, że najczęściej oznaczała bilet w jedną stronę i zerwanie z całym dotychczasowym życiem. Było ponuro, było szaro, było smutno, ale z drugiej strony – to było nasze życie, innego nie znaliśmy. Kiedy Katarzyna ma napisać w szkolnym wypracowaniu, jak wyobraża sobie siebie za 10 lat, widzi kolejkę po parówki i ludzi jak z Kolędy Nocki.

Za czym kolejka ta stoi ? Po szarość, po szarość, po szarość… Na co w kolejce tej czekasz ? Na starość, na starość, na starość…

Ale w książce Zuzanny Orlińskiej znajdziemy nie tylko smutek. Jest tam też trochę magii – to tytułowy biały teatr, ale nie zdradzę, czym on jest. Myślę, ze każdy czytelnik tej książki zinterpretuje go inaczej i każdy będzie miał rację.

Jest w niej także nadzieja, choć może trudno ją zauważyć. W końcu – musiało minąć tylko pięć lat i zaczęliśmy żyć w zupełnie innym świecie. Wtedy, w orwellowskim roku 1984 nikt tego nie wiedział. Niektórzy marzyli o tym, a tylko nieliczni wierzyli, że to nastąpi…

Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj, kiedyś te kamienie drgną i polecą jak lawina przez noc, przez noc, przez noc…

P.S. „Biały teatr panny Nehemias” został nominowany do tegorocznej nagrody Książka Roku IBBY.

Zuzanna Orlińska „Biały teatr panny Nehemias” (seria: Plus Minus 16), wyd.: Literatura, Łódź 2017

Detektywi z klasztornego wzgórza

Detektywi z klasztornego wzgórza

Wpis z 25 stycznia 2016:

Czerwińsk był tak bardzo niewyjątkowy… Można tu było znaleźć taki sam rynek, jak w każdej małej polskiej mieścinie, takie same niskie domki, chylące się ku ziemi, takie samo błoto, w którym taplały się świnie i kaczki, takich samych biednych, zapracowanych ludzi, z trudem wiążących koniec z końcem.

Czerwińsk to mieścina jakich wiele, choć niezwykła. Położony nad Wisłą kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy czasy świetności przeżywał w średniowieczu, kiedy zbudowano tam ogromna kolegiatę i klasztor. Potem jego znaczenie malało, a po Powstaniu Styczniowym utracił prawa miejskie i został zdegradowany do roli wsi. Czy w takim niepozornym miejscu latem 1930 roku (też jakby niepozornego, z którym nie kojarzy się nic spektakularnego ) mogło wydarzyć się coś, co zainteresuje współczesnego czytelnika ?

Gromadka dzieci (i pies) wpada na trop tajemniczej afery, ale dorośli (jak to w takich książkach bywa) lekceważą ich odkrycia. Po co przybył do Czerwińska tajemniczy Trąbiszewski ? I po co mu rewolwer ? Czy chodzi o zbliżającą się wizytę Prezydenta RP czy o coś zupełnie innego ???

Przeczytałam „Detektywów” dwa razy. Za pierwszym razem po prostu śledziłam opisane wydarzenia i w napięciu czekałam na rozwiązanie tajemnicy. Za drugim – zachwycałam się kunsztem, z jakim Zuzanna Orlińska skonstruowała całą intrygę tak, że znalazło się w niej miejsce dla postaci historycznych, których miejsce jest raczej w podręcznikach historii, nie w kryminałach dla młodzieży, a które jednak całkiem tu pasują. Połączyć w jednej książce templariuszy, Wieniawę i Makuszyńskiego z Czerwińskiem i zrobić to w sposób prawdopodobny to naprawdę majstersztyk !!!

W książce jest wiele smaczków, które dostrzec i docenić mogą jedynie czytelnicy bardziej oblatani w historii Polski i literaturze (a szczególnie twórczości Makuszyńskiego). Zachwycił mnie sposób, w jaki służąca pana Kornela zaanonsowała mu wizytę Broni. Ponieważ podobnie jak Autorka jestem absolwentką warszawskiego liceum im. Tadeusza Czackiego, nie mogłam nie ucieszyć się ze spotkania na kartach książki piętnastoletniego Jana Twardowskiego w gimnazjalnym mundurku i z tarczą Czackiego na rękawie. Przyszły ksiądz i poeta rzeczywiście kiedyś odwiedził Makuszyńskiego i jego wizyta wyglądała tak, jak to zostało opisane w książce, nie wspomniał tylko w swoim pamiętniku o tym, że na schodach spotkał pannę Bronisławę z psem…

Autorka wykazała się w tym wprowadzaniu na karty swojej książki postaci autentycznych takim rozmachem, że kiedy zabrakło jej czwartego do brydża nie zawahała się posadzić przy stoliku z panem Kornelem pradziadka własnych dzieci. Wszystko jednak jest tam prawdopodobne i wszyscy oni pojawiają się tam, gdzie naprawdę byli albo mogli być. Pisząc, korzystałam z mnóstwa książek, dzienników, wspomnień, fotografii, stron internetowych i ówczesnej prasy. Zdarzało mi się sprawdzać w gazetach z maja 1930 roku prognozę pogody na kolejne dni – tak bardzo zależało mi, żeby wszystko wyglądało jak w rzeczywistości. – napisała w przedmowie do tej książki.

Dzięki rodzinnym koneksjom z Czerwińskiem opisała go tak plastycznie, że gdybyśmy przypadkiem przenieśli się w czasie do roku 1930, na pewno odnaleźlibyśmy się tam bez najmniejszego problemu (szczególnie że dysponujemy mapą na wyklejce). Nie tylko z resztą Czerwińsk, i nie tylko Warszawa doczekały się fantastycznego odwzorowania, także Wisła jakiej już nie ma – rzeka pełniąca rolę arterii komunikacyjnej, na której wiosną i latem panował ruch jak na zatłoczonej miejskiej ulicy. Pływały po rzece długie, smukłe baty, towarowe berlinki, wielkie holowniki i zwykłe łódki – pychówki. Ale najważniejsze oczywiście były parowce i jednym z nich przypłynął z Warszawy Kornel Makuszyński.

„Detektywi z klasztornego wzgórza” to książka bardzo makuszyńska w duchu, ale jednak współczesna, mimo osadzenia w realiach międzywojennych. Niestety książki Makuszyńskiego są dla nastolatków z XXI wieku trochę zbyt przegadane, męczące kwiecistością stylu – mam jednak nadzieję, że lektura „Detektywów” zachęci ich do sięgnięcia po tytuły, które w tak intrygujący sposób ta książka zapowiada.

„Detektywi z klasztornego wzgórza” znaleźli się w gronie dziesięciu nominowanych do zeszłorocznej nagrody Książka Roku IBBY. Kibicowałam im bardzo, ale moje kciuki nie wystarczyły nawet na wyróżnienie 😦

Zuzanna Orlińska „Detektywi z klasztornego wzgórza” (seria „A to historia !”), wyd.: Literatura, Łódź 2015

Matka Polka

Matka Polka

Skoro już zaczęłam wstawiać na wirtualne półki Małego Pokoju książki Zuzanny Orlińskiej, to proszę bardzo – przypomnienie jej debiutu pisarskiego i mojego wpisu z 2 lutego 2014 roku:

Tytuł przewrotny, bo tytułowa bohaterka jest absolutnym zaprzeczeniem skojarzeń, jakie może on wywoływać. Myśląc o Matce Polce widzimy od razu matkę heroiczną, całkowicie zdominowaną przez swoje macierzyństwo, a w tej książce spotykamy się nie z nią, tylko z kompletnie niestereotypową matką Polka – syna o oryginalnym imieniu Apolinary.

Matka – nie mama, mamusia, mamcia, mamunia czy mami.

„Moja matka” – mówi o niej Polek, a w jego głosie słychać wtedy dumę. Bo nie każda matka, możecie mi wierzyć, jest taka jak matka Polka.

Matka – także dlatego, że nie pasują do niej żadne zdrobnienia.

Wygląda jak mogłaby wyglądać Pippi Pończoszanka, jeśli okazałoby się, że zaklęcie Pigułko z arbuza ja nie chcę być duza jednak nie było skuteczne.

Ma długie nogi i ręce. Jej włosy – dużo włosów koloru rdzawobrązowego – skręcone w maleńkie sprężynki fruwają swobodnie wokół głowy. Nos ma spory, ale nie haczykowaty jak u Baby Jagi, lecz miękko i łagodnie zakończony, pokryty mnóstwem drobniutkich, brązowych piegów (matka Polka lubi te piegi – twierdzi, że każdy z nich jest pamiątką jakiegoś słonecznego dnia). Jej usta także są duże – mówi nimi szybko i głośno, a kiedy milczy, ładnie się uśmiecha. Oczka za to ma małe, jasne – bystro i trochę jakby kpiąco łypiące.

Chłopcy z klasy Polka sądzą, że jego matka jest dziwna. Ubiera się śmiesznie, nie tak jak inne mamy. Na wielkich stopach nosi zawsze stare, sfatygowane trampki, nawet zimą, ale nigdy nie marznie.

To skojarzenie z Pippi nasuwa się przede wszystkim przez piegi i burzę rudych włosów (bo dorosła pewnie nie nosiłaby już sterczących warkoczyków), choć sama autorka przyznaje, że ta fryzura pojawiła się już pod koniec pracy nad książką. Być może zadziałała tu podświadomość, bo moim zdaniem matka Polka zachowuje się często tak, jak zachowywałaby się Pippi, gdyby była czyjąś mamą.

Mam przy okazji tej książki jeszcze jedno skojarzenie odnoszące się do lektur mojego dzieciństwa – dla mnie matka Polka to Mama Czarodziejka tylko z XXI wieku. Sądzę, że była to również książka dzieciństwa Zuzanny Orlińskiej, bo o pokoleniu obecnych rodziców (i dużej części dzisiejszych babć i dziadków również) można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy dziećmi Mamy Czarodziejki z książki Joanny Papuzińskiej. Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że „Matka Polka” to książka wtórna, wręcz przeciwnie !!!

Od czasów, w których czarowała tamta mama minęło kilkadziesiąt lat. Matka Polka nie musi organizować dzieciom przejażdżki samochodem przy pomocy kryształowej popielniczki i zabawkowej ciężarówki, zagniatać ciasta, aby dokleić księżycowi utrącony rożek czy ratować zabytkowej dzwonnicy czapeczką zrobioną na drutach. Ona potrafi za to znakomicie odnaleźć się wśród bohaterów gry komputerowej. Świetnie radzi sobie też z wciągającym światem reklam telewizyjnych – nota bene to moja ulubiona historia z tej książki.

Ale mimo że świat, w którym żyją, zmienił się bardzo, czary obu tych mam są bardzo podobne i nie mają nic wspólnego z czarną magią. Sposób jest bardzo (bajecznie wręcz !) prosty – wystarczy użyć wyobraźni…

Tylko tyle 🙂

Zuzanna Orlińska (tekst & ilustr.) „Matka Polka” (seria: Kolekcja w złotej ramce), wyd.: Akapit Press, Łódź 2011

Zuzanna Orlińska „Matka Polka” (seria: To lubię !), ilustr.: Mikołaj Kamler, wyd.: Literatura, Łódź 2017

Pisklak

Pisklak

„Pisklak” Zuzanny Orlińskiej to książka, która po raz pierwszy ukazała się w 2012 roku nakładem wydawnictwa Akapit Press. Obecne wznowienie Naszej Księgarni różni się od tamtego tylko okładką – w środku jest oczywiście sama historia i na szczęście te same ilustracje Mamy Autorki – Wandy Orlińskiej.

Tak pisałam o tej książce 27 lutego 2014 roku:

Jedyna rzecz, jaka nie podlega przegłosowaniu przez większość, to sumienie człowieka. – cytat z książki „Zabić drozda”, która odgrywa niebagatelną rolę w „Pisklaku”

Kim jest ów tytułowy pisklak ? Czy chodzi o prawdziwe, wypadnięte z gniazda pisklę, które Klara znalazła i był to w jej życiu pierwszy moment, kiedy stanęła oko w oko z tajemnica życia i śmierci ? Czy jest nim Piotruś – jej maleńki, przedwcześnie urodzony braciszek, walczący o życie w szpitalu ? Czy może sama Klara – piskle już podrośnięte, jedna nogą w dzieciństwie, ale coraz bardziej gotowe do rozłożenia skrzydeł i poszybowania w dorosłość ?

Tobie się wydaje, że jak skończysz osiemnaście lat, od razu staniesz się dorosła. A to wcale tak nie jest. Można mieć lat dwadzieścia albo czterdzieści i dalej być dzieckiem Dziecko myśli: upadnę, stłukę kolano, mamusia podmucha i przejdzie. Nic złego nie może się stać. I ja też tak myślałem, bardzo długo – powiedział jej ojciec, kiedy rozmawiali o dorosłości. Można też wydorośleć wcześniej, kiedy życie postawi przed nami pierwsze dorosłe wyzwania, a nam uda się im sprostać nie oglądając się na pomoc dorosłych…

„Pisklak” to druga książka Zuzanny Orlińskiej – zupełnie inna niż „Matka Polka”. Adresowana jest do nieco starszego czytelnika (rówieśnika jej nastoletnich bohaterów), do bólu realistyczna oraz taka trochę… oldskulowa 😉 Czytając ją miałam wrażenie, że napisał ja któryś z autorów mojego dzieciństwa.

Rzecz dzieje się co prawda współcześnie i widać to nie tylko w tym, że bohaterowie używają laptopy czy telefony komórkowe. Książka w otwarty sposób nawiązuje do „Tego obcego” – lektury szkolnej i mojej, i moich córek. Ku mojemu zdziwieniu dzieciaki nadal czytają ją chętnie, a Najmłodsza z zaciekawieniem sięgnęła także po jej kontynuacje czyli „Inną”. W „Pisklaku” współcześni uciekinierzy z domu zamiast do wujka w Tczewie wędrują jednak do mamy, która wyjechała do pracy w Irlandii – smutne signum naszych temporis 😉 Poza tym jego bohaterowie spotykają się w niedzielę na mszy w kościele, co w czasach mojego dzieciństwa raczej im się na kartach książki przydarzyć nie mogło. Dość przypomnieć jakich ekwilibrystycznych wygibasów musiała dokonywać Małgorzata Musierowicz, żeby w pierwszych tomach „Jeżycjady” dać czytelnikom do zrozumienia, że Borejkowie chodzą do kościoła.

Jednak mimo dwudziestopierwszowiecznych realiów życia bohaterów sposób narracji „Pisklaka” jest taki jakiś staroświecki, niespieszny, uporządkowany…

To wrażenie potęgują także dawno niewidziane w obecnie wydawanych książkach ilustracje pani Wandy Orlińskiej – mamy autorki. Pamiętam tę kreskę z wielu lektur, które lubiłam – najbardziej chyba ze zbioru opowiadań Anny Frankowskiej „Zatańcz z moją dziewczyną”, bo wracam do niego także i teraz.

Miałam, czytając „Pisklaka” jeszcze jedno skojarzenie z książką mojego dzieciństwa, ale nie wiem, czy autorka byłaby z niego zadowolona 🙂 Otóż ta atmosfera podmiejskiego letniska i te dzieci – już nie dzieci, które muszą sobie radzić ze swoimi problemami same, bo dorośli są zajęci swoimi ważnymi sprawami i właściwie ich nie ma – to wszystko jest jak z „Timura i jego drużyny”. Wróciłam do tej książki jakiś czas temu po wielu latach i stwierdziłam, że (pomijając kwestie polityczne, które obecnie wymagałby bardzo rozbudowanych przypisów) jest ona całkiem dobrze napisana.

Okazuje się więc, że niezależnie od czasów, systemu politycznego czy gadżetów, których używamy, emocje jakie towarzyszą czasowi dojrzewania i pierwszych miłości pozostają niezmienne…

Zuzanna Orlińska „Pisklak”, ilustr.: Wanda Orlińska, wyd.: Akapit Press, Łódź 2012

Zuzanna Orlińska „Pisklak”, ilustr.: Wanda Orlińska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2019

Mały Pokój z Książkami

Mały Pokój z Książkami

Zawsze lubiłam czytać. Pierwszą książkę przeczytałam samodzielnie jeszcze w przedszkolu i od tego czasu stało się to dla mnie czynnością tak oczywistą jak jedzenie czy sen. Wychowałam się w domu pełnym książek, a ich kupowanie jest już zdecydowanie moim nałogiem.

Jeszcze zanim urodziły się moje dzieci, wiedziałam jedno – będą czytać równie maniacko jak ja. Niestety los lubi być przekorny i obdarował mnie trzema córkami z dysleksją. Rozbudziło to we mnie instynkt tropiciela – podjęłam wyzwanie. Znaleźć książkę na tyle interesującą, żeby moje córki zechciały podjąć wysiłek jej przeczytania – to zadanie trudne, ale nie niemożliwe. A jaka radość z sukcesu !!!

Lubię znajdywać ciekawe książki, lubię widzieć, że podobają się moim córkom, lubię dzielić się tą radością z innymi. – napisałam 13 lat temu, kiedy zaczynałam przygodę z blogowaniem.

Myślę, że nikogo nie zaskoczę, pisząc tutaj, że „Mały Pokój z Książkami” był ukochaną książką mojego dzieciństwa ?

Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1971 roku, zawierało 19 opowiadań znakomicie przetłumaczonych przez Hannę Januszewską i zilustrowanych przez Bożenę Truchanowską. Jako dziecko nie lubiłam baśni, nie znałam ich wielu, ale te były szczególne. Miały niezwykły klimat, który pięknie podkreślały ilustracje, a poza tym – nie wszystkie historie tam zawarte były baśniami (na przykład jedna z moich ukochanych – ta bożonarodzeniowa o Annie – Marii i szklanym pawiu). To jedna z niewielu ukochanych lektur mojego dzieciństwa, które po latach okazały się tak samo urzekające jak we wspomnieniach.

Niedawno dotarło do mnie wznowienie tej książki wydane przez Wydawnictwo Dwie Siostry i przeżyłam przy tej okazji dwa zaskoczenia. Po pierwsze – ilustracje. TEN „Mały Pokój z Książkami” jest drugą pozycją w serii „Mistrzowie Światowej Ilustracji” i towarzyszą mu oryginalne, czarno – białe ilustracje Edwarda Ardizzone. No cóż… Był to wspaniały artysta, ale dla mnie z tą książką nierozerwalnie wiążą się obrazy, które stworzyła pani Truchanowska, mimo że tych moich ukochanych, kolorowych było tam tylko osiem. Ale jakież one miały kolory ! I jakie piękne kwiaty na nich były !

Drugim zaskoczeniem było to, że nowa książka zawiera więcej opowiadań niż ta, którą znałam. Okazało się, że do poprzedniego wydania nie weszło 9 historii. Przetłumaczyła je teraz Ewa Rajewska. Udało jej się znakomicie uchwycić klimat i język zarówno oryginału, jak i poprzedniego przekładu – dzięki temu ten zbiór stanowi całość. Ja oczywiście od razu wiedziałam, które z opowiadań są nowe, ale myślę, że osoby, które czytają to po raz pierwszy, nie zauważą różnicy w tłumaczeniach.

Zastanawiam się, dlaczego te opowiadania nie weszły do pierwszego polskiego wydania ? Widzę dwa możliwe wytłumaczenia: albo ingerowała w to cenzura, albo edycja całości przekraczała ówczesne przydziały papieru, jakimi dysponowało wydawnictwo Nasza Księgarnia. To drugie wydaje mi się bardziej prawdopodobne, bo jedynie „Pocałunek dla drzewa brzoskwiniowego”, w którym kluczową rolę odgrywa obrazek ze św. Antonim, mógł być w PRL-u niecenzuralny, pozostałe są zupełnie niewinne. Najbardziej żałuję, że nie było mi dane poznać w dzieciństwie „I zatańczę dokolutka”, bo jest tam przepięknie, z miłością pokazana starość oraz więź między dziewczynką a jej staruteńką prababcią, więź, która z jednej strony zmusza Gryzeldę do wielu poświęceń, ale z drugiej strony – jest jej siłą i pomaga jej w życiu.

Cieszę się bardzo ze wznowienia „Małego Pokoju z Książkami”. Urok tej książki jest, mam nadzieję, ponadczasowy, nawet mimo braku ilustracji, które tak lubiłam 😉

P.S. Książka była nominowana w Plebiscycie Blogerów Lokomotywa 2018 w kategorii: przekład !!!

Eleanor Farjeron „Mały pokój z książkami” , przekł: Hanna Januszewska, ilustr.: Bożena Truchanowska, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 1971

Eleanor Farjeron „Mały pokój z książkami” , przekł: Hanna Januszewska, Ewa Rajewska, ilustr.: Edward Ardizzone, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2018

Prawie Manifest :-)

Prawie Manifest :-)

Kiedy 9 marca 2006 roku otwierałam Mały Pokój z Książkami, rozpoczęłam go od takiego „Prawie Manifestu”:

Kiedy biorę do ręki nową, nieznaną książkę to….

… zaczynam ją czytać. Nie jest to specjalnie oryginalne – wiem, ale do tego przecież ona służy 😉

Książka to przede wszystkim tekst – SŁOWA, którymi autor zwraca się bezpośrednio do nas. Słowa opowiadają historię, słowa tworząbohaterów, słowa budują nastój. Bez słów książka nie istnieje.

Ani najpiękniejsze ilustracje, ani najwymyślniejsza okładka, ani nawet najatrakcyjniejsze gadżety, które do niej dołączono nie stworzą dobrej książki z marnego tekstu . Piękne obrazki można obejrzeć raz czy dwa, do ciekawej treści wraca się wiele razy. Nudnej historii napisanej topornym językiem żadne obrazki nie ożywią.

Dobra książka dla dzieci to taka, którą z przyjemnością przeczyta również dorosły. Jeśli czytając dziecku sami nie rozumiemy tego, co czytamy, a czytane słowa „stają nam w gardle” , to cała ta zabawa nie ma sensu. Dobrze napisany tekst “czyta się sam”, sam niesie czytającego.

Słuchanie jest przyjemne dla słuchających jedynie wtedy, gdy czytanie sprawia przyjemność czytającemu.

Aby wspólne czytanie było dla nas przyjemnością, szukam dla moich dzieci książek:

  • mądrych,
  • ciekawych,
  • napisanych pięknym językiem,
  • intrygująco zilustrowanych
  • i starannie wydanych.

Takim książkom poświęcony jest ten blog.

Od tego czasu minęło 13 lat, moje dzieci zdążyły dorosnąć i już same wybierają sobie lektury, a miejsce, gdzie znajdował się Mały Pokój z Książkami, odpłynęło w niebyt, co zmusiło mnie do przeprowadzki.

W tym czasie pojawiła się też kategoria książek, których istnienia i znaczenia wówczas nie przeczuwałam, czyli książki obrazowe – takie, w których nie ma słów, a cała treść zawarta jest w obrazach. Dla nich również jest miejsce na półkach Małego Pokoju z Książkami.

W nowym miejscu trochę czasu zajmie mi ustawienie na półkach wszystkich dotychczasowych książek, pojawią się też nowe, więc zapraszam – rozgośćcie się tutaj 🙂

P.S. Więcej o książce, której mój blog zawdzięcza swoją nazwę, a która była ulubioną książką mojego dzieciństwa przeczytacie —>>>tutaj