Powstanie Warszawskie. Pierwsze dni

Powstanie Warszawskie. Pierwsze dni

Wpis z 8 października 2017 roku:

Jak czytać te książkę ?

Życie człowieka składa się z decyzji. Czasem są one błahe, niekiedy zaś poważne, niosące nieodwracalne konsekwencje. Z tej książki możesz się dowiedzieć, przed jakimi wyborami stawali młodzi ludzie podczas Powstania Warszawskiego i jak wpływały one na dalsze losy tych osób, doprowadzając czasem nawet do śmierci. Każda z twoich decyzji będzie zmieniać bieg tej historii i prowadzić do innego zakończenia. Wydarzenia, w których będziesz brać udział, miały miejsce w rzeczywistości i przytrafiły się prawdziwym ludziom.

Nie jestem targetem tej książki, nie wychowałam się na grach komputerowych i zdecydowanie preferuję słowo pisane, a najlepiej jeśli jest ono na papierze. W dodatku jeśli chodzi o historię, a szczególnie o Powstanie Warszawskie jestem maksymalistką – oczekuję od książek wierności faktom i bardzo wyczulona jestem na wszelkie niedoróbki w tej kwestii. Dlatego do publikacji, która ma w tytule Interaktywne spotkanie z historią podeszłam z dużą dozą nieufności. Obawiałam się, że (podobnie jak na przykład w grze „Mali powstańcy”) fakty i realia historyczne mogły paść ofiarą tej interaktywności. Muszę przyznać, że się w tej kwestii bardzo miło zdziwiłam…

Merytorycznie nie mogę właściwie do niczego przyczepić. Książkę konsultowało Muzeum Powstania Warszawskiego i w warstwie faktograficznej wszystko się zgadza. Jedyna rzecz, która ciut mi zgrzytnęła, to zdjęcie, które ilustruje hasło ręczny karabin maszynowy. Przedstawia ono sowiecki RKM DP, który owszem – był w użyciu w czasie Powstania, ale spodziewałabym się go raczej w drugiej połowie września na Powiślu, a nie w pierwszych dniach sierpnia na Woli. Co nie znaczy, że było to absolutnie niemożliwe.

Widza o Powstaniu, którą czytelnik z niej wyniesie jest na podobnym poziomie do tej, którą ja mniej więcej w tym samym wieku wyniosłam z lektury „Zośki i Parasola” Kamińskiego. Te same wydarzenia, ci sami ludzie, ale tu być może forma będzie bardziej interesująca dla współczesnego nastolatka.

Być może – bo wydaje mi się, że jak na jego potrzeby tak książka jest trochę zbyt mało atrakcyjna wizualnie. Nieliczne kolorowe ilustracje i czarno – białe, niewyraźne zdjęcia nie pomagają wczuć się w opisywane wydarzenia. Poza tym aż prosi się, żeby jakoś osadzić to wszystko w realiach współczesnej Warszawy – przydałyby się tu o mapy i zdjęcia, także współczesne. Wtedy być może okazałoby się, że wszystko to działo się w miejscach doskonale czytelnikowi znanych i z pozoru zupełnie nieciekawych.

Masz na imię Janek. Jesteś silnym osiemnastoletnim chłopakiem. Mieszkasz razem z wujem i ciotką w małym mieszkanku na warszawskiej Woli…

Przy pomocy tej książki możemy towarzyszyć naszemu bohaterowi we wszystkich wariantach powstańczego losu – od natychmiastowego przyłączenia się do walki do decyzji o tym, żeby się w nic nie włączać. Niektóre kończą się jego śmiercią, ale są też takie w których przeżywa. Kilka zakończeń doprowadza go na Starówkę i tam zostawia – nie wiemy więc, co wydarzyło się później.

Czasem podejmujemy w jego imieniu decyzje trudne (przyłączyć się do walki czy nie), a czasem wszystko zależy od tego, czy każemy mu pobiec w prawo czy w lewo. Jednak żadna z tych decyzji nie gwarantuje mu przeżycia.

Pomysł fabularny, szkielet tej książki jest interesujący i dopracowany, przydałoby się jednak obudować go bardziej literacko. To bardziej scenariusz gry – nie poznajemy szerszego tła, niewiele wiemy o uczuciach bohatera, więc trudno czasem zrozumieć, dlaczego miałby podjąć taką czy inną decyzję. Marzy mi się kolejne wydanie tej książki – poszerzone i ulepszone. Z ciekawszymi ilustracjami, pokolorowanymi zdjęciami i rozbudowaną fabułą, która pozwoliłaby współczesnemu nastolatkowi zrozumieć, dlaczego jego ówcześni rówieśnicy chcieli być wolni i wolność sobie zawdzięczać.

A gdyby jeszcze w tym wydaniu zrezygnowano ze słowa „przygoda”, którym określane są kolejne wersje losów bohatera, byłoby idealnie.

Krzysztof Mital „Powstanie Warszawskie. Pierwsze dni. Interaktywne spotkanie z historią”, ilustr.: Filip Wojciechowski, wyd.: Meandry, Gdańsk 2017

Podręczny Nieporadnik – Młotek

Podręczny Nieporadnik – Młotek

Wpis z 4 lutego 2010 roku:

Żyjemy w czasach, w których każde urządzenie zakupione w sklepie wyposażone jest w instrukcję we wszystkich językach świata, rozmiarów bez mała Encyklopedii Olgerbranda. Zawiera ona często tak doniosłe rady jak to, że nie należy wkładać kanapek do kieszeni na kasety video w odtwarzaczu 😉

Żyjemy w czasach, w których największy dział w księgarniach stanowią poradniki i nie ma chyba problemu, na który nie znalazło by się w nich antidotum.

Panowie Wojciech Widłak i Paweł Pawlak czyli duet autorski, którego pierwszym dziełem było „Sekretne Życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach”, poszli jeszcze o krok dalej i stworzyli dzieło nowatorskie – Podręczny Nieporadnik, poradnik a rebours czy też inaczej: Instrukcję Nieobsługiwania przyrządu wydawałoby się oczywistego.

„Młotek” to książka dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Począwszy od okładki, której skrzydełko posiada własną instrukcję obsługi, i skończywszy na stopce redakcyjnej. Spotkaliście się kiedyś z książką, w której stopka jest interesującą lekturą ? Nad całością unosi się Duch Dobrej Zabawy, a frajda, jaką Panowie W&P (vel Profesor Kurzawka i Adiunkt Kwas) mieli podczas jej tworzenia, wręcz się z jej kartek wylewa 😉

Z nadzieją czekam na, zapowiedziane pod koniec tej książki, kolejne Nieporadniki. (Edit: ukazały się jeszcze dwa – Grzebień i Rękawiczka oraz absolutne mistrzostwo świata w dziedzinie absurdu czyli „NIEkalendarz” (uniwersalny, pasuje do każdego roku i jeszcze można go kupić !!! 😉 ).

Wydawnictwo „Czerwony Konik” (kolejne bardzo obiecujące, małe wydawnictwo, które pojawiło się na naszym rynku !) wspólnie z portalem „Bajkopisarze” ogłosiło konkurs na kolejne Niezastosowania Młotka. Wydawać by się mogło, że twórcy Nieporadnika wyczerpali już wszystkie możliwości tego rodzaju, ale…

Na własne oczy mogłam się kiedyś przekonać, że Młotek Nie Służy do tłuczenia kotletów schabowych. Rzeczony kotlet, utłuczony z zaangażowaniem przez dziarskiego harcerza podczas obozowej służby kuchennej:

po pierwsze – trudno jest następnie oddzielić od deski;

po drugie – trudno jest go usmażyć;

po trzecie – może zawierać drzazgi i to w ilościach większych niż śladowe 😉

P.S.

W naszym domu ta książka zdecydowanie bardziej zainteresowała dorosłych niż dzieci – myślę, ze to ze względu na różnice doświadczeń związanych z młotkami i innymi tego rodzaju narzędziami. Dlatego zaliczam ją do książek wbrew pozorom – nie dla dzieci.

Książka nagrodzona tytułem Książki Roku IBBY 2009 za ilustracje i projekt graficzny.

Wojciech Widłak (tekst), Paweł Pawlak (ilustr.) „Młotek. Podręczny Nieporadnik Profesora Kurzawki & Adiunkta Kwasa”, wyd.: Czerwony Konik, Kraków 2009

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach

Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach

czyli nietypowa książka Widłaka, z nietypowymi ilustracjami Pawlaka i raczej nie dla dzieci –  jak powiedział o niej sam autor.

Wpis z 28 grudnia 2008 roku:

Wygląda jak stary kajet znaleziony gdzieś na strychu i pobieżnie oczyszczony z kurzu i pajęczyn. Czarna okładka, wytarta nieco na rogach, pożółkłe kartki, wyklejka w charakterystyczny, staroświecki wzorek, napisy w w kolorze starego złota… i tylko znaczki reklamowe na ostatniej okładce świadczą o tym, że rzecz jest całkiem współczesna.

A w środku – krasnale. W dziwnych nakryciach głowy – zupełnie nie przypominających czerwonych czapeczek do jakich przyzwyczaiły nas tradycyjne baśnie. Krasnale zadumane nad Sensem Wszystkiego. Krasnale tajemnicze – kryjące twarze pod rondami. Krasnale w Wielkich Kapeluszach.

Można je spotkać we Wrocławiu na fontannie przed Teatrem Lalek zaprojektowanej przez Pawła Pawlaka.

zdjęcie autorstwa Pawła Pawlaka – dziękuję 🙂

Zobaczyłem tę fontannę jeszcze przed jej uruchomieniem – powiedział Wojciech Widłak i zrozumiałem, że każdy z tych krasnali jest osobą, każdy z nich ma swoją historię. A ja poczułem, że muszę te historie spisać.

Tak jak umiałem, opisałem osobników w kapeluszach oraz wierzbę i kota, po czym wysłałem tekst do Pawła. Po jakimś czasie Paweł przysłał mi coś, co uważał za szkice ilustracji, natomiast ja od razu miałem poczucie, że to są już niemal gotowe ilustracje. Paweł dał się przekonać, wycyzelował je oczywiście, dodał smaczków, pokropił złotem i szkice w końcu znalazły się w książce. Moje opowieści też są właściwie szkicami – w tym sensie, że zapraszają czytelnika do dopowiedzenia sobie różnych różności.

zdjęcie autorstwa Pawła Pawlaka – dziękuję 🙂

Wierzbownik, Spragniony, Karmiący Ptaki, Puszczający Stateczki, Parasolnik, Ogrodniczka, Niewidzialnik, Rapsodnik nie są jedynymi krasnalami we Wrocławiu.  Można je tam spotkać na każdym kroku.

Nic dziwnego – w końcu Wrocław to miasto Pomarańczowej Alternatywy , a ona zaczęła się właśnie od krasnoludków. W stanie wojennym wszystkie antysocjalistyczne hasła na murach (w rodzaju: TV KŁAMIE albo WRONA SKONA) były starannie zamazywane białą farbą i straszyły plamami wyraźnie odcinającymi się od brudnych tynków. Któregoś dnia… na tych białych plackach pojawiły się krasnoludki. Trochę koślawe, w krzywych czapeczkach, zaskakujące i absurdalne. Od tamtego czasu i tamtych krasnali minęło 25 lat, a Krasnale w Wielkich Kapeluszach różnią się od nich właściwie wszystkim. Są po prostu z innej epoki.

Podobno zdarzają się tacy, którzy uważają, że wszystkie Krasnale w Wielkich Kapeluszach są jednakowe. Sądzą po pozorach ! Wielkie kapelusze zdają się im podstawowym wyróżnikiem, cechą najważniejszą, dominującą i skazującą krasnale na duchową, intelektualną i uczuciową szarość. Niech ten, kto tak sądzi, ma się jednak na baczności bo sam siebie osądza !

Każdy może znaleźć wśród nich Krasnala, z którym łączy go powinowactwo duchowe. Takie własne, krasnalowe alter ego. Dla mnie jest nim rzecz jasna Wierzbownik, z jego pasją przeczytania wszystkich książek świata 😉 A dla Ciebie ?

„Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach [opowieść o fontannie] * spisał Wojciech Widłak dzięki uprzejmości Pawła Pawlaka i krasnala Raspodnika, zilustrował Paweł Pawlak”, wyd.: Format, Łagiewniki 2008

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Czupieńki

Czupieńki

… czyli wpis, w którym najpierw przypominam, co napisałam dawno temu na temat pierwszych dwóch książek o tych przemiłych stworzonkach, a następnie wyjaśniam, dlaczego uważam, że powinny one zostać wydane ponownie razem z dwoma pozostałymi, niepublikowanymi dotąd nigdzie 🙂

Wpis z 3 stycznia 2010 roku:

Pamiętacie „Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach” – pierwszą wspólną książkę Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka ? Właśnie ukazała się druga pozycja tej znamienitej spółki autorskiej ale o „Młotku” napiszę innym razem. Dziś, po cudownym spacerze po zimowym lesie naszło mnie na Czupieńki 😉 Bowiem Krasnale w Wielkich Kapeluszach nie były pierwszymi osobnikami w tych nakryciach głowy stworzonymi przez Pawła Pawlaka. Na długo przed nimi były Les Tchoux – stworki znane dotychczas tylko dzieciom francuskim. Czyli po naszemu – Czupieńki.

Chlapieniek, Sapieniek, Wiepieniek, Tycipieniek i inne, których imion jeszcze nie znamy (i niewątpliwie kończą się one też na -pieniek). Spod Wielkich Kapeluszy wystają im okazałe… nosy ? …pyszczki ? …ryjki ? Nieważne – jak zwał, tak zwał, grunt, że wyglądają sympatycznie 😉 Żyją w lesie, w domkach na drzewach.

Narysował je, jako się rzekło, Paweł Pawlak, historyjki o nich napisał Gèrard Mancomble (znany co poniektórym jako autor „Kotka, który chciał merdać ogonkiem” również z ilustracjami P. Pawlaka), a spolszczyła je w niezwykle sympatyczny sposób Ewa Kozyra – Pawlak. „Gwiazdka” to pierwsza z czterech książeczek o Czupieńkach, których wydanie zapowiada wydawnictwo Media Rodzina. (Edit: ale w końcu wydało tylko dwie 😦 )

Był zimowy wieczór, zupełnie taki, jak dzisiejszy – idealny na to, żeby siedzieć przy rozpalonym kominku i czytać. Nagle za oknem usłyszeli ciche pacnięcie. – Patrzcie ! Gwiazda spadła na śnieg ! – zawołał Wapieniek. Gwiazdka była niewielka. Całkiem blada i zziębnięta. Nie świeciła jaśniej niż robaczek świętojański. Czupieńki podniosły ja ostrożnie…

Jest w tej historii coś niezwykle urzekającego – to dziecięca wiara w cudowną moc przytulania, które jest lekiem na wszystkie problemy.

Ta książeczka to wymarzona lektura na zimowe wieczory, szczególnie te w okolicy Świąt, bo przecież owa Gwiazdka nie była taką sobie zwykłą gwiazdką, jakich na niebie tysiące. Była to, moi kochani, Gwiazda Betlejemska. I aż strach pomyśleć, co mogłoby stać się z Trzema Królami w drodze do Betlejem, gdyby nie malutkie Czupieńki  ?

Gèrard Mancomble  „Czupieńki. Gwiazdka.”, przekł.: Ewa Kozyra – Pawlak, ilustr.:Paweł Pawlak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2009

Wpis z 20 października 2010 roku:

Ufff… Czupieńki skończyły własnie zbieranie owoców pokrzepidełka. A pokrzepidełko to prawdziwy skarb: na herbatkę, konfitury, kompocik – mniam, mniam ! Nagle…

…w pobliżu rozległo się okropne chrumkanie, a ziemię zalał cień głęboki jak noc.

Ten cień nazywał się SMOK ŻARŁOK ! W jednej chwili połknął całe zbiory Czupieńków.

Czupieńki mają w sobie coś, co mnie rozczula – taką dziecięcą naiwność i serdeczność. W poprzedniej części lekiem na wszystkie problemy było przytulanie, tutaj – zachwyciło mnie ich przekonanie, że skoro Smok płacze, to na pewno nie jest zły. Przecież kiedy ktoś płacze, to trzeba mu pomóc – to jest oczywiste nie tylko dla Czupieńków. A wtedy…

… okazuje się, ze groźny smok nie jest groźny, tylko głodny – a głodny jest dlatego, że nie potrafi sam dosięgnąc do jedzenia. Wystarczyło nauczyć go stawać na tylnych łapach i… problem rozwiązany 🙂

Te książeczki są potrójnie urocze. Składa się na to zarówno prosta i ciepła historyjka, jak i przekład Ewy Kozyry – Pawlak, za szczególnym uwzględnieniem słowa pokrzepidełko. Cóż za piękny neologizm !!! No i Smok Żarłok oczywiście – tak nazywam moje córki, kiedy wykazują się nadmiernym apetytem.

Całość dopełniają ilustracje Pawła Pawlaka, w których szczególnie zachwyciła mnie przemiana smoka – z groźnego zębatego i rogatego potwora w leniwie rozciągniętą na ziemi ogromną przytulankę, która znakomicie może służyć jako zjeżdżalnia dla Czupieńków.

A wiecie, co mnie w tej książczce cieszy najbardziej ? To, że jest ich w sumie cztery, czyli jeszcze dwie przed nami ! 🙂

Gèrard Moncomble „Czupieńki. Smok”, przekł.: Ewa Kozyra – Pawlak, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2010

No właśnie – cieszyłam się, cieszyłam, a minęło już dziewięć lat i ciągle się ich nie doczekałam. Wydawnictwo uznało wtedy, że sprzedaż była za mała i nie zdecydowało się na kontynuację tego cyklu, a mnie oprócz książek został jeszcze Tycipieniek (rodem z Budki). I zapomniałabym w ogóle o tym, że czekałam na kolejne części i że ciągle nie wiem, co przydarzyło się Czupieńkom wiosną i latem (bo każda z nich opisywała inną porę roku), gdyby nie to, że wczoraj Paweł Pawlak zaprezentował na swoim profilu na Facebooku szkice ilustracji do części trzeciej, wiosennej. Niestety tylko szkice, bo ilustracje właściwe już nie powstały…

… ale ich autor mówi (to cytat:) gdy zobaczyłem te szkice, to wezbrała we mnie jakaś taka rodzicielska tkliwość, że kto wie? Może potrafiłbym do Czupieńków wrócić, gdyby pojawił się zdecydowany wydawca? 

Apeluję więc do P.T. Wydawców – zastanówcie się nad Czupieńkami, bo pokolenie obecnych kilkulatków IMO zasługuje na przyjaźń z nimi !!! Myślę, że teraz nie byłoby już problemów z zadowalającą sprzedażą, bo wtedy, kiedy wydano je po raz pierwszy, rynek książek dziecięcych w Polsce dopiero nabierał rozpędu, a nazwiska ilustratora i tłumaczki – znaczenia.

Te książki i ich bohaterowie są takie urocze, ciepłe, sympatyczne, rozczulające (tę listę synonimów mogłabym ciągnąć jeszcze długo 😉 ), że tylko brać, wydawać i cieszyć się nimi (i wdzięcznością czytelników) !!!

Edit: Paweł Pawlak został nominowany do Nagrody ALMAAstrid Lindgren Memorial Award gratulacje !!!

Syberyjskie przygody Chmurki

Syberyjskie przygody Chmurki

Wpis z 30 października 2014 roku:

Kiedy usłyszałam o wojnie po raz pierwszy ? Nie wiem. W ogóle nie pamiętam czasu, kiedy o niej nie wiedziałam. Była we wspomnieniach z okupacyjnego dzieciństwa rodziców i w serialu „Czterej pancerni i pies”. Jedynym wrogiem, jakiego znałam, byli Niemcy, bo tak się złożyło, że i dla mojej Mamy, i dla Taty okupacja zaczęła się przed 17 września, a jak było z pancernymi, wszyscy przecież wiedzą. Świadomość tego, że mieliśmy jeszcze jednego okupanta docierała do mnie stopniowo i stopniowo zaczynałam też rozumieć, jak bardzo zakłamany był serial, na którym wyrosłam. Armia składająca się z kresowian, którzy nie zdążyli do Andersa i pełniących obowiązki Polaków obywateli sowieckich różnych narodowości, reprezentowana tam była przez gdańszczanina, beskidzkiego górala i warszawiankę !

Pierwszą lekturą, z której dowiedziałam się o wywózkach na Sybir był „Ptasi gościniec” Haliny Auderskiej. Następną chyba „Wielbłąd w stepie” i „Krzyż południa” Krzysztonia, a może „Wszystko co najważniejsze” Oli Watowej ? Nie pamiętam już tego dokładnie…

Pamiętam natomiast moment, kiedy uświadomiłam sobie różnice w doświadczeniu wojennym mojego Taty i jego ciotecznego brata. Pierwszy mieszkał w Warszawie, a drugi w Grodnie. Pierwszy przeżył 5 lat pod okupacją niemiecką, a Armia Czerwona przyniosła mu tej okupacji koniec. Drugi – przez całą wojnę nie widział ani jednego Niemca, za to przewędrował pół świata – najpierw bydlęcym wagonem do Kazachstanu, a potem statkiem przez Morze Kaspijskie i dalej przez Persję aż do Indii, aby w końcu znów statkiem dotrzeć do Londynu.

„Syberyjskie przygody Chmurki” to pierwsza znana mi książka dla dzieci, która opisuje ten drugi wariant wojennych losów. Wcześniej podobne historie można było znaleźć w „Wojtku z Armii Andersa”, ale to książka adresowana do zdecydowanie starszego czytelnika.

Dla małej Chmurki słowo wojna nie oznaczało nalotów i bombardowań, tylko konieczność zostawienia domu i całego życia, do którego była przyzwyczajona. Oznaczało długą podróż w zamkniętym wagonie i izbę w chacie w syberyjskiej wiosce.

Anna Szwykowska – Michalska (nazywana w rodzinie Chmurką) miała zaledwie trzy lata, kiedy wraz z mamą, babcią i ciociami została skazana na 25 lat zesłania na Syberię i znalazła się w małej wiosce nad rzeką Jenisiej. Można powiedzieć, że i tak miała sporo szczęścia, bo dojechała tam cała i zdrowa. Jedynym przestępstwem, jakie popełniła, było to, że urodziła się w rodzinie właścicieli huty szkła niedaleko Lidy. Miejsca jej zesłania nie otaczał mur, ani drut kolczasty, bo wtedy cała Rosja była więzieniem.

Mała dziewczynka, oczami której oglądamy tę historię, przyjmuje wszystko, co ją spotyka po prostu, nie zastanawiając się, dlaczego właściwie tak się dzieje. Nie pamięta też za bardzo, jak wyglądało ich przedwojenne życie.

Na kartach tej książki nie pojawiają się żadni źli ludzie. Źli są Sowieci z opowiadań dorosłych – ci, którzy aresztowali tatę i dziadka i przywieźli ją na Sybir, ale Rosjanie, wśród których żyje, są w takim samym jako ona stopniu ich ofiarami. Nawet śmierć mamy to sprawka purgi (czyli zadymki) i pociągu. I tak Chmurka tak samo jak Krzywa Natka została sierotą. Babcia tłumaczyła, że mama jest w jakimś wspaniałym niebie i teraz dziewczynka miała do niej pretensje, że poszła tam bez niej, zupełnie sama.

Cechą wspólną wszystkich książek, jakie ukazały się w serii ”Wojny dorosłych – historie dzieci” jest to, że ich bohaterowie wspominają to po latach (a więc przeżyli) i że cały ten straszny czas mieli przy sobie dorosłych, którzy się nimi opiekowali. Chmurka też, mimo że była okrągłą sierotą, nadal miała babcię i ciocię, oraz rodzinę w Polsce, która wystarała się o ich powrót do ojczyzny.

Nie wiem, co ta seria w sobie ma, ale niemal każdą kolejną książkę odkładam z pomysłem na następną. I tak po lekturze „Małego powstańca” i „Wojny na Pięknym Brzegu” zamarzyła mi się historia kogoś, kto w powstańczej Warszawie był listonoszem poczty harcerskiej. Książka o Chmurce natomiast aż prosi się o uzupełnienie następną – o dziecku, które opuściło Rosję z Armią Andersa, a następnie trafiło do Indii adoptowane przez maharadżę Jam Saheba Digvijay Sinhji. To taka piękna historia – brzmi jak bajka, a jednak wydarzyła się naprawdę…

Dorota Combrzyńska – Nogala „Syberyjskie przygody Chmurki” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2014

Zbuntowane słowa

Zbuntowane słowa

W ramach serii „ Wojny dorosłych – historie dzieci” początkowo ukazywały się książki opisujące losy polskich dzieci podczas II Wojny Światowej. Potem pojawiały się w niej wojenne historie bardziej współczesne i dziejące się (na szczęście !) z dala od naszego kraju. Najnowsza sięga znów do naszej (nieco mniej odległej) przeszłości – do czasu nazywanego przez niektórych wojną polsko – jaruzelską czyli do Stanu Wojennego.

Historia, którą opowiadają „Zbuntowane słowa”, nie ma w sobie nic z tragizmu wojennych losów Asiuni, Jutki czy Chmurki z wcześniejszych tomów serii. To opowieść o drugim obiegu literatury w czasach PRL, a poprzez to także po prostu o życiu w tamtych czasach.

Na drugi obieg książkowy w latach osiemdziesiątych składały się trzy rodzaje publikacji – drukowane w podziemiu oraz przywiezione z tzw. Zachodu – normalnej wielkości i miniaturowe, z założenia przeznaczone do przemytu w taki sposób, jak opisany przez Joannę Papuzińską. Ponieważ w tym czasie byłam już studentką, miałam do czynienia ze wszystkim z nich. I tak na przykład – Orwella czytałam w wydaniu podziemnym. O ile „Folwark zwierzęcy”, który do mnie dotarł, był wydrukowany nie najlepiej i jego lektura wymagała pewnej determinacji, to już kilka lat późniejszy „Rok 1984” był publikacją o całkiem niezłej jakości.

Nie pamiętam już, w jaki sposób zdobyłam miniaturowe „Rodowody niepokornych” Cywińskiego – wydaje mi się, że było to już w okolicach Okrągłego Stoły, kiedy na Uniwersytecie Warszawskim stoiska z prasą i książkami drugoobiegowymi funkcjonowały zupełnie jawnie. Była to lektura w tym samym stopniu fascynująca co trudna i zapewne między innymi jej zawdzięczam dzisiejszy stan mojego wzroku 😉 Kiedy tylko było to możliwe, nabyłam ją już w wydaniu normalnych rozmiarów, ale gdzie się podziała tamta maleńka ?

Mam też do dziś przywiezione z Londynu książki, które przybysze z PRL mogli sobie wybrać w Polskim Ośrodku Społeczno – Kulturalnym. Przywiozłam wtedy nielegalnie m.in. jedną niezbędną mi do pracy magisterskiej, która w bibliotece uniwersyteckiej była w dziele cimeliów dostępna za specjalnym pozwoleniem, natomiast w Bibliotece Narodowej dostęp do niej był nieograniczony, ale w żadnej z nich nie było możliwości zrobienia ksera, więc musiałabym jej spore fragmenty przepisywać ręcznie. Ot, takie codzienne absurdy życia w PRL 😉

„Zbuntowane słowa” to książka – matrioszka czyli książka w książce. Zawiera w sobie reprint wydanej w podziemiu, a przeznaczonej dla dzieci bajki Joanny Papuzińskiej o Smoku Niewawelskim, napisanej bez wiedzy i zgody K.M. Wzorowana na znanych wszystkim pierwszych polskich komiksach dla dzieci autorstwa duetu Kornel Makuszyński i Marian Walentynowicz, z czarno – białymi ilustracjami, które dziecko mogło sobie pokolorować, była próbą wyjaśnienia małym czytelnikom podzielonego żelazną kurtyną świata, w którym żyli.

Dla współczesnych jej czytelników jest także Posłowie czyli kolejna próba wyjaśnienie tamtych czasów – tym razem dzieciom, które ich już nie znają, bo żyją w świecie zupełnie innym, bardziej normalnym. Czy jednak będą w stanie dziś zrozumieć, że wtedy ktoś był gotów narazić może nie swoje życie, ale wolność dla książki ?

Joanna Papuzińska „Zbuntowane słowa” (seria: Wojny dorosłych – historie dzieci), ilustr.: Sylwia Szyrszeń, wyd.: Literatura, Łódź 2019

Krasnale i olbrzymy

Krasnale i olbrzymy

Wpis z 26 maja 2015 roku:

Chciałam was, czytelnicy, zaprosić dziś na przechadzkę po mojej malej ojczyźnie. Wszyscy mamy swoją dużą ojczyznę – Polskę, i jeszcze większą ojczyznę – Europę, wspólna dla wszystkich jej mieszkańców – to wiadomo. Ale każdy człowiek ma też swoją małą ojczyznę – miejsce, w którym przeżył dzieciństwo. To wcale nie musi być jakieś miejsce bardzo sławne i znane, ale dla niego jest ważne i zapisane w pamięci. Zna jego historię i wie o nim więcej niż kto inny.

„Krasnale i olbrzymy” to druga książka, jak ukazała się w serii „Rodzinnie o historii” wydawnictwa Literatura. Pierwszą był „Mój tato szczęściarz” – również Joanny Papuzińskiej i obie te książki są rodzajem spacerowników – przewodników po Warszawie. Aż prosi się, żeby wyruszyć na poszukiwanie miejsc opisanych na ich kartkach !

Moja mała ojczyzna to część warszawskiego Śródmieścia. Są tam różne małe uliczki, które zbiegają się przeważnie przy placu Politechniki. Albo można powiedzieć odwrotnie – wybiegają z niego, tak jak palce wybiegają z dłoni: Noakowskiego, Lwowska, Śniadeckich, Nowowiejska, Polna… Nad nimi zaś króluje wspaniała i wielka ulica Marszałkowska, która płynie jak bystra rzeka. Może nie ma tam jakichś prastarych budowli, zamków i pałaców, ale ma ona swoją historię, a cząstkę tej historii, dziwnej historii, z której czasami nie pozostały żadne ślady, przeżyłam razem z nią.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia... – pisała (cytując Mickiewicza) o swoim widoku z okna na Polnej Maria Dąbrowska, a pisała to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Joasia, kilka lat starsza od małej Asiuni z wcześniejszej książki Joanny Papuzińskiej, wędrowała sąsiednimi ulicami do szkoły, kupowała w sklepiku czerwone lizaki i biegała z koleżankami popatrzeć na budujący się MDM.

Czytając tę książeczkę uświadomiłam sobie, że moje widzenie tej części Warszawy jest tak jakby… odwrotne. Najpierw zaistniał w mojej świadomości MDM ze swoimi kandelabrami na placu Konstytucji i olbrzymimi rzeźbami na fasadach. To była Warszawa, którą znałam, kiedy jeszcze mieszkałam gdzie indziej i tylko przyjeżdżałam od czasu do czasu.

Potem, kiedy już byłam stąd, właśnie ta część Śródmieścia (dla mnie zaczynająca się od Placu Unii) była tą pierwszą, którą poznałam bliżej i oswoiłam sobie. Tu było moje liceum, piekarnia na Polnej pachnąca świeżym pieczywem, biblioteka na Koszykowej, gdzie lubiłam się uczyć, lodziarnia „Palermo” zaraz obok i „Hortex” na Placu Konstytucji – jedyne miejsce, gdzie można było kupić lody w niedzielę 😉 Stopniowo zaczęłam zauważać to, co było schowane za fasadą MDM- u – domy stojące gdzieś z tyłu, pod dziwnym kątem do obecnych ulic – cienie dawnego ich przebiegu i innych nazw. Zaczęłam zwracać uwagę na detale starych kamienic, zaglądać na ich podwórka – jeszcze nie zamknięte domofonami.

Warszawa jest miastem szczególnym, ale w każdej małej ojczyźnie w Polsce można odnaleźć takie ślady historii, która przetoczyła się przez te ziemie i przeorała ślady po dawnych mieszkańcach i ich życiu przed laty. Trzeba się tylko uważnie rozejrzeć i chcieć je dostrzec…

Joanna Papuzińska „Krasnale i olbrzymy” (seria: Rodzinnie o historii), ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd.: Literatura, Łódź 2015

Mój tato szczęściarz

Mój tato szczęściarz

Wpis w 26 sierpnia 2013 roku:

Dawno, dawno temu to było, ale wcale nie w bajce, tylko w prawdziwym świecie.

Co prawda tamten świat może się dziś wydawać trochę bajkowy, bo na przykład nie było w nim komputerów ani telewizji, ani supermarketów, ani nawet komórkowych telefonów. A babcie i dziadkowie dzisiejsi byli małymi dziećmi. Ja na przykład byłam małą dziewczynką, a dziadek Stasiulka – mój brat Tomek, jeszcze mniejszym ode mnie chłopcem. Ale niektóre rzeczy były takie same jak dziś, na przykład to, ze w niedzielę tato zabierał nas, dzieci na spacer. (…)

A każdego roku pierwszego sierpnia – jeśli akurat jesteśmy w Warszawie – a jeśli nie, to później na przykład w jakąś wrześniową niedzielę idziemy z naszym tatą na spacer na Stare Miasto, żeby wspominać wojnę i powstanie. Musimy przychodzić, żeby się wszystkiego dowiedzieć i zapamiętać, bo nas tu nie było podczas powstania. Wyjechaliśmy z babcią na wakacje pod Warszawę, do Anina. Tam co prawda też była wojna, ale w porównaniu z Warszawą i powstaniem, to było nic.

A wojny już nie ma, skończyła się. Została po niej smutna pamięć o umarłych i dużo zburzonych domów, gruzów usypanych wysoko, w wielkie pagóry. W kolejnych latach gruzów jest coraz mniej, bo albo ludziom udaje się je posprzątać, albo wyrasta na nich trawa, mech i różne chwasty, a nawet drzewka.

Każdego roku nasza droga jest troszeczkę inna, inna jest Warszawa dookoła i inna jest tatowa opowieść

Pamiętacie „Asiunię” ?

„Mój tato szczęściarz” to dopełnienie tamtej historii – opowieść o tym, co przeżył ich tata w walczącej Warszawie. Okazuje się, że wbrew temu, co wydawało się małemu Tomkowi, który jak każdy chłopiec marzył o tacie – bohaterskim żołnierzu, tata nie strzelał z armaty i nie zabił ze stu Niemców. Był natomiast takim żołnierzem pokojowym, który opiekował się cywilami, zwykłymi ludźmi, którzy nie walczyli w powstaniu i także było im bardzo ciężko i niebezpiecznie. I jak przez większość życia, szczególnie zajmował się dziećmi.

To że nie walczył z bronią w ręku, nie oznacza, że nie przeżył w powstaniu rzeczy trudnych i niebezpiecznych. Był ranny, ewakuował się kanałami, a potem został zasypany pod gruzami trafionej bombą kamienicy.

Ta książka pokazuje Powstanie Warszawskie w perspektywy cywila, opowiada o trudnej codzienności z tylu za linią. To także swego rodzaju przewodnik, który pozwala na powtórzenie tego spaceru w dzisiejszej Warszawie.

„Mój tato szczęściarz” to książka z której bije niezwykła duma i miłość dzieci do ojca.

Jeśli ktoś porówna perypetie mojego taty do zwykłego bezpiecznego życia warszawiaków w czasach pokoju, to na pewno może tatę nazwać pechowcem. Ale jeśli porównamy jego życie z tymi wszystkimi zwykłymi ludźmi, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim – a przecież było ich tak wielu – to możemy powiedzieć, że był jednak szczęściarzem, bo udało mu się przeżyć i odnaleźć swoich najbliższych. A choć był już inwalidą – żył jeszcze długie lata po wojnie, opiekował się dziećmi własnymi i cudzymi i pracował dla nich. Za ratowanie dzieci żydowskich, które hitlerowcy mordowali i prześladowali, otrzymał po wojnie z Izraela medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, a my, dzieci z jego rodziny, zawsze wspominamy go z miłością. No i oczywiście pamiętamy te jesienne spacery, podczas których słuchaliśmy o Powstaniu Warszawskim. Takie spacery były ważnym zwyczajem wielu warszawskich rodzin w czasach, kiedy nie wolno było w Polsce świętować rocznicy powstania, wywieszać w tym dniu narodowych flag ani składać wieńców. To dzięki nim dzieci dowiadywały się od rodziców o historii swojego miasta.

Uświadomiłam sobie niedawno, że to właśnie pamięć i tradycja Powstania Warszawskiego pogodziły mnie z moim miastem, w które wrastałam opornie, mimo silnych warszawskich korzeni. Pierwszego sierpnia czuję się warszawianką w szczególny sposób. Staram się wtedy być tutaj – przede wszystkim dla tej niezwykłej chwili, kiedy o 17 zaczynają wyć syreny i miasto staje w zadumie. A od niedawna także dla magicznych pierwszosierpniowych wieczorów spędzanych na placu Piłsudskiego na wspólnym z tysiącami warszawiaków (i nie tylko) śpiewaniu piosenek z tamtych czasów. Te koncerty maja niezwykłą atmosferę – daleką od sztywności oficjalnych obchodów z udziałem władz – taki urok spontaniczności. Niektóre z tych piosenek wzruszają mnie bardzo, a jeszcze bardziej poruszające jest poczucie, że to wzruszenie dzieli ze mną kilka (czy wręcz kilkanaście) tysięcy ludzi wokół. Inne – dziarskie i radosne łączą nas w wspólnym śpiewie, który w ten ciepły wieczór niesie się het, pod chmury.

W tym roku 1 sierpnia towarzyszyła mi tylko Najmłodsza z moich córek, starsze były poza Warszawą. Przed godzina „W” wsiadłyśmy do samochodu i udałyśmy się z naszych ciut odludnych peryferii w stronę centrum. I jakoś tak się złożyło, że kiedy zaczęły wyć syreny stanęłyśmy niemal dokładnie w miejscu, gdzie stał dom, w który mieszkał wówczas jej Dziadek. Wieczorem, kiedy wracaliśmy po koncercie, Dziadek opowiedział nam o tym, co przeżył w czasie powstania. A przeżył wiele, mimo że miał wtedy 5 lat tak jak Asiunia. Najmłodsza i jej brat cioteczny mieli okazje słyszeć tę historię nie raz, ale pierwszy raz słuchali jej tak uważnie.

Joanna Papuzińska „Mój tato szczęściarz” (seria: Rodzinnie o historii), ilustr.: Maciej Szymanowicz, wyd. Literatura, Łódź 2013

Edit: w późniejszych wydaniach ta książka ukazywała się w ramach serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”.

W 2023 roku pani Joanna Papuzińska opowiadała o swoim Tacie w ramach prowadzonej przez Muzeum Powstania Warszawskiego akcji Korzenie Pamięci:

Asiunia

Asiunia

Kontynuując autobiograficzne książki Joanny Papuzińskiej – wpis z 31 maja 2011 roku:

Na skraju miasta stal sobie taki nieduży blok, w tym bloku było mieszkanie, a w tym mieszkaniu mieszkała moja rodzina. Było w niej bardzo dużo dzieci, dużo książek, bajek i piosenek, a wszystkim tym zarządzała moja mama. Na podwórku rosła wierzba płacząca, pod którą bardzo dobrze było bawić się w chowanego. Nie byłam wtedy jeszcze panią Joanną, tylko Asiunią, małą dziewczynką w szpiczastym kapturku.

Na tegoroczne Targi Książki poszłam właściwie tylko po „Asiunię”, która miała tam swoją premierę. No i oczywiście po to, żeby przy okazji spotkać parę miłych osób 🙂

Kibicuję gorąco serii „Muzeum Powstania Warszawskiego dla dzieci”. Po dwóch książkach wydanych wspólnie z Wydawnictwem Muchomor, po długiej przerwie ukazuje się już druga, będąca owocem współpracy z Literaturą. Mam nadzieję, że na tym się nie skończy. (Edit: seria przekształciła się potem w serię „Wojny dorosłych – historie dzieci” i ma się świetnie, co mnie nadal bardzo cieszy)

W dodatku – byłam bardzo ciekawa, jak można napisać drugą książkę o tym samym. Historię dzieciństwa Joanny Papuzińskiej znałam już z „Darowanych kresek”. Moja Najstarsza czytała je chyba z 10 razy. „Darowane kreski” to książka o nietypowym domu i nietypowej rodzinie, w której wychowywała się autorka. „Asiunia” natomiast – to adresowana do nieco młodszych czytelników – opowieść o wojnie widzianej z perspektywy małej dziewczynki.

Trudno powiedzieć, że wojna zmieniła życie Asiuni. Urodzona w styczniu 1939 roku nie pamiętała życia przed wojną i to rzeczywistość okupacyjna była dla niej normalna.

– O, przed wojną… – mówiła babcia – to było inne życie.

Ale ja nie znałam żadnej przedwojny, ani tego innego życia, bo jeszcze mnie wtedy nie było na świecie. Ale tak naprawdę nie znałam też wojny, była sobie gdzieś daleko, „na froncie” – jak się mówiło, była też na ulicach, w postaci żołnierzy, którzy chodzili, tupali nogami i mogli do ludzi strzelać i łapać ich do samochodów. Ale do domu dotychczas nie wchodziła.

Ta książka opisuje właściwie tylko ostatni rok wojny, bo właśnie wtedy, tuz po piątych urodzinach Asiuni, rozpadł się jej dotychczasowy świat. Mama została aresztowana, dom przestał istnieć, a dzieci rozdzielili między siebie dobrzy ludzie.

Teraz okazało się, ze wojna może nie tylko przyjść do domu, ale nawet go zabrać. Nie ma domu, nie ma twojego łóżka, poduszki ani kołderki. Musisz iść spać do innego, cudzego domu, gdzie zamiast mamy jest jakaś obca pani, obce meble, i musisz pić mleko z cudzego kubeczka, zamiast z tego, co zawsze. I jeszcze zamiast własnej piżamy dają ci do spania jakieś okropne, porozciągane koszulisko do ziemi.

Można powiedzieć, że Asiunia miała szczęście. Nie znalazla się z mamą w więzieniu i obozie, łańcuszek dobrych ludzi, którzy robili wszystko, aby było jej jak najlepiej, przekazywał ją sobie z rąk do rąk, aż w końcu znalazła się znów z Babcią i rodzeństwem. To jeszcze nie było koniec przygód, bo w Warszawie wybuchło Powstanie i cała ich gromadka została odcięta od Taty w drewnianym domku na podwarszawskim letnisku. Potem nadciągnął front, a kiedy przeszedł zaczęła się bodaj najtrudniejsza dla nich zima…

Asiunia miała szczęście, bo to nie ona musiała się troszczyć o to, jak przeżyć i co zjeść, to o nią się troszczono, a odpowiedzialność za to spadała na jej babcię i braci.

Tak, najtrudniejsze było życie chłopców, moich starszych braci. To oni wystawali na zimnie, sprzedawali bułki i papierosy na stacji, mieli poodmrażane ręce, dziurawe buty, które uszczelniali papierem i szmatami, podarte i wyrośnięte kurtki z za krótkimi rękawami. Pracowali jak dorośli, a przecież byli zwykłymi nastolatkami, jakich dziś uważa się za dzieci, a co najwyżej za młodzież. Żeby rosnąć, potrzebowali więcej jedzenia i nowych ubrań, a nie mieli ani jednego, ani drugiego.

Na szczęście wkrótce skończyła się wojna, odnalazł się Tata i….

… jeśli chcecie wiedzieć, co było dalej, sięgnijcie koniecznie po „Darowane kreski”.

Ta właśnie książka, z pięknymi malarskimi ilustracjami, pozwoli rodzicom poważnie porozmawiać z dziećmi o wojnie, nie wykraczając poza bezpieczne obrazy i emocje, i tym samym nie narazi dzieci na traumatyczne doświadczenia. Jeśli jednak po przeczytaniu książki dzieci zapytają, dlaczego nie wróciła mama Asiuni, spokojnie powiedzmy im prawdę. Bo przecież taka była ta wojna… (dr Anna Piekarska, psycholog, Wydział Psychologii UW – o „Asiuni” na okładce tej książki)

Joanna Papuzińska „Asiunia” (seria: Muzeum Powstania Warszawskiego dla dzieci, t.2), ilustr.:Maciej Szymanowicz, wyd.: Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2011, Literatura, Łódź 2011

Edit: w późniejszych wydaniach ta książka ukazywała się w ramach serii „Wojny dorosłych – historie dzieci”.

Audiobook – czyta Agata Kulesza
Darowane kreski

Darowane kreski

Aktualizacja z 22 stycznia 2020 roku – „Darowane kreski” zostały wznowione przez Wydawnictwo Literatura w serii „Wojny dorosłych – historie dzieci” !!!

Dziś przypominam wpis z samego początku Małego Pokoju ( z 2 maja 2006 roku). To była jedna z ukochanych książek Najstarszej z moich córek i, jak sądzę, jedna z tych, które doprowadziły ją do studiów historycznych 🙂

Bardzo lubię słuchać opowiadań starszych o tym, co było dawniej – lubiłam to odkąd pamiętam i miałam tej przyjemności zawsze pod dostatkiem. Szczególnie miło wspominam te momenty, kiedy Tata wyjeżdżał i zostawałyśmy w domu w babskim gronie – we trzy z Mamą i Babcią. Bywało wtedy tak, że poobiednia herbatka przeciągała się aż do kolacji okraszana wspominkami 😉 Lubiłam słuchać o dzieciństwie Babci, które zahaczało jeszcze o końcówkę XIX wieku i o przedwojennym i okupacyjnym dzieciństwie moich rodziców. Z tego lubienia wzięło się zapewne moje późniejsze studiowanie historii, a ulubionymi źródłami historycznymi były dla mnie zawsze wspomnienia i prasa, bo były one najbliższe normalnemu życiu. Nie zajmuję się historią zawodowo, ale nadal z przyjemnością czytam taką literaturę, szczególnie gdy opowiada o zwykłym życiu zwykłych ludzi.

Darowane kreski” to książka, którą czyta się tak, jak opowieść babci lub cioci snutą wieczorem zamiast bajki na dobranoc.

Dzieciństwo Joanny Papuzińskiej przypadło na czas okupacji i trudne lata tużpowojenne. Autorka urodziła się w 1939 r. i nie pamięta, jak było przed wojną. Dla niej jej okupacyjny dom – dom z nieobecnym, bo ukrywającym się Tatą; dom z mnóstwem tajemnic, których musiały dochować także małe dzieci; dom, który dawał schronienie wszystkim, którzy tego potrzebowali – był domem normalnym. Jej powojenna rodzina – nietypowa nawet na tamte nietypowe czasy, bo bez Mamy, ale za to z Tatą, Babcią i Ciocią oraz licznym rodzeństwem o różnych stopniach pokrewieństwa – też była normalna, bo własna. Muszę jednak powiedzieć, że jeszcze gdy chodziłam do szkoły, postanowiłam sobie, że kiedy będę już duża i będę miała, tak jak ojciec, własną maszynę do pisania, wtedy opiszę dokładnie cały nasz dom. Żeby już nikt się nie dziwił: „Taak ? To tak jest u ciebie ?” lecz żeby każdy mógł sobie wziąć książkę i spokojnie przeczytać o tym. Teraz od dawna mam już maszynę, więc wypada dotrzymać postanowienia.

Oczywiście w jej dzieciństwie były też chwile trudne i tragiczne – aresztowanie Mamy i późniejsza samotna wędrówka po zaprzyjaźnionych domach, popowstaniowa niepewność co do losów Taty, powojenne niedostatki. Nie trzeba by się specjalnie starać, żeby to wszystko opowiedzieć w sposób smutny i martyrologiczny, a jednak „Darowane kreski” są książką wesołą. Czy sprawił to zawadiacki duch obowiązujący w jej rodzinie czy też to, że mimo wszystko cały czas otoczona była troskliwością starszych – trudno powiedzieć.

Udało się zachować w tych wspomnieniach perspektywę małej Joasi z tamtych czasów mimo, że duża Joanna teraz zapewne opowiedziałaby o tych sprawach inaczej. Nie znajdziemy tam żadnych niepotrzebnych dzieciom szczegółów, żadnych dat, ani nazwisk, które nie mają dla nich żadnego znaczenia. Nie dowiemy sie nawet, kto z licznej gromady rodzeństwa autorki był jej rodzonym bratem i siostrą – to również było bez znaczenia, byli po prostu rodziną. My, dorośli czytelnicy możemy się tylko domyślać, jaka to doniosła uroczystość odbywała się w odbudowanym gmachu Politechniki – tak doniosła, że uświęciły ją ognie sztuczne, pierwszy raz widziane przez małą Joasię.

Co było ważne ? Tramwaj widoczny nocą przez dziurkę w rolecie, jabłko zostawione przez św. Mikołaja w ostatnie wojenne Boże Narodzenie – całe dla niej (na co dzień jabłuszko było tylko dla najmłodszego braciszka, starszej Joasi przysługiwał wyłącznie duży ogryzek), a później po wojnie: zabawki na choinkę, klejone z mozołem przez cały grudzień, słodycze, kupowane na spółkę z przyjaciółkami w sklepiku koło szkoły i mur okalający Filtry, po którym chodziły wracając do domu po lekcjach  oraz wiele innych rzeczy, często niezauważanych przez dorosłych.

Nasz dom pełen był książek i piosenek. I z jednych i z drugich płynęły słowa, a ja słuchałam i z tego wszystkiego sama zaczynałam bawić się w słowa. Bo słowa, to były takie dobre zabawki, które zawsze miało się ze sobą i do ich noszenia niepotrzebne były ani kieszenie, ani żadne torebki. Słowa można było rozbierać i ubierać jak lalki, ustawiać i przestawiać jak klocki i tworzyć z nich różne budowle.

Czy można się dziwić, że w takim domu wyrosła znakomita pisarka ?

P.S. Potem tę samą (choć kończącą się nieco wcześniej) historię Joanna Papuzińska opowiedziała w „Asiuni” w wersji dla młodszych dzieci.

Joanna Papuzińska „Darowane kreski”, wyd.: „Literatura” Łódź 2002