Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane

Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane

czyli seria baśni autorstwa Roksany Jędrzejewskiej – Wróbel, zilustrowanych przez Mariannę Oklejak, a wydanych przez Wydawnictwo Bajka.

Cały cykl został nominowany w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: Od A do Z !!!

Tak uzasadnialiśmy tę nominację:

Roksana Jędrzejewska-Wróbel sięgnęła po nieco już zapomniane baśnie, aby odczytać je na nowo z dziewczęcymi bohaterkami, stawiając je wobec całkiem współczesnych wyzwań.

Marianna Oklejak stworzyła je wizualnie. Każda z baśni ma ma swój kolor, wybrany nieprzypadkowo, widoczny nie tylko na grzbiecie, ale także dominujący w ilustracjach w środku, nadający im ton i wynikający z jej treści.

Ostatni tom jest nie tylko oddzielną historią, ale dopełnieniem poprzednich. Razem tworzą całość niezwykle starannie wymyśloną i wydaną – chapeau bas dla wszystkich, którzy się do tego przyczynili !

O wszystkich tomach tego cyklu pisałam w Małym Pokoju z Książkami zaraz po tym, jak się okazywały, ale pomyślałam sobie, że warto zebrać je wszystkie razem w jednym wpisie.

Pierwsze trzy części czyli „Kwiat paproci”, „Szklaną górę” i „Dziwożonę” znajdziecie —>>> tutaj

Czwartą i piątą czyli „Wodę żywą” i „Żelazne trzewiczki” —>>> tutaj

Szóstą czyli „Kije samobije” —>>> tutaj

Siódmą, ostatnią czyli „Śpiących rycerzy” —>>> tutaj

Zbójeckie nasienie

Zbójeckie nasienie

czyli druga część powieści „Antosia w bezkresie”. O tomie pierwszym pisałam —>>> tutaj

Obie części cyklu „Antosi w bezkresie” zostały nominowane w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: tekst !!!

Obiecuję, że postaram się napisać o niej bez nadmiernego spoilerowania tego, co znajduje się w drugim tomie (choć bez małego zdradzenia tego, jak się on zaczyna, nie obejdzie się – uprzedzam !). Nie da się jednak zrobić tego także w stosunku do treści pierwszego, więc jeśli ktoś go nie czytał, powinien to najpierw zrobić 😉

Marcin Szczygielski sięga w tym cyklu do historii polskich dzieci (i ich rodzin) zesłanych w głąb Związku Sowieckiego w czasie, o którym potocznie mówi się: za pierwszego sowieta czyli podczas sowieckiej okupacji wschodnich terenów Rzeczpospolitej Polskiej w latach 1939 – 41. Tytułowa bohaterka Antosia Rossińska, została razem z mamą wywieziona do Kazachstanu wiosną 1940 roku, a pierwszy tom kończył się dwa lata później.

Wydaje mi się, że kiedy pisze się trylogię, najtrudniejszy jest drugi tom. W pierwszym autor zawiązuje akcję, umieszcza ją w czasie i miejscu, przedstawia bohaterów, a w trzecim – kończy, domykając wszystkie zaczęte wątki i żegnając wszystkich bohaterów. Natomiast drugi… tu jest problem. Trzeba posunąć akcję do przodu na tyle interesująco, żeby czytelnicy chcieli sięgnąć po kolejny, ale równocześnie zostawić coś jeszcze, czym zaskoczy ich w trzecim. Marcin Szczygielski zdecydował się na zabieg zaskakujący…

…można powiedzieć, że w drugim tomie dał swojej bohaterce urlop od sowieckiej rzeczywistości, w której zmuszona była sobie radzić prawie sama, po tym jak gdzieś zaginęła jej mama. Pierwsza część kończyła się tak, że dziewczynka kradła węgiel z pociągu razem z Dziadem Daniłą – wspięła się na wagon i wtedy pociąg ruszył, a ona upadła i nie mogła już z niego wyskoczyć. Z tym nas Autor zostawił, a w kolejnym tomie dowiadujemy się, że nieprzytomną, ranną w głowę dziewczynkę znaleźli przy torach wiele kilometrów dalej wędrujący Kazachowie. Zaopiekowali się nią, opatrzyli, wyleczyli i dalej wędrowała z nimi.

Akcja „Zbójeckiego nasienia” to jakieś dwa miesiące latem 1942 roku. Można powiedzieć, że Antosi przytrafił się wakacyjny obóz wędrowny – podróż wozami albo na piechotę, konie i wielbłądy, rozbijanie i zwijanie obozowiska, kąpiele w słonych jeziorach, spanie w jurcie. I ten bezkresny step, oszałamiająca przyroda, cudowne widoki z zachwytem opisywane przez Autora ! Wydawać by się mogło, że to wakacje marzeń, ale jednak dziewczynce nie jest łatwo, choć przynajmniej nie jest głodna. Musi zrozumieć prawidła rządzące tą rozgałęzioną rodziną, do której trafiła, a kiedy już nieco wydobrzała – znaleźć sposób, aby na swój pobyt u nich zasłużyć. Najsilniejsza relacja, może nawet przyjaźń zaczyna ją łączyć z Abajem (może dlatego, że jest tam najmłodszy), od którego zaczyna uczyć się polowania i zdobywania jedzenia w stepie. Choć oczywiście nie są w stanie upolować żadnego dużego zwierzęcia, ale ptaki, węże czy susły też się nadają. Trzeba tylko je zabić, a to nie jest dla dziewczynki łatwe.

Ale choć najadłam się, było mi ciepło i miękko na moim wojłoku; choć niebo pociemniało i zalśniły na nim gwiazdy, nie opuszczało mnie nieprzyjemne przekonanie, że tego dnia spotkało mnie coś złego. Poczucie, że uczestnicząc w odbieraniu susłom życia, sama też straciłam coś cennego. Coś, co już nigdy do mnie nie wróci. Uznałam jednak, że na takie żale byłam już stanowczo zbyt dorosła. W końcu miałam już te moje sędziwe jedenaście lat…

Opisy życia, które Antosia prowadzi razem z Kazachami w stepie, to dla Autora okazja, żeby wpleść w akcję książki sporo szczegółów etnograficznych – dowiadujemy się, jak ustawiano jurtę i jak ją w środku urządzano, poznajemy tradycyjne potrawy oraz szczegóły kazachskich strojów, a Abaj ma na każdą okazję jakąś tradycyjną baśń z morałem. Wiele takich szczegółów znajdziemy też na ilustracjach, które Marcin Szczygielski wplata w tekst. W poprzednim tomie spod jego ręki wyszła wstrząsająca okładka oraz wyklejki, w tym mamy także otwierające poszczególne rozdziały portrety chyba wszystkich członków licznej rodziny Kunanbaja, a także zwierzęta żyjące w stepie oraz krajobrazy – wszystko utrzymane w stylistyce inspirowanej folklorem tamtych rejonów.

„Zbójeckie nasienie” to powieść, która unaocznia młodym czytelnikom, że Związek Sowiecki tworzyli nie tylko Rosjanie, ale także przedstawiciele wielu innych podbitych przez nich narodów, którzy wcale nie chcieli się podporządkować sowieckim porządkom. Choć byli przez nich traktowani jak gorsi i głupsi, to wcale tacy nie byli, a ich tradycyjne zwyczaje dużo lepiej się do życia w stepie nadawały niż to, co usiłowano im narzucić w kołchozach.

Mimo że czas spędzony z rodziną Kananbaja był dla Antosi rodzajem urlopu od realiów sowieckich, system, w którym wszyscy żyli (nawet pozostając na jego marginesie) cały czas nie dał o sobie zapomnieć. Po drodze zatrzymywali się w miasteczkach, a tam doganiała ich i wojna, i cały sowiecki (nie)porządek – handlowali na bazarach (i nie tylko handlowali), ale ta podróż musiała się kiedyś skończyć…

Nie, nie powiem, jak to się skończyło 😉 Znowu rozstajemy się z Antosią w takim momencie, że bardzo chciałoby się wiedzieć, co się wydarzy dalej. Mam nadzieję, że na kolejny tom nie będziemy długo czekać. I ciekawa jestem, czym nas Autor tym razem ilustratorsko zaskoczy !

Marcin Szczygielski (tekst i ilustr.) „Zbójeckie nasienie”, wyd.: Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2023

Plastik fantastik

Plastik fantastik

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2019 w kategorii: fakt !!!

Wiecie, że 13 stycznia świat obchodzi Rubber Duckie Day czyli Dzień Gumowej Kaczki? Ustanowiono go, aby przypomnieć wkład tych pozornie niepoważnych zabawek w badania prądów oceanicznych, a był on, jak się okazuje, niebagatelny 😉

Cała historia zaczęła się w styczniu 1992 roku, kiedy z kontenerowca płynącego przez Ocean (nie taki) Spokojny (a dokładniej z Hongkongu do Tacoma w USA) sztorm zmył 12 kontenerów. Jeden z nich zawierał aż 29 tysięcy tak zwanych Friendly Floatees czyli zabawek do kąpieli, przede wszystkim gumowych kaczuszek.

Kiedy szliśmy przez Pacyfik, zwiało nam z pokładu skrzynki… – znacie tę szantę* ? Hej, znowu zmyło coś, zniknął w morzu jakiś gość ! Hej, policz któryś tam, jaki znowu zmyło kram… 😉

Ponieważ o „Przyjaznych Pływakach” szybko doniosły światowe serwisy, sytuację postanowili wykorzystać naukowcy. W sprawę zaangażował się zwłaszcza oceanograf Curtis Ebbesmeyer, dla którego tysiące gumowych zabawek okazało się źródłem bezcennych informacji na temat prądów morskich. Przez kolejne lata badał losy „pływaków”, bo te okazały się niesłychanie mobilne. Większość z nich popłynęła na południe Oceanu Spokojnego, ale niektórym śmiałkom udało się przeprawić przez Cieśninę Beringa, opłynąć Grenlandię i dotrzeć do Europy! Na poniższej mapie można dokładnie prześledzić trasy podróży Friendly Floatees i lata, w których je znajdywano:

cytat i mapa pochodzą z —>>> tej strony

Dla koreańskich autorek książki „Plastik fantastik ?” ta historia stała się wyjściem do opowieści o roli, jaką tworzywa sztuczne odgrywają w naszym życiu. Dowiemy się z niej, jakimi właściwościami plastik różni się od innych materiałów, jak się go produkuje, a także – jakie zagrożenia i problemy sprawia nam obecnie jego masowe zastosowanie. Oraz – dlaczego powinniśmy ograniczać jego zużycie i dbać o to, aby możliwie jak najwięcej plastikowych przedmiotów (butelek, toreb) trafiało do recyklingu.

Dla mnie ta książka stała się w dodatku pretekstem do zaprezentowania części mojej prywatnej kolekcji Rubber Ducks. Odkąd zaczęłam je zbierać, przekonałam się, że nie ma takiej postaci (ani prawdziwej, ani fikcyjnej), której nie dałoby się na kaczuszkę przerobić 😉

Eun-Ju Kim (tekst) & Ji-Won Lee (ilustr.) „Plastik fantastik?”, przekł.:Marta Tychmanowicz, wyd.: Babaryba, Warszawa 201

*P.S. dla tych, którzy przypomnianej przeze mnie szanty nie znają 😉

Tam i z powrotem. Opowieści jaskółek

Tam i z powrotem. Opowieści jaskółek

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: obraz !!!

Gdy dzień zrównuje się z nocą, zima chowa swoje lodowate szydełko.

– Dobranoc – mówi i znika pod ziemią.

-Są ! Już są !- krzyczą na widok jaskółek dzieci.

-Dzień dobry! – wołają jaskółki. Przylatują z daleka, przynoszą wiosnę i opowieści z podróży po świecie.

To nie jest pierwsza autorska książka Marianny Oklejak – wcześniej było „Jestem miasto. Warszawa” i inspirowane polskim folklorem „Cuda wianki” i „Cuda niewidy”, ale dopiero tutaj Autorka naprawdę rozwinęła skrzydła 😉 „Tam i z powrotem. Opowieści jaskółek” to publikacja w sensie geograficznym i znaczeniowym niebywale rozległa, dotykająca wielu tematów i spraw, dająca czytelnikowi ogromne możliwości, zarówno do działania, jak i do wyobrażania sobie.

W 28 umieszczonych na rozkładówkach ilustracjach Autorka ukryła nie tylko rozmaite informacje o jaskółkach, ich wędrówkach po świecie i miejscach, gdzie żyją. Czytelnicy znajdą na nich również rozmaite szczegóły do wyszukiwania i zadania do wykonania, a także opowieści, które mogą sobie, na podstawie tego, co tam widzą i co im w duszy gra, wymyślić i sami opowiedzieć. Marianna Oklejak podrzuca im tematy (na przykład: O małej dziewczynce, która była tak nieśmiała, że tańczyła tylko wtedy, gdy nikt nie patrzył albo O tych, którzy cieszą się wbrew wszystkiemu), ale kto powiedział, że trzeba się do nich ograniczać ? W tych ilustracjach można znaleźć punkt wyjścia do dowolnie wielu historii.

„Tam i z powrotem” to książka, która pokazuje, że wyobraźnia jej Autorki jest równie bezkresna, jak to niebo, po którym latają jaskółki. Można spędzić nad nią wiele godzin i zawsze zostanie w niej coś jeszcze do odkrycia albo wymyślenia.

Marianna Oklejak (tekst i ilustr.) „Tam i z powrotem. Opowieści jaskółek”, wyd.: Libra PL, Rzeszów 2023

Trefny Mikołaj

Trefny Mikołaj

Artur Gębka to na polskim rynku książek dla dzieci bodaj najciekawsze objawienie tego roku !!!

W tym czasie ukazały się trzy książki jego autorstwa i wszystkie były godne zauważenia. To w zasadzie jego debiut, choć wcześniej nakładem Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego ukazały się „Znikodem i zagadka lęku” oraz „Smutek, którego nikt nie chciał”, ale one zaliczane są raczej do poradników albo bajek terapeutycznych. Z publikacji tegorocznych – dwie zostały nominowane (i wyróżnione) w konkursie Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY… w dziedzinie ilustracji. Myślę, że bardzo dobrze świadczy o autorze to, że jego teksty można ciekawie, acz odmiennie zilustrować. O „Tym panu” i „Butelce taty” napiszę jednak kiedy indziej, a dziś chcę nadrobić zaległość w moim książkowym kalendarzu adwentowym, bo „Trefny Mikołaj” miał się tu znaleźć jeszcze przed Świętami. Niestety, nie dałam wtedy rady.

To był szok !

Ale zacznijmy od początku.

Nastał mroźny, gwiazdkowy wieczór. Pan Stanisław wraz z wnuczką Klarą szli na dworzec po krewnych. Spacerowali pięknie oświetloną aleją, obserwując, jak płatki śniegu wirują na wietrze. Przechodzili właśnie obok przysypanej śniegiem fontanny na rynku, gdy nagle…

SZOK!

Przedmiot wielkości słonia (a może nawet mamuta) runął prosto z nieba!

Spadł naprawdę szybko, w mig zatapiając się w wielkiej zaspie…

Tym przedmiotem był worek z prezentami, najprawdopodobniej zgubiony przez Świętego Mikołaja, a ponieważ była już Wigilia, dla wszystkich mieszkańców miejscowości Bałwanki (a szczególnie dla prowadzących śledztwo Nadinspektor Barszcz i Komisarza Pieroga) było oczywiste, że należy go jak najszybciej oddać prawowitemu właścicielowi. Co jednak z nim począć w sytuacji, kiedy zgłosiło się po niego aż sześciu Świętych Mikołajów ? Jak stwierdzić, który z nich jest tym prawdziwym ???

Nadinspektor Barszcz i Komisarz Pieróg zdecydowali się poprosić o pomoc specjalistę. A któż może być lepszym ekspertem od tematyki świętomikołajowej niż siedmiolatka, która zgłębia temat od drugiego roku życia i zna wszystkie książki o Bożym Narodzeniu oraz świąteczne filmy ? Takimi ekspertami mogą być też czytelnicy tej książki i dlatego oni także mogą wysłuchać zeznań wszystkich Mikołajów, a następnie zastanowić się, co w tych opowieściach jest nie tak ? Oraz – która jest bez zarzutu i komu można ten zgubiony worek oddać ?

„Trefny Mikołaj” to inteligentna i dowcipna zabawa rozmaitymi tradycyjnymi i popkulturowymi motywami, którymi obrosła w postać Świętego Mikołaja i cała kwestia podchoinkowych prezentów. Znakomicie wpisują się w nią także ilustracje Niki Jaworowskiej-Duchlińskiej – pozornie niestaranne, szkicowe, ale w rzeczywistości przemyślane i dopracowane.

„Trefny Mikołaj” to pierwszy tom cyklu „Śledztwo od święta”. Z pewnego źródła wiem, że już powstaje następny i bardzo się z tego cieszę !!!

Artur Gębka „Trefny Mikołaj”, ilustr.: Nika Jaworowska-Duchlińska, wyd.: Muza, Warszawa 2023

Tajemnica Świętego Mikołaja

Tajemnica Świętego Mikołaja

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: Od A do Z !!!

Każdy wie, że Święty Mikołaj wchodzi przez komin. Ale jak on to robi ? Czas rozwikłać jego tajemnicę…

No właśnie – jak i którędy ??? Myślę, że każdy się kiedyś nad tym zastanawiał 😉 A jak on to robi ? Czy w tej książce jest odpowiedź na to ? Musicie sami sprawdzić…

„Tajemnica Świętego Mikołaja” to na mojej półce z książkami świątecznymi kolejna z nurtu, który nazwałam świętomikołajowym, bo chodzi w niej tylko o prezenty, a raczej o sposób, w jaki się one pod choinką znajdują. Jest to także kolejny tytuł, który może być dobrym wstępem do rozmowy o tym, jak to z tym Mikołajem naprawdę jest.

Niezwykły nastój tej książki tworzą ilustracje Jona Klassena. Odnalazł się on znakomicie zarówno w absurdalnym duchu tekstu Maca Barnetta, jak i w świątecznej atmosferze tego jednego w roku dnia, w który rozgrywa się akcja. Zrobił to w stylu bardzo odległym od tego, w jakim są najczęściej tworzone świętomikołajowe tytuły, a który ja określiłabym jako oczowalisty i nachalny. Te ilustracje zdecydowanie takie nie są !

Mnie najbardziej ujęła ta strona, na której rozważana jest kwestia relacji między Świętym Mikołajem a psami w domach, do których przychodzi. Jakbym mojego psa widziała ! 😉

Mac Barnett „Tajemnica Świętego Mikołaja”, ilustr.: Jon Klassen, przekł.: Karolina Iwaszkiewicz, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2023

Jak Grinch skradł Święta !

Jak Grinch skradł Święta !

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: przekład !!!

Każdy mieszkaniec Ktosiowa // bardzo lubił czas Świąt.

A Grinch, co żył za Ktosiowem ? // Ależ SKĄD !

Twórczość Dr. Seussa to klasyka i kamień milowy amerykańskiej literatury dziecięcej. „Jak Grinch skradł Święta !” ukazało się w tym roku po polsku po raz pierwszy, ale jego bohater znany jest polskiej publiczności bardzo dobrze. Ta historia była ekranizowana aż trzy razy ! Ja również kojarzyłam go z filmów, choć żadnego chyba nie widziałam w całości. Kiedy niedawno przeczytałam tę książkę, zdziwiłam się podwójnie.

Po pierwsze tym, jak krótki jest to wiersz, biorąc po uwagę fakt, że na jego podstawie stworzono filmy pełnometrażowe. Po drugie i najważniejsze – tym, o co chodzi w tej historii. Na podstawie zwiastunów i fragmentów filmów, które widziałam, odniosłam wrażenie, że sprowadzają one sens (i istnienie) Świąt do prezentów, bez których nie mogą się one obejść. Tymczasem nic bardziej mylnego !!!

Grinch kradnie prezenty z wszystkich domów Ktosiowa i liczy na to, że w ten sposób nie dopuści do Świąt. Stało się jednak inaczej: Choć Ktosie z Ktosiowa // i duzi, i mali, // prezentów nie mieli, // to wszyscy – śpiewali ! // Albowiem nie zdołał // powstrzymać Grinch Świąt. // Nadeszły i tak. // Ale jak ? Ale skąd ?

Bardzo podoba mi się konkluzja tej całej historii: Być może nieważne, czy prezent masz w ręce, // bo w Świętach, cóż, chodzi o coś… o coś więcej. Podoba mi się, bo zostawia kwestię tego, czym jest to coś więcej, otwartą i każdy czytający może sobie dopowiedzieć to, co dla niego jest w nich ważne. Zmieści się tam zarówno interpretacja religijna, jak i świecka – z wyjątkiem tej, że chodzi w nich WYŁĄCZNIE o prezenty, oczywiście !

Ja i moje córki zetknęłyśmy się pierwszy raz twórczością Dr. Seussa ponad 20 lat temu w warszawskim teatrze „Lalka” na przedstawieniu „Słonia, który wysiedział jajko” w przekładzie Stanisława Barańczaka. Spektakl ten (podobnie jak książka) stawiał widzom pytanie o to, który rodzic jest prawdziwszy – biologiczny, który począł, a potem zostawił, czy ten, który jajko wysiedział (czytaj: wychował). Dzieci obecne w teatrze musiały wydać wyrok niemal salomonowy – komu należy się tytułowe jajko ? Ptakowi czy słoniowi ? Swoją drogą – zawsze mnie intrygowało, jak aktorzy wybrnęliby z sytuacji, w której dzieci (inaczej niż autor) opowiedziałyby się za więzami krwi ?

Potem kupiłyśmy „Kota Prota” i była to jedyna z książek Dr. Seussa, którą czytałam moim córkom na głos. Po kilku latach zaczęły się ukazywać następne – już z wersją audio. Kiedy pierwszy raz usłyszałam jak wspaniale interpretuje je na płytach dołączonych do książek Zbigniew Grochal, wymiękłam i uznałam, że wobec takiej konkurencji kapituluję 😉 Te wiersze w oryginale są dość proste. „Kot Prot” czyli „The Cat in the Hat” składa się z 223 słów podstawowych i nadaje się do czytania już przez dzieci początkujące w tej sztuce. W przekładzie Stanisława Barańczaka natomiast… No cóż – podobno z przekładami jest jak z kobietami: albo są wierne, albo piękne 😉 Barańczak postawił na urodę. Do absurdalnego humoru oryginału dołożył jeszcze popisy elokwencji i giętkości języka. Mamy tam więc na przykład stentorowy pisk rybki, która woli raczej zaśniedzieć w stęchłej wodzie słoika, niż być składnikiem listy ofiar ekwilibrysty czy innego szkodnika... (uff !!!) Zbigniew Grochal radził sobie z tymi słownymi hołubcami po mistrzowsku, ani na moment nie wypadając z rytmu 😉 Chapeau bas !!! (Ja dostawałam zadyszki po trzech stronach przeczytanych ciurkiem 😉 )

Na płytkach dołączonych do książek znajdowała się zawsze również wersja oryginalna tekstu – czytana przez samego pana Roberta Gamble’a, założyciela wydawnictwa „Media Rodzina”. Jeśli moje córki nie zasnęły wcześniej, to jego spokojny, głęboki głos usypiał je niezawodnie.

Myślę, że Michał Rusinek, zabierając się za przekład „Jak Grinch skradł Święta !”, miał zadanie podwójnie trudne, bo musiał sprostać nie tylko wielkości jej Autora, ale także porównaniu z tym, jak wcześniej z jego wierszami radził sobie Stanisław Barańczak. Udało mu się to znakomicie i mam nadzieję, że na tym nie poprzestanie ani on, ani Wydawnictwo Kropka 🙂

Dr. Seuss (tekst & ilustr.) „Jak Grinch skradł Święta !”, przekł.: Michał Rusinek, wyd.: Kropka, Warszawa 2023

oraz:

Dr. Seuss (tekst & ilustr.) „Słoń, który wysiedział jajko”, przekł.: Stanisław Barańczak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2003

Dr. Seuss (tekst & ilustr.)„Kot Prot”, przekł.: Stanisław Barańczak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2003

P.S. grudzień 2024

Nakładem Wydawnictwa Kropka ukazała się kolejna książka z Grinchem w roli głównej. Wygląda nieźle, ale bliższe oględziny wykazały, że, wbrew temu, co sugerowała okładka, jej autorem wcale nie jest zmarły w 1991 roku Theodor Seuss Geisel (który ukrywał się pod pseudonimem Dr.Seuss) tylko Alaistar Heim. Ilustracje wzorowane na oryginalnych wykonał Aristides Ruiz.

Efekt tej współpracy jest, mówiąc najoględniej, taki sobie. Doceniam to, że Michał Rusinek starał się bardzo przekładając to na polski, ale no cóż… jak nie ma za bardzo co przekładać, to nic się nie poradzi 😦

Najlepsze jasełka wszech czasów

Najlepsze jasełka wszech czasów

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2022 w kategorii: tekst !!!

Kiedy w zeszłym roku pierwszy raz zobaczyłam tę książkę, podeszłam do niej z dużą nieufnością. Był listopad, zbliżały się Święta, a wtedy zawsze jest wysyp nowości, szykowałyśmy się do kolejnej edycji Lokomotywy i miałam masę innych rzeczy do czytania (i zrobienia). Dopiero kiedy została nominowana w kategorii: tekst, poczułam się zobligowana do tego, żeby jednak ją przeczytać.

Powiedzieć, że bardzo mnie zaskoczyła, to nic nie powiedzieć 😉 Zaskoczyła, wciągnęła, zachwyciła i w końcu wzruszyła tak, że się popłakałam. Było już po Świętach, więc obiecałam sobie, że napiszę o niej, jak będą się zbliżały kolejne. Teraz do niej wróciłam, przeczytałam jeszcze raz i wiecie co ? Znowu się nad nią popłakałam..

Myślę, że moje obawy spowodowane były w dużym stopniu przez ilustracje Anke Kuhl, a szczególnie tę, która jest na okładce. Bardziej niż wzruszenia spodziewałam się tam humoru, który śmieszy dorastającą młodzież, ale niekoniecznie mnie – szczególnie w zestawieniu z tematem Bożego Narodzenia. Tymczasem właśnie dzięki tym ilustracjom cała ta historia wybrzmiewa jeszcze mocniej.

Moja mama nie przypuszczała, że będzie miała coś wspólnego z jasełkami poza tym, że zmusi mnie i mojego młodszego brata Charliego, żebyśmy wzięli w nich udział (nie chcieliśmy) i żeby mój ojciec poszedł je obejrzeć (nie chciał). (…) Lecz potem wdepnęła w to wszystko, kiedy pani Armstrong upadła i złamała nogę.

Gdyby nie ta noga pani Armstrong, wszystko byłoby tak, jak co roku. Role w jasełkach dostaliby ci, co zawsze i w ogóle cały spektakl przebiegałby tak samo, jak zwykle. Tymczasem jakoś tak wyszło, że na próbie pojawili się Herdmanowie i wszystko potoczyło się zupełnie inaczej.

Herdmanowie byli absolutnie najgorszymi dziećmi w historii świata. Kłamali, kradli i palili cygara (nawet dziewczynki), przeklinali, bili mniejsze dzieci, wrzeszczeli na nauczycieli i wzywali imię Boga nadaremno, no i puścili z dymem starą szopę Freda Shoemakera…

… i w dodatku nie wiedzieli nic o Bożym Narodzeniu. Wiedzieli, że to urodziny Jezusa, ale wszystko inne było dla nich nowością – pasterze, mędrcy, gwiazda, stajnia, zatłoczona gospoda.

Choć udział takiej ekipy w jasełkach może się wydawać murowanym przepisem na klapę, to właśnie dzięki nim ta historia świąteczna, co roku ta sama, ze szwędającymi się ludźmi w szlafrokach, prześcieradłach i z ostrymi skrzydłami nabrała szczególnego wymiaru. Dzięki Imogenie, Ralphowi, Gladys i pozostałym Herdmanom wszyscy uczestnicy i widzowie tego spektaklu przypomnieli sobie i zrozumieli, o co w tym wszystkim chodzi i co jest prawdziwym sensem tych świąt.

Kiedy tej nocy wyszliśmy z kościoła, było zimno i pogodnie, pod stopami chrzęścił śnieg, a nad głową świeciły jasne gwiazdy. I pomyślałam o aniele – Gladys, z chudymi nogami, w brudnych tenisówkach wystających spod szaty, która wrzeszczy do nas wszystkich:

– Ej ! Dziecię nam się narodziło !

Już niebawem Adwent i kolejne Boże Narodzenie przed nami. Zanim wpadniemy w doroczne koleiny zakupów, sprzątania i wymyślania prezentów, warto sięgnąć po tę opowieść o absolutnie nietypowych jasełkach i także przypomnieć sobie, czemu w ogóle obchodzimy te święta.

Barbara Robinson „Najlepsze jasełka wszech czasów”, przekł.: Adam Pluszka, ilustr.: Anke Kuhl, wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2022

I kto tu rządzi ? Polityka dla początkujących

I kto tu rządzi ? Polityka dla początkujących

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: fakt !!!

Cześć SZEFIE ! Czołem SZEFOWO ! GRATULACJE !

Właśnie zdobyliście władzę nad całym krajem. (Lepiej się nie przyznawajcie, jak to zrobiliście… Wolę nie wiedzieć). Zamiast tego powiedzcie mi, jak to jest być szefem wszystkich szefów… numerem jeden… najgrubszą rybą… największą szychą…

Przypuszczam, że to całkiem przyjemne uczucie, ale nie rozluźniajcie się zanadto. Sprawowanie władzy to ciężka praca. Trzeba podejmować wiele ważnych decyzji w bardzo krótkim czasie. Jeśli się obijacie, obywatele waszego państwa mogą się wkurzyć i usunąć was z urzędu, a nawet wsadzić was do więzienia !

(A jeśli jesteście absolutnie do niczego, mogą przypuścić szturm na waszą siedzibę i ściąć wam głowę, ale nie martwcie się – w naszych czasach nie zdarza się to szczególnie często).

Kolejna po „Głosujcie na wilka!” książka o tematyce bardzo w Polsce aktualnej. Następne wybory będą już w przyszłym roku (i to nawet dwa razy), kolejne w następnym, a potem… ani się obejrzymy, jak ich czytelnicy staną się posiadaczami czynnych i biernych praw wyborczych. Jaki będą z nich robić użytek ? Jaki będzie świat przez nich (u)rządzony ?

„I kto tu rządzi ? Polityka dla początkujących” to swoista propedeutyka sprawowania władzy 😉 Oczywiście wiedza w niej zawarta to zbyt mało, żeby naprawdę myśleć o rządzeniu państwem, ale jest to na pewno dobry początek drogi do zrozumienia, o co w tym wszystkich chodzi. Jej autor – Rich Knight, dziennikarz BBC nie ogranicza się wyłącznie do realiów brytyjskich. Sięga po przykłady z różnych państw i tworzy opowieść dość uniwersalną – przynajmniej w kręgu tak zwanej kultury zachodniej. Jest ona interesująca także dla czytelników polskich, mimo że nie ma w niej bezpośrednich odwołań do naszego kraju.

Demokracja, monarchia czy dyktatura ? A może anarchia ? Jaki system sprawowania władzy jest najlepszy ? Jak działa demokracja ? I czy naprawdę chodzi w niej o to, żeby każdy obywatel miał wpływ na dowolną sprawę wagi państwowej? Kto powinien mieć prawo głosu ? Jak rządzić i czym się różnią od siebie najważniejsze ideologie ? Jak ułożyć stosunki z innymi państwami ? I tak dalej, i tak dalej…

Mimo że ta książka przeznaczona jest dla czytelników w wieku około 10 lat, warto, żeby sięgnęli po nią także dorośli. Znajdą tam wiele ciekawych obserwacji oraz wiedzę, którą być może kiedyś mieli, ale często już o niej nie pamiętają. Niech Was nie zwiedzie lekki, żartobliwy ton, w jakim ta książka jest napisana ! Pomysł wyjściowy – żeby rozmawiać z nastoletnimi czytelnikami tak, jakby już teraz mieli rządzić swoimi krajami, jest tak absurdalny, że można by przypuszczać, że to, o czym jest tam mowa, też nie jest do końca poważne. Nic bardziej mylnego !

Rich Knight uświadamia swoim czytelnikom, że wbrew pozorom – władza to nie jest zajęcie lekkie, łatwe i przyjemne. W dodatku wiąże się ono z ogromną odpowiedzialnością. Dobrze, żeby mieli oni świadomość tego jeszcze zanim przyjdzie im do głowy, żeby taką drogę życiową wybrać.

Dobrze też by było, że pamiętali o tym ci wszyscy, którzy już się polityką czynnie zajmują…

Rich Knight „I kto tu rządzi ? Polityka dla początkujących”, przekł.: Katarzyna Dudzik, ilustr.: Allan Sanders, wyd.: Insignis Media, Kraków 2023

Milion dobrych uczynków

Milion dobrych uczynków

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2023 w kategorii: tekst !!!

Pewnego całkiem zwyczajnego wieczoru Frank i Mama wygrywają w totolotka…

Tak właśnie – całkiem zwyczajnie zaczyna się ta historia, która początkowo skojarzyła mi się ze starym żydowskim dowcipem o Icku, który prosił Boga o wygraną w loterii. Prosił i prosił, modlił się i skarżył na to, że Bóg nie chce jego próśb wysłuchać. Wreszcie Bóg wychylił się z Nieba i powiedział do niego: Icek, ty mi daj szansę ! Kup w końcu los !

Mama Franka dawała Bogu szansę długo i uporczywie, stawiając cały czas na te same liczby i można powiedzieć, że Bóg w końcu tę szansę wykorzystał 😉

Oto zwycięskie liczby Franka i Mamy:

2- bo Frank i Mama są we dwoje,

4- jak liczba liter w imieniu Mamy,

5- jak liczba liter w imieniu Franka,

7- bo tyle dni w tygodniu spędzają razem,

8- bo cyfra przypomina bałwana, którego Frank ulepił tego samego dnia, gdy wymyślił z Mamą liczby do totolotka,

11- jak dwie szczoteczki do zębów w jednej szklance w łazience,

18- jak bałwan, który dostał do ręki miotłę.

Wszystkie liczby z początku. „Nigdy nie padną”, powiedziała Mama, gdy je wymyślali. A teraz padły. Teraz jest nigdy.

„Milion dobrych uczynków” to książka, która opowiada o tym, co się wydarzyło potem. Frank i Mama wygrali 24 miliony – w norweskich koronach to jest jakieś 2,5 raza mniej niż w polskich złotych, ale nadal dużo. Szczególnie dla samodzielnej matki, która mieszka z synem w niewielkiej miejscowości i zarabia na życie sprzątaniem cudzych domów. Wydawać by się mogło, że grając z takim uporem Mama powinna mieć znakomicie przemyślane to, co zrobi z wygraną, ale okazało się, że nie. Pragnie jedynie zabezpieczyć przyszłość syna, ale nie chce, żeby stał się rozpuszczonym dzieckiem.

Jednak kiedy wiadomość o ich wygranej staje publiczna, okazuje się, że jest bardzo wiele osób, które lepiej od Mamy wiedzą, co powinna zrobić z tymi pieniędzmi…

Ludzie znani jej i kompletnie obcy – tacy, którzy naprawdę mają problemy wymagające pieniędzy oraz ci, którzy żadnych problemów nie mają, ale uważają, że to nie jest powód, dla którego Mama miałaby się z nimi swoją wygraną nie podzielić.

Skoro już ma te 24 miliony, to dlaczego nie ???

Gdy ma się dużo – tłumaczyła Frankowi – w dobrym tonie jest dzielić się z innymi. Na przykład kiedy dostaniesz na urodziny wielką torbę cukierków, dajesz część gościom. Przesypujesz wszystko do miski, z której każdy po kolei może się częstować. Nie siadasz w kącie, żeby wszystko wszamać samemu, prawda ?

A skąd te dobre uczynki w tytule ? Otóż Mama wymyśliła w końcu, że odda jeden ze swoich milionów temu z mieszkańców ich wioski, który zrobi coś wyjątkowo miłego. Miała nadzieję, że gdy ludzie przez jakiś czas będą mili, wejdzie im to w nawyk i później też będą mili.

Jak można przeczytać na okładce, „Milion dobrych uczynków” to powieść o pieniądzach – bez bałwochwalstwa i bez hipokryzji.

Wygrana wiele zmieniła w życiu Franka. Nic już nie mogło być jak przedtem – ani w miejscowości, w której mieszkał całe życie, a nagle stał się tam kimś szczególnym, ani kiedy (poniekąd uciekając przed tym, co się działo) wyjechali z Mamą nad Morze Śródziemne. Tam chłopiec wychowywany w raczej mało zróżnicowanym pod względem materialnym środowisku styka się z ludźmi bardzo bogatymi i bardzo biednymi.

Nagle dowiedział się co robią z ludźmi pieniądze – także jeśli ich nie mają.

Oraz co ludzie są w stanie zrobić, aby je zdobyć.

Lub do czego mogą doprowadzić innych, gdy je mają.

A także tego, że niezależnie od tego, ile pieniędzy mają, mogą chcieć mieć ich więcej.

A co stało się z Miłylionem ? Kto go zdobył i czy był to wybór sprawiedliwy ? Czy w ogóle możliwe było tu rozwiązanie sprawiedliwe ? Odpowiedzi na te pytania musicie poszukać w książce. Ja powiem tylko tyle, że jest to historia tyleż gorzka, ale ile dająca nadzieję…

P.S. Bardzo podobają mi się towarzyszące tej historii ilustracje Marty Ruszkowskiej. Po pierwsze dlatego, że nie są infantylne i nie upupiają czytelników, a po drugie – dlatego, że są takie nienachalne 😉 Istnieją trochę obok tego, co się dzieje w tekście, ale tworzą jego atmosferę.

Arnfinn Kolerud „Milion dobrych uczynków”, przekł.: Katarzyna Tunkiel, ilustr.: Marta Ruszkowska, wyd.: Agora dla dzieci, Warszawa 2023