Król Myszy

Król Myszy

Nigdy nie będzie takiej zimy jak ta, gdy się miało dwanaście lat. Kłopot w tym, że kiedy masz dwanaście lat, nie możesz tego wiedzieć. Wydaje ci się wtedy, że ta melodia dzwonków brzęczących u sań na Krakowskim Przedmieściu, że drobne płatki śniegu, trzepoczące jak ćmy w żółtawym świetle ulicznych latarni, że ten mróz szczypiący policzki i cudowny zapach, dochodzący ze straganu kiełbaśnika, obracającego na rożnie kiełbaski, to coś, co powtórzy się za rok i powtarzać się będzie już zawsze…

Jak się pisze współczesną powieść sensacyjną ?

Najpierw trzeba wymyślić, co ma się w niej dziać, całą intrygę od początku do końca oraz zastanowić, jak rozmieścić zwroty akcji, aby utrzymać zainteresowanie czytelnika od początku do końca i nie ujawnić za dużo od razu. Potem trzeba wymyślić bohaterów, tak żeby byli wyraziście, rozpoznawalni, mieli zarysowane charaktery, a w dodatku ci, którzy mają być sympatyczni, rzeczywiście sympatię budzili, w przeciwieństwie do postaci negatywnych. Natomiast realia, w których się to wszystko będzie działo, to bułka z masłem, wystarczy tylko rozejrzeć się dookoła. A potem już tylko wystarczy to napisać…

Zdecydowanie trudniej jest, kiedy chcemy stworzyć sensacyjną powieść historyczną.

Wtedy nie wystarczy tylko wymyślić intrygi i bohaterów oraz zaplanować akcji, trzeba jeszcze zadbać o to, żeby to wszystko było zgodne z realiami. Czyli na przykład – żeby bohaterowie nie przemieścili się za szybko z miejsca na miejsce, chodzili po ulicach miasta, które wyglądają tak, jak wyglądały w ich czasach oraz żeby ubierali się, jedli, żyli zgodnie z ówczesnymi realiami i tak postrzegali świat – to znaczy, żeby ich wiedza ogólna nie wyprzedzała tego, co mogli wówczas wiedzieć. A jeśli jeszcze w dodatku autorowi przyjdzie do głowy wprowadzenie na karty powieści postaci autentycznych – żeby ich obecność właśnie tam i właśnie wtedy była realna, uzasadniona i nie skutkowała czymś, co zmieniłoby bieg późniejszych wydarzeń historycznych. I potem już tylko wystarczy to napisać. Uffff ! 🙂

Są tacy, którzy tego próbują i wychodzi im nie za bardzo, są też tacy, którzy to po prostu potrafią. Zuzanna Orlińska należy do tych ostatnich i IMO jest jedną z najlepszych obecnie osób piszących o przeszłości dla młodych czytelników. W dodatku nie ogranicza się do jednej epoki. Nosiło już ją od lat trzydziestych XX wieku („Detektywi z klasztornego wzgórza”) po średniowiecze („Z Bożej łaski Jadwiga, król”), a tym razem wskazówka jej wehikułu czasu zatrzymała się na roku 1804. Autorka zaprasza czytelników do Warszawy z okresu, o którym rzadko pamiętamy, że był – czyli do czasu między III rozbiorem a utworzeniem Księstwa Warszawskiego, kiedy nasza stolica znajdowała się pod zaborem pruskim. Rozbiory i Warszawa kojarzą się najczęściej z zaborem rosyjskim, ale to przecież nastąpiło dopiero po Kongresie Wiedeńskim.

Na ulicach naszego, pozbawionego wówczas przywileju stołeczności, miasta Autorka skrzyżowała drogi wielu postaci – autentycznych (mniej i bardziej znanych) oraz wymyślonych przez nią. Do tych pierwszych należą na przykład patronujący dziś warszawskim ulicom Antoni Szeliga Magier, Jan Kiliński czy Wincenty Skorochód-Majewski, a także ówczesny urzędnik pruski Ernst Teodor Amadeus Hoffmann, obecnie pamiętany przede wszystkim jako autor „Dziadka do orzechów”. Jest tam także liczne grono Francuzów, towarzyszących osobie, o której możemy przeczytać, że nie było w Warszawie człowieka, który nie wiedziałby, że francuski arystokrata, podający się za hrabiego de Lille, to w rzeczywistości rodzony brat zamordowanego w czasie rewolucji króla Ludwika XVI, brat, który przez zwolenników dawnego porządku uważany był za następcę ściętego władcy i nosił miano Ludwika XVIII. Wiedzieliście, że późniejszy (w latach 1815 – 1824) król Francji mieszkał w Warszawie ??? A Zuzanna Orlińska to wie 😉

Z bohaterami stworzonymi przez Autorkę mam pewien problem, bo nie wiem, kogo naprawdę wymyśliła, a kogo znalazła podczas niezwykle starannej kwerendy, którą poprzedziła pisanie tej książki. Przez długi czas byłam przekonana, że fascynujący Jordaki Kuparenko istniał tylko w jej wyobraźni, ale okazał się postacią autentyczną. Przypuszczam, że wymyśliła Marcina – głównego bohatera przed którym Warszawa nie miała tajemnic, choć wcale nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że był wtedy na Piwnej warsztat szewca nazwiskiem Antoni Michał Zięba i że miał on syna o tym imieniu.

Autorzy piszący powieści historyczne popełniają najczęściej dwa, rzekłabym, przeciwstawne błędy. Bywa, że nie znają wystarczająco realiów czasów, o których piszą i wtedy po prostu nie może im wyjść ciekawa historia. Bywa też odwrotnie – ich wiedza o realiach jest tak duża, że aż szkoda im się nią z czytelnikami nie podzielić w całości i wtedy akcja ginie gdzieś pod tymi ciekawostkami. Zuzanna Orlińska realia zna znakomicie, ale potrafi znaleźć złoty środek w ich opisywaniu tak, żeby czytelnika nie zanudzić. Wręcz przeciwnie ! Tam cały czas dzieją się rzeczy interesujące i zaskakujące.

Nie ma w „Królu Myszy” ilustracji, ale nie mogę nie wspomnieć tu z zachwytem okładki, która znakomicie koresponduje z pierwszym zdaniem tej książki. Wyszła ona spod ręki Marcina Minora. On także jest autorem kończącej książkę wyklejki, na której możemy zobaczyć przegląd ówczesnej mody w kategorii nakryć głowy. Kilkadziesiąt postaci (żeby je policzyć, musiałabym stawiać przy nich jakieś znaczki, a nie zwykłam mazać po książkach 😉 ) i każda inna. A może jakieś się powtarzają ? Ja nie znalazłam. I nie, nie wstawię tu jej skanu, zajrzyjcie do książki ! Na wyklejce początkowej mamy natomiast plan ówczesnej Warszawy autorstwa Mikołaja Kamlera – bardzo przydatny w czasie lektury.

Zaczyna się niewinnie, ale nie dajcie się na to nabrać! Z biegiem stron opowieść się rozkręca, mroczne intrygi i postacie kryją się tylko po to, żeby znienacka wyskakiwać i zaskakiwać nas, czytelników. Kończysz czytanie i pytasz: „No, dobrze, ale co dalej było? Kiedy dalszy ciąg?” Na to pytanie postawione przez Joannę Papuzińską w blurbie na okładce odpowiedź już znamy – drugi tom ukaże się 7 października. To akurat tyle czasu, żeby ci, którzy tego jeszcze nie zrobili, zdążyli przeczytać pierwszy 😉

P.S. Ten drugi tom to jeszcze nie koniec. Będzie trzeci !!! 🙂

Zuzanna Orlińska „Król Myszy” (cykl: „Uczeń sztukmistrza” t.1), wyd.: Literatura, Łódź 2021

Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy

Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy

Barbara Gawryluk jest twórczynią niebywale wszechstronną. Jej półka w Małym Pokoju z Książkami należy do najdłuższych i najbardziej urozmaiconych, mimo że zawiera tylko niewielką część jej dorobku. Stoją tam powieści dla czytelników w różnym wieku oraz książki non-fiction zarówno dla dzieci (tu czeka miejsce na „Tatry. Przewodnik dla dużych i małych”, których jest współautorką, a o których niebawem na pewno napiszę) jak i dla dorosłych (biografia Wandy Chotomskiej oraz „Ilustratorki, ilustratorzy”). Jest też sporo przekładów z języka szwedzkiego i właśnie za te ostatnie została niedawno przez Króla Szwecji odznaczona odznaczona Orderem Gwiazdy Polarnej czyli Nordstjärneorden. Otrzymała go (tu cytat z FB Wydawnictwa Zakamarki) za liczne zasługi na polu promowania i udostępniania szwedzkiej literatury i kultury w Polsce. Odznaczenie przyznawane jest obcokrajowcom, którzy w szczególny sposób zasłużyli się na rzecz Szwecji. (Z tej okazji Odznaczona udzieliła wywiadu swojemu macierzystemu Radiu Kraków w którym, notabene, prowadzi cykliczną audycję ‚Alfabet” poświęconą książkom dla niedorosłych czytelników. Można go posłuchać —>>> tutaj )

Informację o tym odznaczeniu Wydawnictwo Zakamarki zilustrowało zdjęciem obrazującym dorobek translatorski Barbary Gawryluk, a ja pozwoliłam sobie je pożyczyć.

Ten imponujący stosik (jaki stosik ? STOS !!!) powiększył się jeszcze, bo ukazał się właśnie pierwszy tom komiksów z serii „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai”, który zawiera cztery historie – tytułową, w której Lasse i Maja rozwiązują tajemnicę wiecznych awarii automatu do skupu puszek i butelek oraz trzy inne. Zachwyciło mnie użycie przez Tłumaczkę w tytule słowa sabotaż, bo bardzo rzadko się je ostatnio słyszy. Z oznaczenia Komiksy 1 w rogu okładki, dedukuję, że możemy spodziewać się następnych oraz że będzie je także tłumaczyć Barbara Gawryluk.

O kryminałach z serii „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai” pisałam 12 lat temu —>>> tutaj i przyznam, że od tego czasu nie śledziłam kolejnych tomów zbyt uważnie. Ta seria należała do ulubionych lektur Najmłodszej z moich córek w czasach, kiedy zaczynała czytać samodzielnie. Potem powędrowała do kolejnych czytelniczek w naszej rodzinie i wiem, że dwie z nich mają ją już za sobą, a kolejna właśnie do tego etapu dorasta.

Komiksy z tej serii, które mam właśnie w ręku, mają wszystkie zalety wcześniejszych książek czyli ciekawą, wciągającą akcję i zagadkę, którą mogą rozwikłać czytelnicy z pierwszych klas szkoły podstawowej, różnią się od nich jedynie proporcją, w jakiej pozostają do siebie tekst i ilustracje. Komiksy traktowane są często przez dorosłych jako taki nieco mniej poważny rodzaj literatury, coś gorszego od zwykłych książek, ale niesłusznie !!! Dla początkujących czytelników może to być bardzo dobre doświadczenie, bo zawierają mniej tekstu niż typowe powieści, a duma z przeczytanej samodzielnie książki jest taka sama. Poza tym – świat, w którym żyjemy, jest coraz bardziej zdominowany przez obraz, ale w komiksie jednak nadal są litery. A kto już zaczął czytać, ten ma większą szansę na to, że kiedyś sięgnie z przyjemnością po coś bardziej poważnego.

Reasumując więc: lepiej jest czytać komiksy niż nie czytać wcale 😉

Martin Widmark (tekst), Helena Willis (ilustr.) „Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy”, przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2021

Tajne zapiski Wandy

Tajne zapiski Wandy

Wpis z 31 marca 2006 roku czyli sprzed równo 15 lat. Ten trzyczęściowy cykl był wtedy najświeższym odkryciem Środkowej z moich córek – wówczas dziesięcioletniej.

Od kilku dni moja córka CZYTA – w tej chwili już trzeci (i niestety ostatni) tom. Nie są one specjalnie grube – te tomy, ale satysfakcja mojej opornej dyslektyczki z faktu przeczytania KSIĄŻKI (a tym bardziej trzech !!!) jest nie do przecenienia.

Dlaczego właśnie Wanda ? To nie jest literatura najwyższych lotów – nie spodziewajcie się po tych książkach głębszych przeżyć czy filozoficznych przemyśleń. Co jest w nich fajnego ?

Po pierwsze: forma – czytanie cudzego pamiętnika ma zawsze urok odkrywania tajemnic szczelnie ukrytych przed światem. Zapiski Wandy obfitują w dopiski, komentarze i zabawne rysuneczki, więc czyta się je przyjemniej niż zwykłe opowiadanie.

Po drugie: język – żywy i współczesny, momentami aż do przesady. Nie znoszę określenia „laska”, ale niestety weszło już na stałe do języka potocznego i zatraciło swoje pierwotne pejoratywne znaczenie. Tak się mówi i już. Pamiętnik Wandy charakteryzuje ponadto twórcze podejście do języka widoczne juz w podtytule „Nie dla SIĘZGŁASZACZY i nosodłubków”.

Po trzecie: treść – właściwie nic szczególnego, żadnej magii i sił nadprzyrodzonych. Ot, codzienne życie zwykłej, trochę może postrzelonej dziesięciolatki, jej perypetie domowe i szkolne. Rodzice Wandy są rozwiedzeni – ona mieszka z Mamą, nieco zwariowaną artystką – fotografikiem (fotograficzką ???) i odwiedza Tatę i jego nową towarzyszkę Ingę – nawiedzoną ekolożkę. Mama przygotowuje wystawę swoich zdjęć i jest z tym mnóstwo zamieszania. Ulubieni sąsiedzi wyprowadzają się razem z najwspanialszym psem świata – Rozczochmeierem, a na ich miejsce wprowadza się wraz z rodziną najbardziej znienawidzony przez Wandę kujon klasowy. Codzienne problemy szkolne (matematyka, brr !!!), kłótnie z przyjaciółką, radości i smutki – zrozumiałe dla każdego rówieśnika bohaterki, który w jej perypetiach może odnaleźć kawałek swojego życia.

Coś dla siebie znalazła tam też moja córka. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy, żeby wzorem Wandy podłożyć nielubianym sąsiadom zdechłą rybę pod kanapę albo końskie g… do skrzynki na listy, mimo, że tam wszystko skończyło się dobrze 😉

Dagmar Geisler (tekst & ilustr.) „Tajne zapiski Wandy”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005

oraz

Dagmar Geisler (tekst & ilustr.)  „Wanda – ściśle tajne”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005

Dagmar Geisler (tekst & ilustr.) „Wanda i antydziewczyńska banda”, przekł.: Ryszard Turczyn, wyd.: Nasza Księgarnia Warszawa 2005

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

Małe Licho i tajemnica Niebożątka

oraz kolejne tomy tego cyklu i inne książki autorstwa Marty Kisiel.

Nigdy nie lubiłam ani fantasy, ani horrorów, ani wszelakich paranormalności – zarówno w literaturze, jak i w filmach. No, nie moja bajka zupełnie. Wyjątek od tej reguły robię wyłącznie dla twórczości Marty Kisiel.

Nie pamiętam już, jak to się stało, że w moje ręce trafiło jej „Dożywocie”. Zachwycił mnie w tej książce przede wszystkim rozmach autorki, jej nieokiełznana wyobraźnia i zwariowane poczucie humoru. No i stało się – zakochałam się w Lichu, uroczym, naiwnym, bezgranicznie dobrym (ale nie przesłodzonym) Anielątku, które w dodatku mówi o sobie cały czas w rodzaju nijakim.

Postuluję to już nie pierwszy raz – Marcie Kisiel zdecydowanie należy się jakaś nagroda (a może nawet odznaczenie ?) za twórczy wkład w polszczyznę. Konkretnie za to, że udowodniła fantastyczną giętkość naszego języka oraz że rodzaj nijaki wcale nie jest taki nijaki i można go stosować także w pierwszej osobie liczby pojedynczej.

Nie będę się tu siliła na streszczanie Wam, o co chodzi w całym odjechanym, zwariowanym, a równocześnie ciepłym i przytulnym uniwersum Lichotki, bo mija się to z celem i jest po prostu bez sensu. To trzeba przeczytać, pomału wchodząc w ten świat i (podobnie jak bohater „Dożywocia” – Konrad) stopniowo dowiadując się, kim są dożywotnicy, których odziedziczył w spadku razem z domem. A potem albo się ich polubi, albo nie. Tertium non datur 😉

Po „Dożywociu” wiedziałam już, że na pewno sięgnę po następne książki tej autorki. Kiedy zaczynałam czytać „Nomen omen”, oczekiwałam kontynuacji znanej mi już historii i dopiero będąc gdzieś w 1/3 akcji, zorientowałam się, że nie mam co czekać na tamtych bohaterów. Zdążyłam się jednak już wciągnąć w tę nową opowieść – dużo mroczniejszą niż poprzednia, klimatem zbliżoną do horroru, ale wciągającą i w dodatku bardzo interesująco osadzoną w historii Wrocławia. W ten sposób definitywnie wsiąkłam w oba cykle książek Marty Kisiel. Pierwszy, zapoczątkowany „Dożywociem” uzupełniły potem „Siła niższa”, „Szaławiła” i „Oczy uroczne”. Na cykl wrocławski składają się (na razie !) „Nomen omen”, „Toń” i „Płacz”. Świat, który stworzyła w nich Autorka jest zdecydowanie postmodernistyczny. Wymieszane są w nim motywy znane od dawien dawna, choć może nie zawsze występujące w tych samych tradycjach i mitologiach, ale często funkcjonują tu zupełnie na opak, że wspomnę tylko (pardon my french 😉 ) upierdliwego i przemądrzałego anioła.

O ile uwielbiam oba te cykle i generalnie wszystko, co Marta Kisiel pisze dla dorosłych, to równocześnie mam spory problem z jej twórczością dla czytelników niedorosłych czyli z cyklem „Małe Licho”, który, można powiedzieć, wypączkował z uniwersum „Dożywocia”.

Kiedy zaczęłam czytać „Małe Licho i tajemnicę Niebożątka” weszłam w opisywaną tam rzeczywistość jak w masło, jakbym znowu usiadła w w wygodnym i wysiedzianym fotelu u starych znajomych, z którymi niejeden wieczór przegadałam, bo są tam wszyscy – i Konrad, i Turu, i Licho, i Tsadkiel, i wszystkie różowe króliki, Zmora, Krakers i… no, po prostu wszyscy. I ja ich doskonale znam !!! Wiem, skąd się wzięli i dlaczego są tacy… jacy są. Nie wiem natomiast, co z tego wszystkiego zrozumie dziecko, które się z nimi spotyka po raz pierwszy ???

Na potrzeby tego wpisu przeczytałam tę książkę jeszcze raz, ale starając się nie pamiętać tego, co wiem. Chciałam spojrzeć na tę historię okiem świeżego czytelnika. No cóż – łatwo nie było i szczerze mówiąc, nie udało mi się to wcale, więc nadal nie wiem. Pytałam o to osób, które wypróbowały te książki na materiale żywym i niedorosłym, ale odpowiedzi nadal nie znalazłam. Wygląda jednak na to, że dają się oni ponieść wartkiemu tempu akcji i po prostu przyjmują tę rzeczywistość, jako coś normalnego, nie analizując jej szczególnie. I może dobrze, bo jakby się zaczęli zastanawiać nad tym, skąd się wziął na tym świecie Bożydar Antoni Niekiełłek… No cóż, ja też mam z tym pewien problem 😉 Już kwestia seksu z widmem prowadzi moją (dorosłą przecież !) wyobraźnię w rejony dość grząskie, ale tego, jak w jego wyniku poczęte zostało całkowicie realne, choć nie do końca zwyczajne dziecko, nie podejmuję się wyjaśniać osobie w żadnym wieku.

Ten temat w książkach o Małym Lichu na szczęście nie występuje, więc niedorosłych czytelników te rozważania ominą. Znajdą tam natomiast piękną opowieść o miłości i akceptacji, na którą zasługuje absolutnie każdy. I jeszcze, nieco zapomnianego już obecnie, „Króla elfów” Goethego, który dzięki tej historii nabrał nowego blasku. W dodatku wszystko to jest fantastycznie napisane !!!

Parafrazując znane powiedzenie o aktorach i czytaniu – myślę, że Marta Kisiel potrafiłaby napisać książkę telefoniczną tak, że byłaby to pasjonująca lektura.

Oraz bestseller.

Marta Kisiel „Małe Licho i tajemnica Niebożątka”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2018

Marta Kisiel „Małe Licho i anioł z kamienia”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2019 – Książka Roku IBBY 2019 w kategorii literackiej za książkę dla dzieci

oraz zapowiedź na 2 września 2020 roku – „Małe Licho i lato z diabłem” 🙂 (edit: które zostało zostało nominowane w kategorii literackiej konkursu Książka Roku 2020 Polskiej Sekcji IBBY – trzymam kciuki !!!)

Amelia i Kuba. Złota karta

Amelia i Kuba. Złota karta

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA – książka dla niedorosłych w kategorii – tekst !!!

Kolejny, ósmy już tom cyklu Rafała Kosika o Amelii, Kubie, Mi i Albercie. Nie czytałam poprzednich dwóch, więc nie wiem, kiedy to nastąpiło, ale w tej części młodsze rodzeństwo tytułowych bohaterów awansowało do roli postaci równorzędnych i pełnowymiarowych. Szczególnie Mi, która w tym tomie ma fantastyczne teksty oraz misia o cudownym imieniu Duhast 😉

Lektura „Złotej karty” okazała się bardzo pouczającym przeżyciem, bo zmusiła mnie do zastanowienia się nad własnymi kompetencjami recenzenckimi 😉 Lata całe temu, kiedy moje córki były całkiem małe i zaczynałam z nimi chodzić do teatrów, czytałam recenzje spektakli dla dzieci w „Gazecie Stołecznej”. Nie pamiętam już, kto je pisał, ale dość szybko zorientowałam się, że moim dzieciom zdecydowanie bardziej podobają się te przedstawienia, które nie znalazły jego uznania, jako mało odkrywcze, wręcz zachowawcze. Te, które chwalił, szczególnie za nowatorskie łączenie planu aktorskiego z lalkowym oraz inne odkrywcze zabiegi inscenizacyjne, były dla dzieci po prostu zbyt trudne i niezrozumiałe. Teraz ze mną było podobnie…

Kiedy przeczytałam tę książkę, moje pierwsze wrażenie było… takie sobie. Rozczarowało mnie, że autor ograniczył się tylko do przeniesienia baśni o Złotej Kaczce w realia współczesne (a nawet bardzo współczesne, bo znajdziemy tam, dopisane, jak się domyślam, tuż przed drukiem, nawiązania do sytuacji pandemicznej, w której wypadła premiera tego tomu). Sama nie wiem, czego się jeszcze po niej spodziewałam, ale czegoś jeszcze 😉 Na szczęście zanim zdążyłam upublicznić swoje rozczarowanie, przeczytałam parę opinii osób, które sprawdziły „Złotą kartę” na żywym materiale czytelniczym czyli skonfrontowały ją z tymi, dla których została napisana (na przykład Zosia z Małej Czcionki >>>>> tutaj ). Ja niestety takiej możliwości nie mam.

Uświadomiłam sobie, że dla przeciętnego czytelnika tego cyklu jest to prawdopodobnie pierwszy kontakt z tą, tak dobrze mi znaną, baśnią, a przecież jej przesłanie w dzisiejszych czasach jest nadal bardzo ważne. Rafał Kosik znakomicie wpisał je w realia świata, w którym żyjemy i w którym żyć będą jego czytelnicy. Świat, w którym nie ma już dukatów w złocie, są za to złote karty z wirtualnymi pieniędzmi, świat rozpasanej konsumpcji i umów pisanym drobnym drukiem… Czy doświadczenie pandemii zmieni go choć trochę ?

Rafał Kosik „Amelia i Kuba. Złota karta”, ilustr.: Jakub Grochala, wyd.: Powergraph, Warszawa 2020

Uwaga ! Poniżej filmu znajduje się coś dla osób o silnych nerwach, więc zaglądacie tam na własną odpowiedzialność 🙂

Nie wiem, w jaki sposób moje córki poznały baśń o Złotej Kaczce, nie pamiętam już. Mam w domu książkę wydaną w 2004 roku, a więc w czasach przedszkolnych Najmłodszej, ale na pewno jej tego nie czytałam. Zdecydowanie również nie ja ją kupiłam, a natychmiast po pierwszym przejrzeniu schowałam w miejsce niedostępne dzieciom, szczerze żałując, że rzeczy raz zobaczonych nie da się odzobaczyć 😉 W rankingu najgorszych książek, jakie w życiu widziałam, ta zajmuje wysoką pozycję.

Spuśćmy zasłonę milczenia na autora ilustracji, które nie są zupełnie tragiczne. Tfurca wierszowanej treści pozostał anonimowy i specjalnie się nie dziwię temu, że się pod tym dziełem nie podpisał. Dziwię się natomiast tym, którzy to wydali, bo dla nich powinien być specjalny krąg w piekle 😦

Oto początek tego dzieła:

a to, pożal się Boże !, puenta:

Kocie historie – trylogia

Kocie historie – trylogia

Wpis z 19 lipca 2007 roku. Lato było wtedy deszczowe, a w związku z remontem razem z Najmłodszą spędzałyśmy je w domu i wesoło nam raczej nie było. Chyba, że poczytałyśmy coś fajnego… 😉

Po tym, jak opisałam tu  ”Dżoka” i  „Świat do góry nogami”,  ktoś zapytał: Czy to ma związek z pogodą, że czytacie takie smętne książki ? Nie za smętne jak na wakacje ? Czytamy rozmaite rzeczy – ale w niewątpliwym związku z pogodą pozostawało to, że tylko o takich smętnych książkach chciało mi sie wtedy pisać.

Za to opowieści Tomasza Trojanowskiego o Zofii, Gienku i Hermanie są lekturą na każdą pogodę. Poprawiają humor: i w czasie deszczu, i w czasie tropikalnych upałów – takich jakie nas teraz nękają. Czytałyśmy je już nie jeden raz. Wystarczy, że otworzymy którąkolwiek z tych książek w dowolnym miejscu i zaczniemy czytać, a… wybuchy śmiechu murowane, mimo że doskonale wiemy co będzie następnej stronie.

Zaliczyłam je do książek kocich. Zrobiłam to z pewnym wahaniem, bo koty w nich opisywane są… jak by to powiedzieć.. mało kocie ? To nie są miłe futrzaki, chodzące własnymi drogami, a czasami pozwalające się poglaskać i mruczące przy tym miło. Kocuraki Tomasza Trojanowskiego przypominają raczej wygadane (żeby nie powiedzieć – wyszczekane 😉 ) dzieci, z masą szalonych pomysłów. Ich zabawy nie znają żadnych ograniczeń, a kończą się… No – z tym bywa różnie 😉 Oprócz wymienionej już trójki uczestniczą w nich jeszcze często Chłopaki zza Rogu i Brodacz Bogdan, a czasami także Króliki Dziadka. W następnych częściach, kiedy na świecie pojawia się imienniczka Najmłodszej z moich córek robi się jeszcze bardziej odjazdowo 😉

„Kocie historie” to lektura mocno nasycona humorem mocno absurdalnym – raczej dla dzieci starszych (z okolic zerówki), które są już w stanie go zrozumieć i docenić. Na potrzeby domowe zaadoptowałyśmy sobie stamtąd bardzo przydatne pojęcie: sytuacja kongo-bongo. Według słowa samego autora: Sytuacja kongo-bongo jest zawsze wtedy, kiedy tak jak teraz wdaję się z moim dzieckiem i z moimi kotami w dyskusję, z której na sto procent nic dobrego dla mnie nie wyniknie. Znam i ja takie momenty nie od dziś, a teraz już wiem, jak się nazywają 😉

Gwoli prawdy historycznej muszę jednak dodać, że trzecia część „Kocich historii” rozczarowała nas poważnie. Nie tyle samą swoją treścią, co jej ilością 😦 To jest kpina z pingwina, proszę Autora ! To jest nieliczenie się z rozbuchanymi apetytami czytelników ! Przeczytałyśmy w dwa wieczory i Najmłodsza zapytała – kiedy będzie następna część ? Też chciałabym to wiedzieć 😉

Edit: kolejnej części już się nie doczekałyśmy, ale wszystkie razem ukazały się jako audiobook w fantastycznej interpretacji Jarosława Boberka. Posłuchajcie !!!

Tomasz Trojanowski „Kocie historie”, ilustr.: Monika Frątczak, wyd.: Literatura, Łódź 2001

Tomasz Trojanowski „Juka i koty. Kocich historii część druga”, ilustr.: Monika Frątczak, wyd.: Literatura, Łódź 2004

Tomasz Trojanowski „Kocie historie – nowe przygody”, ilustr.: Monika Frątczak, wyd.: Literatura, Łódź 2006

8+2 i ciężarowka

8+2 i ciężarowka

Wpis z 6 lutego 2008 roku, który dotyczył wydania tej powieści w ramach kolekcji „Polityki” i fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”. Teraz i ta pierwsza część, i kolejne tomy cyklu (na razie pięć z siedmiu) z ilustracjami Marianny Oklejak ukazały się nakładem Wydawnictwa Dwie Siostry.

Dziwię się sama sobie, że w ogóle kupiłam tę książkę, ale nie żałuję 😉 Akcja Cała Polska czyta dzieciom od dawna budziła we mnie uczucia ambiwalentne. Z jednej strony – oczywiście nie mam nic przeciw czytaniu dzieciom. Z drugiej – miałam poczucie, że w tej akcji zbyt wiele pary poszło w gwizdek gwiżdżący hasło: 20 minut dziennie. Codziennie., a zbyt mało w niej było refleksji nad tym, co właściwie czytać w tym czasie.

Poza tym bardzo nie lubię wszelkich serii, kolekcji, sprzedaży wiązanych i innych metod namawiania klientów do kupowania rzeczy, których w innej sytuacji by nie kupili. Tutaj zachętą do kupienia całej kolekcji jest napis CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM, który ułoży nam się na grzbietach książek – oczywiście pod warunkiem, że będą sobie grzecznie stały na półce w odpowiedniej kolejności.

Dlaczego więc ją kupiłam ? Może dlatego, że okładka z wesołą czerwoną ciężarówką, z rodzicami w szoferce i ósemką dzieci na pace wyglądała tak sympatycznie… Uświadomiłam sobie również, że rodziny do tego stopnia wielodzietnej jeszcze chyba w literaturze nie spotkałam.

Mieszkają w dużym mieście, w pokoju z kuchnią na ostatnim piętrze kamienicy. Żyją skromnie – dzieci początkowo śpią na materacach na podłodze, a odwiedzająca ich babcia na szafkach w kuchni. Mimo to są szczęśliwą, zgraną rodziną, która dobrze się czuje razem i potrafi miło spędzać czas. Zwykłe wydarzenia – wyjazd na wakacje, wesele sąsiadów, znalezienie psa czy przeprowadzka stają się niezwykłe dzięki ich pogodzie ducha i miłości, która ich łączy.

Wszystko w tej książce dzieje się zgodnie z zasadą: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nawet kradzież ciężarówki – żywicielki rodziny kończy się wręcz lepiej niż dobrze 😉 Nie tylko odnajdują samochód, ale jeszcze zyskują przyjaciela dla całej rodziny.

Brakowało mi w niej jedynie pewnej indywidualizacji dzieci. Cała ósemka nosi imiona na literę M i w dodatku są to imiona w większości w Polsce nie używane – Maren, Marcin, Marta, Mads, Mona, Milly, Mina i Morciszek. Dlatego trudno odróżnić te dzieci i zapamiętujemy tak naprawdę tylko Morciszka – bo jest najmłodszy i przez to najbardziej wyrazisty. Może gdyby tłumacz posłużył się tu imionami, które są w Polsce popularne, czytelnikom byłoby łatwiej, a tak – postrzegamy ich jak ośmioosobową całość.

Seria Fundacji ABCXXI i tygodnika POLITYKA stanowi krok w dobrą stronę – od uświadamiania dorosłym samej potrzeby czytania dzieciom w kierunku promowania dobrych książek do tego służących. Jednak, sądząc po stosach książek z tej serii zalegających w Empiku, czytelnicy Polityki nie są chyba odpowiednim targetem takiej akcji – mam nadzieję, że czytają swoim dzieciom bez specjalnego namawiania. Co innego, gdyby dokładano je do „Faktu” czy „Super Expressu”….

P.S. Nie rozumiem tylko kombinacji z tytułem tej książki. Spotkałam się już wcześniej z dwoma: „Ośmioro małych, dwoje dużych i ciężarówka” (to jest chyba dosłowny przekład oryginalnego tytułu) oraz „Sekret taty i ciężarówka”, pod którym wydała ją jakiś czas temu „Nasza Księgarnia”. Dlaczego tym razem wymyślono kolejny ???

Anne – Cath. Vestly „8+2 i ciężarówka”( Kolekcja książkowa CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM Fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom” oraz tygodnika POLITYKA, tom V), przeł.: Adela Skrentini, wyd.:POLITYKA Spółdzielnia pracy, Warszawa 2007

Anne – Cath. Vestly „8+2 i ciężarówka”, przeł.: Adela Skrentini, ilustr.: Marianna Oklejak wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2007

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

Klasa pani Czajki; LO-teria; Licencja na dorosłość

czyli cykl Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, w którym przeprowadza ona swoich bohaterów od pierwszej klasy w saskokępskim gimnazjum, przez licea i studia do dorosłości.

Co prawda między wydaniem części pierwszej i ostatniej minęło piętnaście lat, a w tak zwanym międzyczasie nastąpiła reforma likwidująca gimnazja, więc można się zastanawiać, czy te książki się nie zdezaktualizowały, ale problemy, jakie się ma w tym wieku są ponadczasowe i niezależne od tego, jak się nazywa szkoła, w której się je przeżywa. O „Klasie pani Czajki” pisałam 29 kwietnia 2006 roku, to była dwunasta książka, która stanęła na ówczesnych półkach Małego Pokoju z Książkami.

Znowu piszesz o książkach ? Napisz o „Klasie pani Czajki” ! – mówiła często Najstarsza z moich córek, widząc mnie przy komputerze. Dlaczego akurat o niej ? – pytałam. Bo jest fajna – taka prawdziwa i życiowa. No, skoro tak, to proszę bardzo…

„Klasa pani Czajki” opowiada trzy lata życia uczniów pewnego gimnazjum na warszawskiej Saskiej Kępie – poznajemy ich w dniu rozpoczęcia roku w pierwszej klasie, a żegnamy, gdy kończą szkołę i rozchodzą się do różnych liceów. Małgosia, Kamila, Maciek, Kaśka, Kinga, dwóch Michałów, Aleks, Wojtek i inni – ich kłopoty szkolne i problemy domowe, radości i smutki, pierwsze miłości i rozczarowania, sympatie i antypatie… Zwyczajna klasa, przeciętne dzieciaki, normalne życie.

Czas gimnazjum to taki trudny i głupi wiek – z podstawówki przychodzą dzieci (z pretensjami do bycia młodzieżą), a po trzech latach szkołę opuszcza młodzież (z pretensjami do dorosłości). Na pierwszy rzut oka wyglądają już niemal jak dorośli, ale w głowach mają groch z kapustą, a głęboko w środku siedzą w nich jeszcze małe dzieciaki, które bardzo potrzebują czułości i oparcia w dorosłych.

Bohaterowie tej książki są w sumie dość grzeczni – nie mają większych konfliktów z rodzicami (którzy, z małymi wyjątkami, też wyglądają rozsądnie i sympatycznie), uczą się, nie rozrabiają, nawet wagary niespecjalnie im wychodzą.

W klasie pani Czajki chyba nikt nie pali i (poza jednym klasowym „wyrzutkiem”) nikogo nie ciągnie do alkoholu. Z narkotykami i ich dealerami uczniowie nie spotykają nawet przypadkiem i to jest moje podstawowe zastrzeżenie do rzetelności kronikarskiej tej książki. Trudno mi uwierzyć, że przez całe trzy lata nikt z klasy nie ma najmniejszego kontaktu z narkotykami w żadnej postaci, nikt nie jest namawiany na spróbowanie, nie widzi nikogo zaćpanego. Szkoda – bo byłaby to niezła okazja, żeby pokazać, jak odmawiać, nie tracąc przy tym twarzy.

Szkoła, do której chodzą bohaterowie – normalna, państwowa i rejonowa, w niczym nie przypomina piekła opisywanego przez panią Musierowicz w Jeżycjadzie, a nauczyciele (z tytułową wychowawczynią klasy na czele) też mają ludzkie oblicza. Pani Barbara Czajka jest zresztą postacią autentyczną – była ukochaną polonistką autorki, choć w rzeczywistości nie uczy w gimnazjum. W książce jest dość surową, ale sprawiedliwą wychowawczynią klasy i wymagającą, ale uczącą w sposób interesujący polonistką. Najstarsza zauważyła kiedyś, że w kilku czytanych przez nią współczesnych książkach młodzieżowych bohaterki (lub autorki) bardzo lubią swoje nauczycielki polskiego. Zapytała mnie, czy jest to warunek sine qua non zostania pisarką, bo jeśli tak, to ona na razie chyba nie ma szans. Teraz już ma, bo polubiła swoją polonistkę 😉

Ta książka nie jest powieścią – składają się na nią felietony, które przez trzy lata ukazywały się w piśmie „Victor. Gimnazjalista”. Z tego wynika brak jednolitej akcji i trochę denerwujące powtórzenia – przypomnienia, bo każdy rozdział zajmuje się inną sprawą, sygnalizuje inny problem.

„Klasa pani Czajki” była przebojem wśród koleżanek Najstarszej pod koniec piątej i na początku szóstej klasy mimo, że (a może właśnie dlatego, że…) opowiada o gimnazjalistach. W tym wieku chętniej czyta się o perypetiach osób trochę starszych od siebie i problemach, do których się dopiero pretenduje. Sama wtedy zaczytywałam się Siesicką i wydawało mi się, że jej bohaterowie są okropnie dorośli i mają bardzo dorosłe problemy 😉

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”, ilustr. Paweł Włodarczyk, wyd.: Agencja Wydawnicza AGA-PRESS, Warszawa 2004

Małgorzata Karolina Piekarska „Klasa Pani Czajki”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2016

Klasa pani Czajki skończyła gimnazjum i rozeszła się do szkół średnich. Część z nich trafiła do (również saskokępskiego) liceum imienia Bolesława Prusa i grono bohaterów kolejnej części cyklu powiększy się ich koleżanki i kolegów z klasy pani Janeckiej, ale nie tylko… Nowi coraz starsi bohaterowie, nowe problemy, które stawia przed nimi życie… Nieuchronne wchodzenie w dorosłość – dla jednych łagodniejsze, dla innych trudniejsze, bo nie zawsze mogą liczyć na wsparcie rodziców, a czasem sami muszą wejść w ich rolę.

Jakiś czas temu na jednym z książkowy forów w sieci zadano pytanie o książki opisujące życie młodzieży 18+ czyli takie rzeczywiste wchodzenie w dorosłość już pod skończeniu szkoły. Okazało się, że prawie nie ma takich. Ja sama kojarzę tylko owocowy cykl Izabeli Sowy oraz „Przyjaciół” i „Ślimaki z ogródka” Marty Madery, ale są to pozycje sprzed kilkunastu lat. Z nowości – przez chwilę miałam nadzieję, że taką powieścią będzie „Hodowla” Katarzyny Ryrych, jednak tam bohater co prawda jest już po studiach, ale powraca do miasteczka, w którym chodził do liceum, żeby się wewnętrznie rozliczyć z tamtym czasem.

Wynika z tego, że „Licencja na dorosłość” jest w kategorii literatury Young Adult zdecydowanym wyjątkiem, bo jej bohaterowie rzeczywiście mierzą się z problemami dorosłości. Niektórzy z nich mogą jeszcze funkcjonować w rodzinnych domach na prawach dzieci, nie troszcząc się specjalnie o materialną stronę życia, ale są też tacy, którzy studiują w innych miastach i tam (na przykład w konfrontacji z osobami, od których wynajmują miejsce do mieszkania) są zdani głównie na siebie. Ich związki to już nie są pierwsze nastoletnie miłości, konflikty z prawem też już grożą dorosłymi konsekwencjami – robi się coraz poważniej, ale też coraz ciekawiej.

Żegnamy się z bohaterami tego cyklu, kiedy obie klasy – i ta pani Czajki, i ta pani Janeckiej spotykają się w parku Skaryszewskim. Być może to ich ostatnie spotkanie w takim gronie, choć już kilku osób zabrakło. Część z nich za chwilę będzie pisało licencjat, ale czy to znaczy, że mają już tytułową licencję na dorosłość ?

Co to jest ten licencjat ? Maciek wiedział, że nie dla wszystkich oznacza koniec studiów. Nie jest też żadnym patentem na to, jak żyć, ani co robić ze swoim życiem. Jest etapem w podróży. Jednym z wielu takich, które nie rozwiązują niczego. Jest jak stacja przesiadkowa. Tylko który pociąg teraz wybrać ? Dokąd ? I jaki ? Nie dla wszystkich jazda ekspresem jest korzystna. Można przegapić jakieś ważne stacje.

Małgorzata Karolina Piekarska „LO-teria”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017

Małgorzata Karolina Piekarska „Licencja na dorosłość”,  wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2019

Trzynastka na karku

Trzynastka na karku

i jej kontynuacja: „Marzycielki”, „Po co mi chłopak ?”, „Miłość Ci wszystko wypaczy” i „Gdybym była czekoladą” – czyli tak zwany cykl nowohucki 🙂

zdjęcie pożyczone ze strony Autorki 🙂

Przypominam go dopiero teraz, bo w czasie przenosin zawartości bloga z dawnej miejscówki przepadła mi gdzieś recenzja pierwszej części. Udało mi się ją wreszcie odzyskać i proszę !!!

Cykl zasadniczy stanowią części pierwsza, trzecia, czwarta i piąta napisane w formie pamiętnika Ani Szuch. „Marzycielki” są trochę obok, ale warto mimo to czytać te książki w kolejności.

„Trzynastka na karku” należała do ulubionych książek Najstarszej z moich córek. Pamiętam, że na targach książki podsunęłam pani Katarzynie Majgier do podpisu nasz nieco sfatygowany egzemplarz, tłumacząc, że wygląda tak, bo córka czytała w wannie i wpadł jej do wody. Pani Katarzyna odpowiedziała, że taki stan zaczytania książki jest największym komplementem dla autorki 🙂

Wpis z 1 października 2006 roku:

Spadło mi toto jak z nieba tuż przed trzynastymi urodzinami Najstarszej z córek. Właśnie zostałam na lodzie – bez prezentu dla niej, bo premierę „Atramentowej krwi”, na którą niecierpliwie czekałyśmy obie, przesunięto o pół roku. Kupiłam w desperacji – głównie z powodu tytułu i trochę dlatego, że bohaterka jest imienniczką Najstarszej. Zakup okazał się strzałem w dziesiątkę znalazłam to, czego od dawna szukałam i na co już straciłam nadzieję: dobrą, współczesną powieść obyczajową dla młodzieży, mocno osadzoną w polskich realiach. Autorka konsultowała się z nastolatkami, piszącymi na prowadzonym przez Nią (edit: dziś już nieistniejącym) forum Junior Reporter – miała więc z pierwszej ręki informacje o tym, co lubią i czym się zajmują obecne trzynastolatki.

Ania z tej książki jest typową przedstawicielką swojej grupy wiekowej, może tylko trochę inteligentniejszą i bardziej oczytaną niż norma przewiduje. Z nieubłaganą logiką dostrzega wszystko, co dorośli chcieliby ukryć, i konsekwentnie punktuje każdą ich niekonsekwencję. Czasem jest nad wiek dojrzała i rozumie więcej niż, jak się wydaje, powinna rozumieć, a chwilę później reaguje w sposób godny przedszkolaka. Taki wiek… Mam podobny egzemplarz w domu, to wiem 😉 Problemy też ma typowe dla swojego wieku trądzik, biust (a właściwie jego brak), szkoła, rodzice i młodsze rodzeństwo. Jej rodzice dostrzegają w niej wyłącznie wady, podczas gdy u cudzych dzieci widzą same zalety i stawiają ich córce za wzór. Co gorsza stawiają za wzór również samych siebie, kiedy byli w jej wieku 😉

Dużo ważniejszym niż rodzice punktem odniesienia dla trzynastolatki są już jednak rówieśnicy. Anka ma przyjaciółki z tej samej klatki, z którymi zaprzyjaźniła się jeszcze w wieku przedszkolnym, a teraz chodzą do tej samej klasy. Z piaskownicy już wyrosły wszystkie ważne sprawy omawiają przy śmietniku, co czasem skutkuje rzeczą niezwykłą – szlabanem na wynoszenie śmieci. Bohaterka mieszka w bloku, tak jak pewnie ponad połowa jej rówieśników w tym kraju. Na hasło bloki wszyscy na ogół myślą o blokersach, ale ich mieszkańcy stanowią pełen przekrój społeczeństwa. W nowohuckim bloku z tej książki – tata Ani jest naukowcem, rodzice Marii z parteru są lekarzami, a rodzice Niki pracują w agencji reklamowej. Najbliższa blokowym stereotypom jest rodzina Blondi, a szczególnie jej brat Shrek i jego ziomy, ale znajomość z nimi nie musi od razu prowadzić na margines. Nie trzeba chodzić do prywatnej szkoły, żeby mieć poukładane w głowie. Mieszkając w zwykłym bloku i ucząc się w rejonowej podstawówce też można uzyskać 40 punktów (czyli maksimum) na teście kompetencji. Blok to nie wyrok.

Moje życie jest nudne: szkoła, dom, zwyczajne kumpelki, zwyczajna rodzina może trochę bardziej zakręceni niż większość społeczeństwa, ale każdy ma jakichś ekscentryków w rodzinie albo wśród przyjaciół, więc pewnie niczym się nie wyróżniam. I nigdy nic się nie dzieje…

No, jak na to, że nic się nie dzieje, to dzieje się całkiem dużo i naprawdę fajnie się o tym czyta 😉

Katarzyna Majgier „Trzynastka na karku” ilustr.: Karina Znamirowska, wyd.: Akapit Press Łódź 2006

Wpis z 2 kwietnia 2007 roku:

Kontynuacja ”Trzynastki na karku” i jeśli jednak ktoś, tak jak Najstarsza z moich córek, liczy na ponowne spotkanie z Marią z parteru (która okazała się być jej idolką 😉 ), to się trochę rozczaruje, bo pojawia się ona tylko przelotnie. Większość akcji w ogóle nie dzieje się w bloku, ani nawet w Nowej Hucie…

Nika Rosińska wraz z rodzicami wyprowadziła się do domku na przedmieściach, a do jej mieszkania wprowadzają się Monika i Liliana z Mamą. Początkowo miała zamieszkać z nimi jeszcze Kaśka z Zielonymi Włosami ale… A zresztą, co Wam będę mówić – przeczytajcie sami 😉 Dotychczas, czyli do rozwodu rodziców, mieszkały w miasteczku Jasne, w eleganckiej willi przy snobistycznej ulicy Kasztanowej. W Jasnem wszystko było jasne 😉 i wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli. Wiadomo było, kto należy do dobrej, a kto – do nieco gorszej rodziny i to tworzyło klucz przyjaźni i kontaktów towarzyskich. Rodzina Moniki i Liliany zaliczała się do tych lepszych – rozwód i przeprowadzka wyrzucają je poza nawias tej skostniałej społeczności i powodują, że Monika zaczyna postrzegać świat zupełnie inaczej niż dotąd.

Autorka tych książek pisze na  swojej stronie (edit: a raczej – pisała, bo teraz tego odnaleźć nie mogę) ze zdziwieniem: raz po raz dowiaduję się, że moje książki „walczą ze stereotypami rodziny w bloku (a nawet czasem owe stereotypy obalają)”. Zauważa również: Wychowałam się w Nowej Hucie, mieszkałam w dziesięciopiętrowym „mrowiskowcu”, a co więcej – teraz też mieszkam w bloku. (…) Większość moich znajomych też mieszka w blokach i w blokach się wychowała. Nikt z nas nie jest bandziorem, dresem, tipsiarą, blacharą itp. Nie ganiamy z bejsbolami i nie wyrywamy sobie szalików, ani nawet nie kradniemy fur. Ani komór.

Skąd to zdziwienie, pani Katarzyno, skoro Pani własna bohaterka – Monika, na początku postrzega swoje nowe miejsca zamieszkania właśnie przez pryzmat tych stereotypów ? Nie rozwód, który obie z siostrą przyjęły ze spokojem, tylko właśnie przeprowadzka wywraca jej widzenie świata do góry nogami. Stwierdza ze zdziwieniem: wierzyłam, że patologiczna rodzina to taka, która nie składa się z mamy, taty i dzieci i nie mieszka w zadbanym domu. Żadnej z nas nie przychodziło do głowy, że właśnie takie rodziny bywają jeszcze bardziej patologiczne, wystarczyło spojrzeć na nas same. W Jasnem wszystko było jasne, a w bloku trudno przewidzieć, co się kryje za jednakowymi drzwiami mieszkań i czego można się spodziewać po sąsiadach.

Ja również wychowałam się w bloku i w moim bloku też wyrósł jeden pisarz. Blok zresztą blokowi nierówny. Są bloki małe, kameralne, zatopione w zieleni – bloczki właściwie ;-), gdzie na jednej klatce jest najwyżej kilkanaście mieszkań. Są też bloki – monstra, w których w pionie mieszka tyle ludzi, ile w poziomie zamieszkiwałoby dużą wieś czy niewielkie miasteczko. Takie bloki stoją w poprzek struktur społecznych. W miasteczku, w którym wcześniej mieszkały Monika i Lilianna, te struktury były bardzo sztywne, a pozycję w nich w dużym stopniu wyznaczało miejsce zamieszkania. W bloku, obok siebie, drzwi w drzwi żyje pełen przekrój społeczeństwa. W tym moim przed laty dyplomata z dalekiego kraju i profesor zwyczajny sąsiadowali przez ścianę z miejscowym pijaczkiem zwanym przez lokatorów Marginesem. W nowohuckim bloku z tych książek obok zupełnie normalnych ludzi ( i normalnych Pipścińskich 😉 ) można spotkać osoby tak zaskakujące jak Przystojny Harleyowiec czy mama Desmonda, a rodziny pozornie patologiczne okazują się zadziwiająco normalne.

Jakość życia nie zależy od jego poziomu materialnego. Można wegetować mając: duży, piękny dom, dwa samochody i trzy telewizory, w tym dwa plazmowe. Można też znaleźć spełnienie w małym mieszkanku w bloku. Trzeba tylko zrozumieć, co tak naprawdę jest w życiu ważne i odważyć się spełnić swoje marzenia.

Katarzyna Majgier „Marzycielki”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2006

Wpis z 15 listopada 2008 roku:

Najstarsza z moich córek, wielbicielka poprzednich części (ze szczególnym uwzględnieniem Marii z Parteru) rzuciła się na tę książkę z wielkim entuzjazmem. Przeczytała i stwierdziła ze smutkiem: Chyba już wyrosłam z tych książek 😦 Faktycznie – kiedy czytała „Trzynastkę na karku”, była dokładną rówieśniczką jej bohaterek. Od tego czasu w ich życiu minęło jakieś pół roku, a w jej – dwa i pół. One właśnie przeżywają początek nauki w gimnazjum, ona – głowi się już nad wyborem liceum.

No i piknie, jak mawia moja kochana prababcia. Za cztery dni idziemy do szkoły, a wszystkie moje przyjaciółki powariowały. Z pozoru nic się nie zmieniło – trochę urosły przez wakacje, do szkoły wchodzą innym wejściem, bo są już w gimnazjum, ale nadal ich ulubionym miejscem spotkań jest ławka przy śmietniku. Z pozoru nic się nie zmieniło, tylko ich rozmowy stały się jakby monotematyczne i wszystko kręci się wokół miłości. Ania (ta książkowa, nie moja 😉 zupełnie ich nie rozumie…

Po co mi chłopak ?” to (podobnie jak „Trzynastka”) pamiętnik Ani Szuch, a ona zdołała się tej monotematyczności oprzeć i dzieki temu sporo się w tej książce dzieje.

Znalazłam tam też echo  mojej wiosennej rozmowy jej autorką (edit: czyli wywiadu, który niestety odpłynął w niebyt razem z portalem, dla któreg go przeprowadzałam). Na pytanie: czym różni się dorastanie w czasach internetu od tego, które było udziałem dzisiejszych rodziców ? pani Katarzyna odpowiedziała: Dawniej młoda osoba o nietypowych zainteresowaniach była w swoim środowisku osamotniona, trudno było jej znaleźć kogoś, z kim mogła dzielić tę pasję. Dziś – bez problemu może znaleźć w sieci odpowiednie forum i spotkać tam podobnych do siebie „maniaków” w różnym wieku. Dzięki obcowaniu ze starszymi od siebie (czasem o kilka lat, a czasem wręcz dorosłymi) internautami, nastolatki rozwijają się, poszerza im sie zasób słownictwa, „podciągają się” intelektualnie. Największy problem książkowej Ani polega na tym, że jej rodzice tego nie rozumieją, za to wiele słyszeli o zagrożeniach jakie czekają na nastolatki w sieci.

Ta książka nie powstałaby bez nastolatków z Forum Juniora, dzięki którym mam wyobrażenie, jak wygląda ich świat… – napisała autorka w dedykacji na pierwszej stronie tej książki. Niedawno z portalu Junior Reporter wypączkował kolejny – przeznaczony dla nieco starszych nastolatków, który już zaczęli z tamtego wyrastać. Nazywa się ”Amanita” (ale nie pytajcie mnie, dlaczego, bo nie wiem 😉 ) i jest bardzo sympatycznym miejscem dla myślących i czytających nastolatków. Znajdziecie tam sporo (w tej chwili 135, ale niewątpliwie będzie więcej) recenzji książek – w większości są opinie z pierwszej ręki, bo pisane przez ludzi kilkunastoletnich. Jest też forum – na razie jeszcze niezbyt tłumnie odwiedzane.

W słowie wstępnym do „Amanity” pani Katarzyna Majgier wyraża nadzieję, że wokół niej zgromadzi się duże grono fantastycznych osób z fantazją i pomysłami. I że tak jak Junior będzie rozwijana przy udziale użytkowników. Życzę tego serdecznie nowemu serwisowi i jego twórcom 🙂

Edit: oba te miejsca już nie istnieją. W ogóle – w ciągu kilkunastu lat, które upłynęły od czasu, kiedy to pisałam, fora internetowe też stały się przeszłością. Zastąpiły je grupy na Facebooku oraz… inne miejsca i formy aktywności w internecie, których ja już nie ogarniam.

Katarzyna Majgier „Po co mi chłopak ?”, wyd.: Akapit Press, Łódź 2008

Kolejne części pamiętnika Ani Szuch to „Miłość Ci wszystko wypaczy”

i „Gdybym była czekoladą” 🙂

Dawca

Dawca

Lois Lowry napisała „Dawcę” w 1993 roku. Nie wiem, czy od razu miała pomysł na cały cykl, bo następna część – „Skrawki błękitu” ukazała się dopiero siedem lat później. W 2004 roku wydano „Posłańca”, a w 2012 „Syna”, który tworzy z trzech poprzednich części całość, domykając i łącząc zaczęte w nich historie.

Po polsku „Dawca” ukazał się po raz pierwszy w 2003 roku, natomiast pozostałe części doczekały się przekładu dopiero w 2014 i 2015 roku, zaraz po tym, jak do kin trafiła jego ekranizacja. Nie widziałam tego filmu, ale moje córki, które bardzo lubiły tę książkę, były nim rozczarowane i to mi wystarczy. Nad jego tytułem, który zawiera spoiler, spuśćmy zasłonę milczenia 😦

„Dawca” to książka, która moim zdaniem wcale nie potrzebuje kontynuacji. Zakończenie jest otwarte i możemy sobie domyślić różne końce tej historii. Dziś przypominam, co pisałam o niej 13 listopada 2006 roku, a o kolejnych tomach cyklu napiszę… być może… kiedyś 😉

Wszystkim dzieciom, którym powierzamy przyszłość…

Na ogół nie zwracam uwagi na dedykacje umieszczane na początku książek, bo zwykle autorzy załatwiają przy ich pomocy prywatne, pozaksiążkowe zobowiązania. Pierwszy raz spotkałam się jednak z sytuacją, gdy książkę zadedykowano po prostu jej własnym czytelnikom.

Niedługo Święta i znowu wszyscy wszystkim będą życzyć zdrowia, szczęścia, pomyślności, często dodając jeszcze i spokoju, przede wszystkim spokoju. Ostrożnie z tymi życzeniami, bo podobno jak Pan Bóg chce człowieka pokarać, to spełnia jego modlitwy. Jonasz, bohater „Dawcy” żyje właśnie w świecie, w którym ziściły się wszystkie takie życzenia. Nie ma w nim chorób, cierpienia, bólu, ba – nie zdarza się nawet zła pogoda. Każdy członek społeczności wie, że wszystkie jego potrzeby będą zaspokojone, nie grozi mu żaden niedostatek, lęk, ani samotność. W odpowiednim wieku otrzyma Przydział i pozna swoją dorosłą rolę w społeczności, a będzie ona idealnie dopasowana do jego możliwości i zainteresowań. Potem założy komórkę rodzinną, wychowa parkę dzieci i będzie żyć spokojnie, aż do momentu eufemistycznie nazywanego zwolnieniem. Życie uporządkowane, przewidywalne i bezbolesne, bez klęsk żywiołowych, chorób, przestępstw i wojen. W zamian za to – rezygnacja z samodzielnego myślenia, z tradycji (tej bliższej – rodzinnej i tej ogólnoludzkiej), z książek i muzyki oraz ze wszystkich głębszych uczuć – nie tylko tych złych, jak nienawiść czy lęk, ale i dobrych. Czy o to właśnie nam chodzi ?

Oczywiście uważny czytelnik szybko zauważy, że wizja Lois Lowry ma wiele słabych punktów i miejscami, jak to się mówi, nie trzyma się kupy. Przykład pierwszy z brzegu – skoro nie wszyscy dorośli zakładają rodziny, to norma dwojga dzieci na rodzinę powoduje zmniejszanie się populacji, zamiast utrzymywać ją w niezmiennej liczebności. Te nieścisłości nie są jednak ważne, bo nie o refleksję nad tamtym światem chodzi. „Dawca” to książka, która pokazuje, dokąd może zaprowadzić pragnienie, aby życie uczynić jak najwygodniejszym. Świat Jonasza, mimo że teoretycznie oddalony od nas w czasie, niepokojąco przypomina podmiejskie osiedla w których żyje amerykańska (i nie tylko) klasa średnia, czyli model życia, do którego aspiruje spora część ludzkości. Żyje się w nich wygodnie i spokojnie, odsuwając poza pole swojego widzenia wszystko, co mogłoby wywoływać uczucie dyskomfortu. Jest tam miejsce tylko dla zdrowych, zamożnych, aktywnych zawodowo. Macierzyństwo to jedną z najmniej prestiżowych ról społecznych, a starość nie istnieje. Ludzie starzy usuwani są na margines życia, izolowani w specjalnych placówkach o nazwach równie eufemistycznych jak zwolnienie. Powinni tam dożyć dni swoich, ciesząc się z dobrej opiekę i komfortowych warunków. Pomału, krok za krokiem zbliżamy się do świata opisanego w tej książce. Przestaje dziwić dedykacja na pierwszej stronie, bo to jej dzisiejsi czytelnicy zdecydują, czy uczynimy krok następny.

No dobrze – ale kim jest tytułowy Dawca i jak jest jego rola w społeczności ? Tego nie wie nawet większość spośród jej członków. Wy macie szansę się dowiedzieć…

Lois Lowry „Dawca”, przekł.: Piotr Szymczak, wyd.: Media Rodzina, Poznań 2003

Lois Lowry „Dawca”, przekł.: Piotr Szymczak, wyd.: Galeria Książki, Kraków 2015