Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !

Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !

„Dynastia Miziołków” Joanny Olech to książka, którą można już zaliczyć do klasyki polskiej literatury dla niedorosłych. Powstała w poprzednim wieku (a nawet tysiącleciu !) i najpierw ukazywała się w odcinkach w Świecie Młodych. Był to rok 1993 i pismo właśnie kończyło swój wieloletni żywot (absolutnie nie z winy Miziołków !!!). Tę wersję zilustrowała Magda Jasny (która stworzyła także Wiercipiętka z rodziną). Potem było wiele wydań książkowych w kilku wydawnictwach. Większość ilustrowała chyba sama Joanna Olech, ale ja mam do dziś wersję z ilustracjami Pawła Pawlaka , wydaną przez nieodżałowane Wydawnictwo Plac Słoneczny 4, zaczytaną przez moje córki.

O tym, że ta książka pomału staje się klasyką, świadczyć może choćby to, że jej fragmenty wielokrotnie były umieszczane w podręcznikach. Wydaje mi się też, że przez krótki czas cała „Dynastia Miziołków” była lekturą szkolną, ale nie jestem tego pewna. A teraz po prawie trzydziestu latach doczekaliśmy się kolejnej części…

Nie wiem, co było dla mnie większym zaskoczeniem – czy to, że się w ogóle ukazała, czy też fakt, że trzyma poziom poprzedniej ? Ma dobre tempo, ciekawie i prawdziwie skonstruowane postaci i sytuacje, a przede wszystkim – jest dowcipna. Pierwszy raz popłakałam się ze śmiechu, kiedy czytałam o wcześniejszym powrocie rodziny z ferii, drugi – podczas poloneza na studniówce Miziołka, potem przestałam już liczyć… szczególnie odkąd w rodzinie pojawiło się mocno nietypowe zwierzątko domowe imieniem Franio. Nie chciałabym spoilerować za bardzo, ale każdy, kto widział okładkę, może zauważyć, że Franio jest szopem. Nie powiem nic więcej, sami możecie się domyślić, że nudno z nim nie jest 😉

Autorka dokonała pewnego zakrzywienia czasoprzestrzeni, bo co prawda w świecie Miziołków od poprzedniej części minęło jakieś osiem lat, ale akcja kolejnej rozgrywa się nie w realiach początku wieku, tylko całkiem współcześnie. Ale w tych książkach nie chodzi o realia (one pozostają tłem), tylko o relacje – między członkami rodziny oraz między nimi a światem zewnętrznym.

Pamiętam, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że „Dynastia Miziołków” była krytykowana za (rzekomy) antyfeminizm. Dla mnie był to zapis świadomości i widzenia świata nastolatka w apogeum jego krytycznego stosunku do wszystkich i wszystkiego. Taki wiek po prostu. Miziołek opisywał równie złośliwie zarówno koleżanki jak i kolegów. Tak samo postrzegał rodziców, ich znajomych, sąsiadów i nauczycieli. Podobny ogląd świata prezentuje teraz Kaszydło.

Ostatni wpis Kaszydła w sposób niespecjalnie zaowalowany zapowiada możliwość kolejnej części. Rodzina przecież na niej się nie kończy. Mam tylko nadzieję, że Autorka nie każe nam czekać na nią kolejne trzydzieści lat !!!

Joanna Olech „Miziołki wracają czyli Kaszydło rządzi !” z ilustracjami Autorki wyd.: Literatura, Łódź 2022

Joanna Olech „Dynastia Miziołków”, ilustr.: Paweł Pawlak, wyd.: Plac Słoneczny 4, Warszawa 1997

Woda żywa; Żelazne trzewiczki

Woda żywa; Żelazne trzewiczki

czyli czwarta i piąta z siedmiu napisanych przez Roksanę Jędrzejewską-Wróbel i zilustrowanych przez Mariannę Oklejak baśni, składających się na cykl Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane. Ostatnie dwie ukażą się w przyszłym roku.

O całym cyklu – powodach, dla których powstał, oraz pomysłowi na niego pisałam przy okazji pierwszych trzech części. Nie będę powtarzać, po prostu zapraszam —>>> tutaj .

Nie jest więc raczej dla nikogo zaskoczeniem, że w kolejnych częściach Roksana Jędrzejewska-Wróbel znowu sięgnęła po tradycyjne, choć obecnie już rzadziej znane baśnie po to, żeby je przetworzyć współcześnie i pokazać w nich problemy, z którymi musimy mierzyć się tu i teraz.

Szczęśliwa, bo twórcza

Baśń tę dedykuję wszystkim, którzy chcą mieć wpływ na swoje życie

Była sobie raz dziewczynka imieniem Marianna, która uwielbiała czytać i wyobrażać sobie różne rzeczy – nawet te nieistniejące. A im więcej czytała, tym jej wyobraźnia była bujniejsza i rozrastała się jak dżungla, bo tak właśnie działają książki – jak woda na rośliny…

„Woda żywa” to historia, która bardzo wyraźnie nawiązuje do zmian, jakie zachodzą we współczesnym świecie – nie tylko tych związanych z klimatem oraz coraz powszechniejszą u nas betonozą, ale także z coraz większym wpływem, jaki ma na to wszystko chciwość wielkich korporacji. Jej bohaterka Marianna pokazuje jednak, że można temu wszystkiemu stawić czoła, jeśli tylko ma się wystarczająco dużo wyobraźni oraz odwagi, żeby za nią podążyć.

Szczęśliwa, bo wytrwała

Baśń tę dedykuję wszystkim, którym się wydaje, że są zbyt słabi, aby coś osiągnąć

Była sobie raz dziewczynka imieniem Małgosia, która nie lubiła się wysilać. Nie myślcie jednak, że była leniwa, wcale nie. Po prostu jeśli coś nie przychodziło jej szybko i łatwo, to z tego rezygnowała. (…) Krótko mówiąc, Małgosia robiła tylko to, co było przyjemne i od razu sprawiało radość…

„Żelazne trzewiczki” były tą częścią cyklu, która zaskoczyła mnie najbardziej, bo jest najmniej baśniowa. Az chciałoby się powtórzyć za biskupem Krasickim: A cóż to jest za bajka ? Wszystko to być może…

Sens baśni generalnie polega na tym, że ich bohaterowie konfrontowani się z sytuacjami granicznymi, ale dzieje się to w świecie fantastycznym, który normalne realia życia bierze niejako w nawias. Tu natomiast wszystko jest jak najbardziej realne. Roksana Jędrzejewska-Wróbel stawia Małgosię wobec doświadczenia nieodwracalnego kalectwa, a tytułowe żelazne trzewiczki są… nie, nie powiem, przeczytajcie tę książkę ! Inaczej jednak niż w tradycyjnej wersji tej baśni, wędrówka w nich nie prowadzi jej do utraconej miłości, tylko do samej siebie, bo to jest punkt wyjścia do wszystkiego, co będzie dalej.

W cyklu Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane ukazało się już pięć baśni. Teraz pozostaje nam tylko czekać na dwie ostatnie, które ukażą się w przyszłym roku. Jestem bardzo ciekawa dokąd tym razem zaprowadzi nas wyobraźnia Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel i Marianny Oklejak, ale nie wątpię, że znowu będzie interesująco i pięknie.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Woda żywa” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2022

Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Żelazne trzewiczki” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2022

Sobowtór

Sobowtór

czyli trzeci (po „Królu myszy” i „Powietrznym żeglarzu”) tom cyklu „Uczeń sztukmistrza”. Dwa pierwsze zostały wyróżnione w konkursie Książka Roku 2021 Polskiej Sekcji IBBY

i nominowane w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst !!!

„Uczeń sztukmistrza” to cykl rozpisany na trzy tomy. W takich sytuacjach najczęściej pierwszy służy zawiązaniu akcji i przedstawieniu głównych jej uczestników. Drugi tom jest takim pomostem miedzy nimi, rozwijającym zaczęte wcześniej wątku, ale tak, aby niczego nie dokończyć, bo na to jest czas dopiero w trzecim. Tak jest także tutaj, choć nie można powiedzieć, że ostatni tom służy wyłącznie zamknięciu wszystkich wątków i rozwiązaniu tajemnic. Jest w nim coś jeszcze, ale o tym potem.

Pierwszego stycznia roku 1807 wjechały do Warszawy dwie osobistości. Około godziny ósmej wieczorem pojawił się Napoleon Bonaparte. Cesarz Francuzów i król włoski w asyście oddziału mameluków stanął na Zamku Królewskim, gdzie powitał go przybyły nieco wcześniej jego brat Hieronim i książę Bergu, Joachim Murat. Stolica, która oczekiwała wielkiego wodza już od poprzedniego dnia, przyjęła go odświętną iluminacją.

Pół godziny później na praskim brzegu zatrzymał się Marcin Zięba…

Akcja „Sobowtóra” toczy się na dwóch planach czasowych. Pierwszy rozpoczyna się właśnie w pierwszym dniu 1807 roku i służy przede wszystkim domknięciu wątków rozpoczętych w poprzednich tomach. W misternie splecioną intrygę poszukiwań Wielkiej Pieczęci Francji mniej lub bardziej bezpośrednio wciągnięci zostają wszyscy bohaterowie, których poznaliśmy w poprzednich częściach – zarówno ci, którzy istnieli naprawdę (jak Antoni Magier czy pisarz i kompozytor Ernst Teodor Amadeusz Hoffmann), jak i ci, których do życia powołała wyłącznie wyobraźnia Autorki. Nie zdradzę oczywiście tego, jak się cała sprawa skończyła, powiem tylko, że dzieje się sporo. Wszystko to (równie misternie !) wpisane jest w realia Warszawy, w której stacjonuje spora część armii francuskiej i powstaje Księstwo Warszawskie (ze swoją armią). Czytając ten tom pomyślałam sobie, że jest on przede wszystkim ilustracją starego powiedzenia mającego zobrazować wszystkie możliwe dopusty Boże czyli jak nie urok to przemarsz wojska…

Jeszcze wyraźniej widać to w drugim planie czasowym, w którym Autorka wybiera się wraz z wieloma swoimi bohaterami na wyprawę moskiewską.

Nie wyobraża pan sobie, jak wygląda krajobraz po przejściu wojsk. Wsie opuszczone, domy o wybitych oknach, płoty porozbierane na opał i nawet strzechy zjedzone przez konie, dla których zabrakło paszy. Łany zboża poniszczone, wydeptane, stodoły popalone. Na drogach leżą końskie trupy i bydło, nad którymi gromadzą się drapieżne ptaki. Po lasach pełno maruderów, parę razy o mało nie padliśmy ofiarą zbójców. Zdaje się, jakby armia, która przeszła przez te ziemie, uciekała w popłochu, a nie szła do natarcia. – opowiada wtedy Antoniemu Magierowi Ludwika Adam Dmuszewski, który w latem 1812 roku przyjechał z Wilna do Warszawy. Jakże inny to obraz tego czasu od znanego wszystkim O roku ów ! Kto ciebie widział w naszym kraju !

Zuzanna Orlińska wysłała swoich bohaterów razem z armią dowodzoną przez księcia Józefa Poniatowskiego pod Smoleńsk. Towarzyszymy im w oblężeniu tego miasta i w tragicznym powrocie stamtąd:

Straszna to była droga ! Wydeptana przez tysiące nóg, rozjeżdżona kołami armat i wozów zamarzła, gdy tylko na początku listopada chwycił mróz. Oddziały wojska uległy rozproszeniu, przemieszały się z wędrującymi obok armii cywilami, urzędnikami, markietankami, z ambulansami wiozącymi lżej rannych. Krok za krokiem poruszała się po wyślizganym trakcie owa ruchoma, kłębiąca się masa, złożona z ludzi, wozów i koni…

Wojna, którą Autorka opisuje, jest w oczywisty sposób odmienna od tej, która niespodziewanie, już po napisaniu tego tomu zaczęła dziać się tak blisko nas. Nie sposób jednak uciec od myśli o tym, że po dwóch wiekach, które przyniosły ogromny postęp techniczny, wojna z bliska wygląda nadal tak samo, jak ją w Smoleńsku zobaczył Jordaki Kuparenko: smród, chaos i straszliwe zniszczenia…

Oba te plany czasowe rozgrywają się w książce równolegle i nie jestem do końca przekonana, czy jest to dobry zabieg. Szczególnie na początku, kiedy akcja obu umieszczona jest w Warszawie i spotykamy tam tych samych bohaterów, trudno jest (a przynajmniej mi było !) zorientować się, co się dzieje kiedy. Trzeba zwracać uwagę na daty rozpoczynające każdy rozdział (lub jego część), a kluczowe dla akcji są ich ostatnie dwie cyfry. Może jednak czytelniej byłoby, gdyby książka została podzielona na dwie części ? Wtedy w pierwszej zakończyłby się wątek pieczęci, a druga stanowiłaby tragiczny aneks i epilog wszystkiego, co się tam w tle historycznym działo.

Jak w poprzednich tomach (i poprzednich jej książkach historycznych) nieodmiennie zachwyca mnie kunszt i precyzja, z jaką Zuzanna Orlińska umieszcza swoich bohaterów w realiach epoki i krzyżuje ich drogi z postaciami autentycznymi. I jak zwykle czekam już na to, do jakich czasów zabierze czytelników w swojej kolejnej wyprawie wehikułem czasu.

P.S. Podobnie jak w poprzednich tomach warto jest obejrzeć uważnie wyklejkę końcową, która (podobnie jak ilustracje na okładkach) wyszła spod ręki Marcina Minora.

Zuzanna Orlińska „Sobowtór” (cykl: „Uczeń sztukmistrza” t.3), wyd.: Literatura, Łódź 2022

Truchlin

Truchlin

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2020 w kategorii: przekład !!!

oraz druga część trylogii

Jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu Truchlin był jedną z najwspanialszych dzielnic Pragi. Na dwóch pagórkach pomiędzy dzisiejszym placem Wacława a placem Karola budowano eleganckie domy, sadzono parki i brukowano ulice. Wszystko zmieniło się pod koniec dziewiętnastego stulecia. W całej Pradze rozbłysły pierwsze latarnie elektryczne, na ulicach pojawiły się pierwsze tramwaje, a nad ulicami pierwsze linie wysokiego napięcia. Tymczasem Truchlin z dnia na dzień tracił swój dawny splendor. Kto mógł, przeprowadzał się gdzie indziej, a opuszczone domy zaczęły przyciągać tych, którzy unikali świata lub nie mieli innego wyboru: żebraków, przestępców i dziwaków. Pałacyki i wille niszczały, podwórka i ogrody zarastały chwastami, sklepy jeden po drugim bankrutowały. Czas zatrzymał się na zawsze. Truchlin pozostał ciemny i cichy, niebezpieczny, przesycony tajemnicą i pełen niepokojących opowieści…

Praga to miejsce, z którym wiążą mnie wyłącznie miłe wspomnienia. Ukochane miasto Taty – znał je znakomicie i był kopalnią informacji o zdawałoby się każdym miejscu (przynajmniej w jej historycznym centrum), choć byli tacy, którzy podejrzewali, że je na bieżąco wymyśla 😉 Dawno już tam nie byłam i ciągle mam nadzieję, że uda mi się wrócić…

Kiedy usłyszałam, że jest powieść dla młodzieży z akcją właśnie w Pradze, ucieszyłam się bardzo. Potem dowiedziałam się, że nie do końca tak jest, bo wszystko dzieje się w nieistniejącej naprawdę części miasta i to trochę ostudziło mój zapał. Wyobraziłam sobie, że ten tytułowy wymyślony Truchlin mieści się gdzieś na peryferiach Pragi, gdzie ptaki zawracają, a turyści się nie zapuszczają i tu przeżyłam pierwsze zdziwienie. Vojtech Matocha umieścił tę dzielnicę w samym środku miasta, lokalizując ją bardzo dokładnie, choć w sposób oczywisty nie może jej tam być. Robi to wrażenie, jakby gdzieś pomiędzy dzisiejszym placem Wacława a placem Karola, realna Praga rozsunęła się, wypączkowując z siebie owe dwa pagórki, na których mieści się wymyślony Truchlin. Za drugim razem czytałam obie części cyklu z mapą w ręku, zaznaczając na niej wszystkie punkty realnej Pragi, które tam się pojawiają i myślę, że z dokładnością do 100 metrów jestem w stanie wskazać to miejsce.

Przypomniała mi się moja wyprawa do Pragi tylko z Najstarszą z córek dawno temu. Miała wtedy jakieś 10 lat i przed wyjazdem dałam jej „Pana Samochodzika i tajemnicę tajemnic” czyli ten tom, którego akcja częściowo umieszczona jest właśnie tam. Ona do dziś pamięta, jakim przeżycie było dla niej to, że siedząc na cmentarzu żydowskim czytała sceny, które działy się w tym miejscu. Myślę, że dla obecnych nastolatków, wycieczka po Pradze w celu zlokalizowania Truchlina oraz tych książkowych miejsc, które istnieją naprawdę, może być czymś podobnym.

Truchlin do dzielnica dziwna – czas jakby w niej stanął w miejscu. Nie ma tam prądu, ale nie tylko w sensie braku instalacji. Po prostu prąd tam nie płynie, nawet urządzenia na baterie przestają działać, kiedy przekroczy się niewidzialną granicę, a po powrocie stamtąd znowu funkcjonują normalnie. Nie ma więc też tam wszystkich życiowych udogodnień, które przyniósł XX wiek, że o internecie nie wspomnę. A jednak żyją tam ludzie, zupełnie dobrowolnie wybierając to miejsce do mieszkania. Dlaczego ???

Truchlin do dzielnica dziwna – tajemnicza, ponura, pełna opuszczonych domów, krętych ulic, tajemniczych zaułków i jakby odwracająca się tyłem do przybysza z zewnątrz. Akcja obu części rozgrywa się w porze, kiedy dzień jest krótki, ale może się wydawać, że tam jest zawsze ciemno i nigdy nie świeci słońce. To wrażenie potęgują też ilustracje Karela Osohy, nie tylko dlatego, że są czarno-białe (z przewagą szarości). Widzimy na nich wyraźnie osoby znajdujące się w centrum, ale tło jest nie tylko ciemne, ale też jakieś takie rozmazane, domy zlewają się ze sobą, trudno wyodrębnić szczegóły. Taka mroczna jest też atmosfera tych książek. Dzieją się tam rzeczy, do których nie jesteśmy w powieściach dla tak młodych czytelników przyzwyczajeni. Na 10 stronie pierwszego tomu ginie człowiek, część druga zaczyna się od sceny przejmująco brutalnej, a niebezpieczeństwa które grożą bohaterom są bardzo realne. Truchlin stopniowo odsłania przed nimi swoje tajemnice, a ja jestem bardzo ciekawa jak ta cała historia się w kolejnym tomie zakończy.

Jeśli nasłuchaliście się o złotej Pradze i szukacie kolorowych widoczków rodem z folderów dla turystów, to źle trafiliście. Bohaterowie ani razu nie zahaczają o typowe turystyczne atrakcje tego miasta. A jednak jest w tym, co ich spotyka, sporo z jego ducha, atmosfery, tradycji i legend (szczególnie w drugiej części, która bardzo wyraźnie nawiązuje do historii o Golemie).

No właśnie – bohaterowie. Na okładce pierwszej części mamy ich trójkę, dwóch chłopaków i dziewczynę. To zestaw sprawdzony nieraz, choćby w cyklu o Harrym Potterze czy o Felixie, Necie i Nice. Jirka, En i Tonda są jednak inni. Wbrew temu, co sugerować może okładka, nie tworzą jak tamci zgranego trio, które poradzi sobie w każdych okolicznościach. Wręcz przeciwnie – dość szybko okazuje się, że sytuacja ich przerosła i Tonda mógł się poczuć zdradzony (z wzajemnością). Nie tylko Truchlin jest pełen tajemnic, także nasi bohaterowie ukrywają przed sobą rozmaite rzeczy. Dlatego na okładce drugiej części są tylko En i Jirka i ciekawa jestem, co wydarzy się między nimi w trzeciej, która już ukazała się po czesku, a polskie wydanie zapowiadane jest jesienią tego roku. Na jej okładce, która tym razem nie jest tak ciemna, jak poprzednie i pojawia się na niej światło słoneczne, bo rzecz będzie działa się latem, widzimy samą En, a chłopcy (więc chyba obaj ?) czają się gdzieś w tle, jakby ją śledzili.

W oryginale ten cykl zatytułowany jest „Prašina”. Tłumaczka polskiego wydania Anna Radwan-Żbikowska nie tylko zdecydowała się przetłumaczyć nazwy praskich ulic i placów, ale także interesująco spolszczyła nazwę dzielnicy. Oryginalnie pochodzi ona od słowa prašivý – parszywy, gnijący, więc Truchlin jest trafionym synonimem. Nie udało się jednak oddać szczególnej gry słów, wynikającej z tego, że Prašina brzmi podobnie do słowa: pražska (czyli przymiotnika oznaczającego wszystko co związane jest z Pragą), ale tak to niestety jest z przekładami.

No i oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła okazji do pohistorykowania 😉 O ile to wszystko, co w tych powieściach dzieje się w końcu XIX wieku, jest dobrze wymyślone i mieści się w ramach gatunku literackiego, o tyle trwanie Truchlina przez cały wiek XX już wzbudziło mój opór. Taka odcięta od świata, tajemnicza i rządząca się swoimi prawami dzielnica w samym środku stolicy komunistycznej Czechosłowacji ??? No jakoś nie. Jestem jednak pewna, że nastoletni czytelnicy tych książek, niesieni przez ich karty rwącym nurtem wydarzeń, nie poświęciliby ani odrobiny uwagi moim wątpliwościom. Nic więc już nie mówię, tylko czekam niecierpliwie na ostatni tom tej trylogii.

Vojtech Matocha „Truchlin”, przekł.: Anna Radwan-Żbikowska, ilustr.: Karel Osoha, wyd.: Afera, Wrocław 2020

Vojtech Matocha „Truchlin. Czarny merkuryt”, przekł.: Anna Radwan-Żbikowska, ilustr.: Karel Osoha, wyd.: Afera, Wrocław 2021

Małe Licho i babskie sprawki

Małe Licho i babskie sprawki

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst !!!


Kiedy zakończyło się głosowanie w tegorocznym Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA i poznaliśmy jego wyniki, poczułam się… ciut rozczarowana. Ale tylko trochę 😉 Przyznam, że w kategorii: tekst kibicowałam innym tytułom, które wydawały mi się jakieś takie poważniejsze (żeby nie powiedzieć: ważniejsze), poruszające trudne tematy i niosące ze sobą przesłanie. Tymczasem okazało się, że vox populi przyznał zwycięstwo czwartemu już tomowi cyklu Marty Kisiel o Małym Lichu.

Kiedy ten cykl zaczął się ukazywać, miałam trochę wątpliwości, o których pisałam —>>> tutaj, ale teraz dochodzę do wniosku, że nie miałam racji. Kolejne tomy cieszą się ogromną popularnością i jak widać, czytelnicy nie mają problemu z zawiłościami świata stworzonego przez Autorkę.
Przeczytałam „Małe Licho i babskie sprawki” i chyba zrozumiałam werdykt internautów. Ważne sprawy są oczywiście ważne, ale (szczególnie w ostatnich, nienajłatwiejszych czasach) szukamy także lektur, które nas oderwą od problemów, otulą i ukołyszą. I takie właśnie są te książki 🙂

Zobaczcie sami, zaczyna się tak:
Ostatnie dni sierpnia, choć coraz krótsze, wciąż były ciepłe i beztroskie, słodkie tą późną słodyczą malin, jeżyn i śliwek – trochę cierpką, lecz wyborniejszą niż oczywista słodycz czerwcowych przysmaków. Pachniały mokrą trawą i sokiem z czarnego bzu, a smakowały złocistorubinowym kompotem z jabłek, rabarbaru i brzoskwiń o zamszowej skórce. Czyli dokładnie tak, jak koniec lata smakować powinien.
Tymczasem jesień już nadciągała, cicho i niepostrzeżenie. Rozsnuła się po świecie pasmami porannej mgły, rozproszyła kroplami rosy na trawniku, rozedrgała wieczornym chłodem, który przypominał wszystkim nie tylko o cudownym wynalazku zwanym kocykiem, ale też jakoś tak naturalnie skłaniał człowieka do szukania w szufladzie dawno zapomnianych skarpetek…

Prawda, że wciąga ???

Marta Kisiel umie pisać pięknie, malować słowami obrazy tak, że czujemy się tak, jakbyśmy byli tam, gdzie jej bohaterowie. Równocześnie tworzy postaci wyraziste, jedyne w swoim rodzaju, opisuje je soczyście, a za ich dialogami czasem trudno nadążyć. W tym tomie moimi absolutnymi faworytami są krasnoludki z ich paradygmatem 😉

Kiedy już dotrzemy z nimi do ostatniej strony, zorientujemy się, że wbrew pozorom także tutaj mamy do czynienia z Ważnymi Sprawami. Mimo całego zwariowanego, fantastycznego anturażu, mimo że bohaterowie stanowią baśniowo – ludzki miszmasz, mimo że dzieją się tam rzeczy, o których się filologom nie śniło, „Małe Licho i babskie sprawki” to książka o dorastaniu, o pierwszej miłości i o granicach, które każdy ma i których inni (szczególnie dorośli) nie powinni przekraczać.
Nawet jeśli są rodzicami. I nawet wtedy (a nawet – szczególnie wtedy) kiedy są rodzicami mocno nietypowymi 😉

Na okładce tej książki znajdziemy takiego blurba Przemka Staronia (przypomnę: jego książka „Szkoła bohaterów i bohaterek” była laureatką Lokomotywy 2020 a kategorii: fakt):
„Małe Licho” jest jak skarbiec literatury, w którym można znaleźć najcenniejsze artefakty. Świetna, wciągająca fabuła ? Jest. Niesamowicie wartka akcja ? Jest. Żywy, dynamiczny, plastyczny i przepiękny język ? Jest. Poczucie humoru ? Jest. Niemoralizująca mądrość, która otula swoją prostotą ? Jest. Do licha, tu jest wszystko, czego od książki oczekuje czytelnik i czytelniczka.

Do tak wyczerpującej opinii ja już nie mam nic do dodania 🙂


Marta Kisiel „Małe Licho i babskie sprawki”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2021


Kwiat paproci; Szklana góra; Dziwożona

Kwiat paproci; Szklana góra; Dziwożona

czyli trzy pierwsze z siedmiu napisanych przez Roksanę Jędrzejewską-Wróbel i zilustrowanych przez Mariannę Oklejak baśni, składających się na cykl Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane. Kolejne dwie ukażą się jesienią, a ostatnie w przyszłym roku.

Serię wydaje Wydawnictwo Bajka, a jego szefowa Katarzyna Szantyr-Królikowska we wstępie do towarzyszącego jej katalogu tak wyjaśnia powody, dla których ona powstała:

W 2017 roku w czasopiśmie „Science” opublikowano badania „Gender stereotypes about intellectual ability emerge early and influence children’s interests”, które przeprowadził zespół psychologów z trzech amerykańskich uniwesytetów. Wynika z nich, że już 6-letnie dziewczynki uważają się za gorsze od chłopców – mniej zaradne, mniej odważne, mniej decyzyjne.

Jeden z wielu przeprowadzonych w ramach tych badań eksperymentów polegał na przeczytaniu dzieciom bajki o „pewnej mądrej i dzielnej osobie”, przy czym nie powiedziano, czy to kobieta, czy mężczyzna. Na pytanie o płeć tej osoby wszyscy chłopcy i większość(!) dziewczynek odpowiedziała, że bohaterem opowieści jest… mężczyzna, bo „dziewczyna raczej by sobie nie poradziła. Amerykańskie badania dowodzą, że nierówność płci zaczyna się już w przedszkolu.

W tym katalogu znajdziemy też wywiad, który z obiema autorkami przeprowadziła redagująca całą serię Dorota Koman. Roksana Jędrzejewska-Wróbel opowiada tam:

Zaczęło się od tego, że wielokrotnie pytano mnie, czy zamierzam napisać kontynuację „Siedmiu wspaniałych (…)” czyli współczesne wersje starych bajek. Szukając klucza, pomyślałam o polskich baśniach ludowych. Podczas spotkań w bibliotekach zaczęłam pytać dzieci, czy mówi im coś „szklana góra”, „kwiat paproci, „żelazne trzewiczki”, „woda żywa”. I – ku mojemu zaskoczeniu – okazało się, że nic ! (…) To, na czym ja się wychowałam, okazało się nieznane współczesnym dzieciom. I właśnie dlatego postanowiłam spróbować im te baśnie, a raczej ich symbolikę, przybliżyć. Stąd podtytuł „Baśnie nie dość znane”.(…) Postanowiłam połączyć przeszłość z teraźniejszością, bo bardzo lubię łączyć, szukać punktów stycznych – w ludziach, tekstach, miejscach. I tak powstało „Siedem szczęśliwych” czyli taki literacki upcykling – tkanie nowego wątku na starej osnowie. Tkanina używana, a jednak nowa.(…)

Świadomie zdecydowałam, że bohaterkami wszystkich tych historii będą dziewczynki, chociaż w wersjach oryginalnych są to w większości chłopcy. Uznałam, że skoro całe pokolenia dziewczynek mogły się przez setki lat identyfikować się z chłopięcymi bohaterami, to nic się nie stanie, jeśli teraz karta się odwróci. Nie z chęci odwetu, tylko z naturalniej potrzeby równowagi. Ale oczywiście opowiadania adresowane są do dziewczynek i chłopców.

Szczęśliwa, bo mądra

Baśń tę dedykuję wszystkim, którzy nie czują się szczęśliwi

Była sobie raz dziewczynka imieniem Zosia, która mieszkała z mamą, tatą i psem Farfoclem w niedużym domku pod lasem. Zosia była zwyczajną, zadowoloną ze swojego życia dziewczynką, a to znaczy, że czasem była tak radosna, że miała ochotę skakać do góry, a czasami tak smutna, jakby zawisła nad nią czarna chmura. A to dlatego, że niekiedy życie było dla niej miłe, a niekiedy wręcz przeciwnie…

„Kwiat paproci” to baśń najbardziej unowocześniona z tych trzech, które się już ukazały. Jej bohaterka uwierzyła, że w znalezieniu szczęścia pomoże jej aplikacja w telefonie, ale dość szybko zorientowała się, że jest to (mówiąc kolokwialnie) ściema i naciąganie na zakupy. Zrozumiała też, że szczęście to nie jest coś, co można zdobyć (ani tym bardziej kupić), bo polega ono na zauważeniu tego, co się ma i cieszeniu się tym, a także na dzieleniu się z innymi. Szczęście to decyzja, trzeba mieć tylko odwagę, żeby ją podjąć.

Szczęśliwa, bo odważna

Baśń tę dedykuję wszystkim, którzy się boją

Była sobie raz dziewczynka imieniem Hania, która wszystkiego się bała. (…) Dlatego życie dziewczynki było trudne, a ona sama smutna i nieszczęśliwa, bo nigdy nie robiła tego, na co naprawdę miała ochotę…

W tej wersji „Szklanej góry” uderzyły mnie dwie rzeczy, których nie było w dawnej, męskiej wersji tej baśni. Po pierwsze (i jest to bardziej znak czasu niż kwestia płci, choć nie do końca) – strach przed światem, który odczuwa bohaterka, jest w dużym stopniu indukowany jej przez mamę. I to właśnie ona, choć przedtem nadmiernie ostrożna, jako pierwsza musiała przełamać swój strach, że nie zatrzymywać córki, kiedy zdecydowała się wyruszyć. To bardzo ważna lekcja dla rodziców i dobrze byłoby, gdyby te baśnie czytali razem z dziećmi.

Po drugie – w swojej wędrówce na Szklaną Górę Hania wcale nie pozbywa się strachu, bo też nie na tym polega odwaga ! Odwaga to nie znaczy brawura ! Mądrze używany strach pomaga uniknąć prawdziwych niebezpieczeństw, ostrzega i mobilizuje. Tylko patrząc mu prosto w twarz jest się naprawdę odważnym.

Szczęśliwa, bo wolna


Baśń tę dedykuję wszystkim, którzy boją się być sobą

Była sobie raz dziewczynka imieniem Madzia, bardzo grzeczna i bardzo uśmiechnięta. Uśmiechała się od rana od wieczora i od wieczora do rana. Tak, tak ! Czasami uśmiechała się nawet w nocy. Można więc powiedzieć, że uśmiech nigdy nie schodził z jej ślicznej buzi…

Nie znałam wcześniej Dziwożony, nie trafiłam na nią w żadnych baśniach, ale paradoksalnie ta bohaterka rodem z ludowych opowieści podhalańskich i czeskich bardzo wpisuje się we współczesny ruch body positivity. Ta historia uczy, że jesteśmy w porządku tacy, jacy jesteśmy i nie znajdziemy szczęścia usiłując wpisać się w cudze oczekiwania. Każdy z nas ma swoją własną drogę. Szukając jej wolno się zgubić, popełniać błędy. Nic nie szkodzi ! Błędów nie popełnia ten, kto niczego nie próbuje.

Ilustracje Marianny Oklejak znakomicie dopełniają to, co napisała Roksana Jędrzejewska-Wróbel. Cała seria jest bardzo starannie domyślona. Każda z bohaterek jest inna, każda część ma inną gamę kolorów i swoje motywy, dopasowane do nastroju opowieści i odróżniające ją od pozostałych.

Szkoda, że na kolejne tomy z tej serii musimy czekać do jesieni. Ale może to i dobrze ? Przyjemność czytania, odkrywania i smakowania tych pięknych i mądrych baśni będzie trwała dłużej 🙂


Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Kwiat paproci” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2022
Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Szklana góra” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2022
Roksana Jędrzejewska-Wróbel „Dziwożona” („Siedem szczęśliwych. Baśnie nie dość znane”), ilustr.: Marianna Oklejak, wyd.: Bajka, Warszawa 2022

Mały atlas kotów (i kociaków) Ewy i Pawła Pawlaków

Mały atlas kotów (i kociaków) Ewy i Pawła Pawlaków

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: Od A do Z !!!

Oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

To już czwarty atlas (po wcześniejszych: ptaków, motyli i zwierzaków) który stworzyła ta wspaniała małżeńska spółka autorska. Wszystkie zachwyty, które dotyczyły poprzednich, tu także maja zastosowanie. I jak za każdym razem nasuwa się pytanie – o czym będzie następny ? Nie wątpię w to, że niebawem się dowiemy 😉

Różni się on od poprzednich doborem bohaterów. W tamtych byli oni anonimowi i znani autorom raczej z daleka, można nawet powiedzieć, że niektórzy przelotnie – tutaj natomiast mamy do czynienia z domownikami.

Choć koty od tysiącleci żyją u boku człowieka, zachowują niezależność, poczucie własnej godności, a także cale mnóstwo sekretów. Przespacerujmy się więc – jeśli nam na to pozwolą – tajemniczymi kocimi ścieżkami.

Ewa i Paweł Pawlakowie są kociarzami od dawna. Nieraz dawali temu wyraz w swojej twórczości, ale najmocniej ujawniło się to w wydanej kilkanaście lat temu książce „Ja, Bobik, czyli prawdziwa historia o kocie, który myślał, że jest królem”.

ilustracja z książki „Ja, Bobik”

Jej bohater już niestety bryka sobie za Tęczowym Mostem, ale nie mogło go zabraknąć także w tym atlasie – razem z innym kocimi współlokatorami Autorów oraz ich znajomych. Na okładce książki jest (bardzo ciekawa !!!) lista osób, które udostępniły im zdjęcia i historie swoich kociaków, żeby mogły się one na jej kartach znaleźć.

Powstała fascynująca galeria kocich ras i charakterów odwzorowanych malarsko, rzeźbiarsko oraz wyaplikowanych z materiałów. Są tam także dwie rozkładówki ekstra 😉 Jedna z nich stanowi swoisty słowniczek kociej mowy ciała, a druga opowiada do dalszych i dziko żyjących kuzynach bohaterów. Owe kuzynostwo zostało przez Pawła Pawlaka fantastycznie sportretowane na znaczkach pocztowych – tego jeszcze w tych atlasach nie było !

P.S. Dodać jeszcze muszę, że oprócz ilustracji Autorów są tam też kocie portrety wykonane przez Olę Iwanczewską

„Mały atlas kotów (i kociaków) Ewy i Pawła Pawlaków”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2021

Ewa Kozyra-Pawlak „Ja, Bobik, czyli prawdziwa historia o kocie, który myślał, że jest królem”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2014

Powietrzny żeglarz

Powietrzny żeglarz

czyli drugi (po „Królu myszy”) tom cyklu „Uczeń sztukmistrza”. Oba zostały wyróżnione w konkursie Książka Roku 2021 Polskiej Sekcji IBBY

oraz nominowane w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst !!!

„Uczeń sztukmistrza” to cykl rozpisany na trzy tomy. W takich sytuacjach najczęściej pierwszy służy zawiązaniu akcji i przedstawieniu głównych jej uczestników, a w trzecim wszystkie wątki znajdują swoje rozwiązanie. Drugi tom jest takim pomostem miedzy nimi, rozwijającym zaczęte wcześniej wątki, ale tak, aby niczego nie dokończyć. Tak jest także i tutaj, choć nie można powiedzieć, że w tej części nic się nie dzieje !!!

Już w pierwszej scenie znany dobrze czytelnikom z poprzedniego tomu Antoni Magier znajduje na lodzie pod mostem zwłoki i nie jest to jedyna tajemnicza śmierć, z jaką mamy tu do czynienia. W dodatku wiele wskazuje na to, że te morderstwa są ze sobą w jakiś sposób powiązane…

Na kartach tej części spotykamy oczywiście wszystkich najważniejszych bohaterów, których poznaliśmy w poprzedniej, ale w tle pojawiają się także nowe postaci historyczne. Jest rok 1805, Warszawę opuszczają Prusacy i wkraczają do niej Francuzi pod wodzą marszałka Joachima Murata. Zuzanna Orlińska swoim zwyczajem z rozmachem wplata w akcję osoby, które jej czytelnicy znają ze szkolnych podręczników, więc na końcu nie odmówiła sobie także….

Nie, nie zdradzę, kto się tam we własnej ośmioletniej osobie pojawia. Musicie przeczytać sami 😉

A kim jest tytułowy powietrzny żeglarz ? To znany nam również z pierwszego tomu (i ku mojemu zaskoczeniu będący postacią autentyczną) Jordaki Kuparenko, który naprawdę był pionierem lotów balonowych na ziemiach polskich. Czytelnikom tych książek trudno sobie nawet wyobrazić jakie to wówczas miało znaczenie ! Większość ludzi żyjących w początku XIX wieku nie wspięło się wyżej niż na pierwsze czy drugie piętro budynku, a w najlepszym razie na wieżę kościelną, nie znali więc w ogóle widoku z wysokości. Przypomniała mi się przy tej okazji scena z mojego ukochanego „Pożegnania z Afryką”, w której Karen wspominając pierwszy lot samolotem mówi, że zobaczyła wtedy ziemię, tak jak widzi ją Bóg. A obecnie nawet osoby, które nigdy nie leciały samolotem, doskonale wiedzą, jak wygląda widok z niego. Ba ! wszyscy doskonale wiemy, jak wygląda Ziemia z kosmosu, a przecież tylko nieliczni tam byli. 😉

Dla współczesnych nastolatków, dla których lot samolotem nie jest już niczym szczególnie ekscytującym, ciekawie będzie dowiedzieć się, z jakimi niebezpieczeństwami musieli mierzyć się pierwsi powietrzni żeglarze. I tylko tak się zastanawiam – czy owieczka Jordakiego jest też postacią autentyczną ? Bo jej rola w rozwoju sztuki awiacji jest nie do przecenienia.

No i jak to się wszystko skończy ??? Tajemnic w tej książce wiele, żadna nie doczekała się jeszcze rozwiązania, ale na szczęście ostatni tom cyklu jest już przez wydawnictwo zapowiadany na wiosnę 🙂

A ! I dodam jeszcze, że wyklejka, której autorem podobnie jak w poprzednim tomie jest Marcin Minor, mimo że wygląda na tę samą, tylko różniącą się kolorem tła, przy bliższym zapoznaniu okazuje się byc zupełnie inna 🙂

Zuzanna Orlińska „Powietrzny żeglarz” (cykl: „Uczeń sztukmistrza” t.2), wyd.: Literatura, Łódź 2021

Król Myszy

Król Myszy

Dwie pierwsze części cyklu „Uczeń sztukmistrza” czyli „Król myszy” i „Powietrzny żeglarz” zostały wyróżnione w konkursie Książka Roku 2021 Polskiej Sekcji IBBY w kategorii literackiej !!!

oraz nominowane w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst

Nigdy nie będzie takiej zimy jak ta, gdy się miało dwanaście lat. Kłopot w tym, że kiedy masz dwanaście lat, nie możesz tego wiedzieć. Wydaje ci się wtedy, że ta melodia dzwonków brzęczących u sań na Krakowskim Przedmieściu, że drobne płatki śniegu, trzepoczące jak ćmy w żółtawym świetle ulicznych latarni, że ten mróz szczypiący policzki i cudowny zapach, dochodzący ze straganu kiełbaśnika, obracającego na rożnie kiełbaski, to coś, co powtórzy się za rok i powtarzać się będzie już zawsze…

Jak się pisze współczesną powieść sensacyjną ?

Najpierw trzeba wymyślić, co ma się w niej dziać, całą intrygę od początku do końca oraz zastanowić, jak rozmieścić zwroty akcji, aby utrzymać zainteresowanie czytelnika od początku do końca i nie ujawnić za dużo od razu. Potem trzeba wymyślić bohaterów, tak żeby byli wyraziście, rozpoznawalni, mieli zarysowane charaktery, a w dodatku ci, którzy mają być sympatyczni, rzeczywiście sympatię budzili, w przeciwieństwie do postaci negatywnych. Natomiast realia, w których się to wszystko będzie działo, to bułka z masłem, wystarczy tylko rozejrzeć się dookoła. A potem już tylko wystarczy to napisać…

Zdecydowanie trudniej jest, kiedy chcemy stworzyć sensacyjną powieść historyczną.

Wtedy nie wystarczy tylko wymyślić intrygi i bohaterów oraz zaplanować akcji, trzeba jeszcze zadbać o to, żeby to wszystko było zgodne z realiami. Czyli na przykład – żeby bohaterowie nie przemieścili się za szybko z miejsca na miejsce, chodzili po ulicach miasta, które wyglądają tak, jak wyglądały w ich czasach oraz żeby ubierali się, jedli, żyli zgodnie z ówczesnymi realiami i tak postrzegali świat – to znaczy, żeby ich wiedza ogólna nie wyprzedzała tego, co mogli wówczas wiedzieć. A jeśli jeszcze w dodatku autorowi przyjdzie do głowy wprowadzenie na karty powieści postaci autentycznych – żeby ich obecność właśnie tam i właśnie wtedy była realna, uzasadniona i nie skutkowała czymś, co zmieniłoby bieg późniejszych wydarzeń historycznych. I potem już tylko wystarczy to napisać. Uffff ! 🙂

Są tacy, którzy tego próbują i wychodzi im nie za bardzo, są też tacy, którzy to po prostu potrafią. Zuzanna Orlińska należy do tych ostatnich i IMO jest jedną z najlepszych obecnie osób piszących o przeszłości dla młodych czytelników. W dodatku nie ogranicza się do jednej epoki. Nosiło już ją od lat trzydziestych XX wieku („Detektywi z klasztornego wzgórza”) po średniowiecze („Z Bożej łaski Jadwiga, król”), a tym razem wskazówka jej wehikułu czasu zatrzymała się na roku 1804. Autorka zaprasza czytelników do Warszawy z okresu, o którym rzadko pamiętamy, że był – czyli do czasu między III rozbiorem a utworzeniem Księstwa Warszawskiego, kiedy nasza stolica znajdowała się pod zaborem pruskim. Rozbiory i Warszawa kojarzą się najczęściej z zaborem rosyjskim, ale to przecież nastąpiło dopiero po Kongresie Wiedeńskim.

Na ulicach naszego, pozbawionego wówczas przywileju stołeczności, miasta Autorka skrzyżowała drogi wielu postaci – autentycznych (mniej i bardziej znanych) oraz wymyślonych przez nią. Do tych pierwszych należą na przykład patronujący dziś warszawskim ulicom Antoni Szeliga Magier, Jan Kiliński czy Wincenty Skorochód-Majewski, a także ówczesny urzędnik pruski Ernst Teodor Amadeus Hoffmann, obecnie pamiętany przede wszystkim jako autor „Dziadka do orzechów”. Jest tam także liczne grono Francuzów, towarzyszących osobie, o której możemy przeczytać, że nie było w Warszawie człowieka, który nie wiedziałby, że francuski arystokrata, podający się za hrabiego de Lille, to w rzeczywistości rodzony brat zamordowanego w czasie rewolucji króla Ludwika XVI, brat, który przez zwolenników dawnego porządku uważany był za następcę ściętego władcy i nosił miano Ludwika XVIII. Wiedzieliście, że późniejszy (w latach 1815 – 1824) król Francji mieszkał w Warszawie ??? A Zuzanna Orlińska to wie 😉

Z bohaterami stworzonymi przez Autorkę mam pewien problem, bo nie wiem, kogo naprawdę wymyśliła, a kogo znalazła podczas niezwykle starannej kwerendy, którą poprzedziła pisanie tej książki. Przez długi czas byłam przekonana, że fascynujący Jordaki Kuparenko istniał tylko w jej wyobraźni, ale okazał się postacią autentyczną. Przypuszczam, że wymyśliła Marcina – głównego bohatera przed którym Warszawa nie miała tajemnic, choć wcale nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że był wtedy na Piwnej warsztat szewca nazwiskiem Antoni Michał Zięba i że miał on syna o tym imieniu.

Autorzy piszący powieści historyczne popełniają najczęściej dwa, rzekłabym, przeciwstawne błędy. Bywa, że nie znają wystarczająco realiów czasów, o których piszą i wtedy po prostu nie może im wyjść ciekawa historia. Bywa też odwrotnie – ich wiedza o realiach jest tak duża, że aż szkoda im się nią z czytelnikami nie podzielić w całości i wtedy akcja ginie gdzieś pod tymi ciekawostkami. Zuzanna Orlińska realia zna znakomicie, ale potrafi znaleźć złoty środek w ich opisywaniu tak, żeby czytelnika nie zanudzić. Wręcz przeciwnie ! Tam cały czas dzieją się rzeczy interesujące i zaskakujące.

Nie ma w „Królu Myszy” ilustracji, ale nie mogę nie wspomnieć tu z zachwytem okładki, która znakomicie koresponduje z pierwszym zdaniem tej książki. Wyszła ona spod ręki Marcina Minora. On także jest autorem kończącej książkę wyklejki, na której możemy zobaczyć przegląd ówczesnej mody w kategorii nakryć głowy. Kilkadziesiąt postaci (żeby je policzyć, musiałabym stawiać przy nich jakieś znaczki, a nie zwykłam mazać po książkach 😉 ) i każda inna. A może jakieś się powtarzają ? Ja nie znalazłam. I nie, nie wstawię tu jej skanu, zajrzyjcie do książki ! Na wyklejce początkowej mamy natomiast plan ówczesnej Warszawy autorstwa Mikołaja Kamlera – bardzo przydatny w czasie lektury.

Zaczyna się niewinnie, ale nie dajcie się na to nabrać! Z biegiem stron opowieść się rozkręca, mroczne intrygi i postacie kryją się tylko po to, żeby znienacka wyskakiwać i zaskakiwać nas, czytelników. Kończysz czytanie i pytasz: „No, dobrze, ale co dalej było? Kiedy dalszy ciąg?” Na to pytanie postawione przez Joannę Papuzińską w blurbie na okładce odpowiedź już znamy – drugi tom ukaże się 7 października. To akurat tyle czasu, żeby ci, którzy tego jeszcze nie zrobili, zdążyli przeczytać pierwszy 😉

P.S. Ten drugi tom to jeszcze nie koniec. Będzie trzeci !!! 🙂

Zuzanna Orlińska „Król Myszy” (cykl: „Uczeń sztukmistrza” t.1), wyd.: Literatura, Łódź 2021

Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy

Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: komiks

Barbara Gawryluk jest twórczynią niebywale wszechstronną. Jej półka w Małym Pokoju z Książkami należy do najdłuższych i najbardziej urozmaiconych, mimo że zawiera tylko niewielką część jej dorobku. Stoją tam powieści dla czytelników w różnym wieku oraz książki non-fiction zarówno dla dzieci („Tatry. Przewodnik dla dużych i małych”, których jest współautorką) jak i dla dorosłych (biografia Wandy Chotomskiej oraz „Ilustratorki, ilustratorzy”). Jest też sporo przekładów z języka szwedzkiego i właśnie za te ostatnie została niedawno przez Króla Szwecji odznaczona odznaczona Orderem Gwiazdy Polarnej czyli Nordstjärneorden. Otrzymała go (tu cytat z FB Wydawnictwa Zakamarki) za liczne zasługi na polu promowania i udostępniania szwedzkiej literatury i kultury w Polsce. Odznaczenie przyznawane jest obcokrajowcom, którzy w szczególny sposób zasłużyli się na rzecz Szwecji. (Z tej okazji Odznaczona udzieliła wywiadu swojemu macierzystemu Radiu Kraków w którym, notabene, prowadzi cykliczną audycję ‚Alfabet” poświęconą książkom dla niedorosłych czytelników. Można go posłuchać —>>> tutaj )

Informację o tym odznaczeniu Wydawnictwo Zakamarki zilustrowało zdjęciem obrazującym dorobek translatorski Barbary Gawryluk, a ja pozwoliłam sobie je pożyczyć.

Ten imponujący stosik (jaki stosik ? STOS !!!) powiększył się jeszcze, bo ukazał się właśnie pierwszy tom komiksów z serii „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai”, który zawiera cztery historie – tytułową, w której Lasse i Maja rozwiązują tajemnicę wiecznych awarii automatu do skupu puszek i butelek oraz trzy inne. Zachwyciło mnie użycie przez Tłumaczkę w tytule słowa sabotaż, bo bardzo rzadko się je ostatnio słyszy. Z oznaczenia Komiksy 1 w rogu okładki, dedukuję, że możemy spodziewać się następnych oraz że będzie je także tłumaczyć Barbara Gawryluk.

O kryminałach z serii „Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai” pisałam 12 lat temu —>>> tutaj i przyznam, że od tego czasu nie śledziłam kolejnych tomów zbyt uważnie. Ta seria należała do ulubionych lektur Najmłodszej z moich córek w czasach, kiedy zaczynała czytać samodzielnie. Potem powędrowała do kolejnych czytelniczek w naszej rodzinie i wiem, że dwie z nich mają ją już za sobą, a kolejna właśnie do tego etapu dorasta.

Komiksy z tej serii, które mam właśnie w ręku, mają wszystkie zalety wcześniejszych książek czyli ciekawą, wciągającą akcję i zagadkę, którą mogą rozwikłać czytelnicy z pierwszych klas szkoły podstawowej, różnią się od nich jedynie proporcją, w jakiej pozostają do siebie tekst i ilustracje. Komiksy traktowane są często przez dorosłych jako taki nieco mniej poważny rodzaj literatury, coś gorszego od zwykłych książek, ale niesłusznie !!! Dla początkujących czytelników może to być bardzo dobre doświadczenie, bo zawierają mniej tekstu niż typowe powieści, a duma z przeczytanej samodzielnie książki jest taka sama. Poza tym – świat, w którym żyjemy, jest coraz bardziej zdominowany przez obraz, ale w komiksie jednak nadal są litery. A kto już zaczął czytać, ten ma większą szansę na to, że kiedyś sięgnie z przyjemnością po coś bardziej poważnego.

Reasumując więc: lepiej jest czytać komiksy niż nie czytać wcale 😉

Martin Widmark (tekst), Helena Willis (ilustr.) „Sabotaż w punkcie skupu i inne komiksy”, przekł.: Barbara Gawryluk, wyd.: Zakamarki, Poznań 2021