Małe Licho i babskie sprawki

Małe Licho i babskie sprawki

Książka nominowana i NAGRODZONA w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst !!!


Kiedy zakończyło się głosowanie w tegorocznym Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA i poznaliśmy jego wyniki, poczułam się… ciut rozczarowana. Ale tylko trochę 😉 Przyznam, że w kategorii: tekst kibicowałam innym tytułom, które wydawały mi się jakieś takie poważniejsze (żeby nie powiedzieć: ważniejsze), poruszające trudne tematy i niosące ze sobą przesłanie. Tymczasem okazało się, że vox populi przyznał zwycięstwo czwartemu już tomowi cyklu Marty Kisiel o Małym Lichu.

Kiedy ten cykl zaczął się ukazywać, miałam trochę wątpliwości, o których pisałam —>>> tutaj, ale teraz dochodzę do wniosku, że nie miałam racji. Kolejne tomy cieszą się ogromną popularnością i jak widać, czytelnicy nie mają problemu z zawiłościami świata stworzonego przez Autorkę.
Przeczytałam „Małe Licho i babskie sprawki” i chyba zrozumiałam werdykt internautów. Ważne sprawy są oczywiście ważne, ale (szczególnie w ostatnich, nienajłatwiejszych czasach) szukamy także lektur, które nas oderwą od problemów, otulą i ukołyszą. I takie właśnie są te książki 🙂

Zobaczcie sami, zaczyna się tak:
Ostatnie dni sierpnia, choć coraz krótsze, wciąż były ciepłe i beztroskie, słodkie tą późną słodyczą malin, jeżyn i śliwek – trochę cierpką, lecz wyborniejszą niż oczywista słodycz czerwcowych przysmaków. Pachniały mokrą trawą i sokiem z czarnego bzu, a smakowały złocistorubinowym kompotem z jabłek, rabarbaru i brzoskwiń o zamszowej skórce. Czyli dokładnie tak, jak koniec lata smakować powinien.
Tymczasem jesień już nadciągała, cicho i niepostrzeżenie. Rozsnuła się po świecie pasmami porannej mgły, rozproszyła kroplami rosy na trawniku, rozedrgała wieczornym chłodem, który przypominał wszystkim nie tylko o cudownym wynalazku zwanym kocykiem, ale też jakoś tak naturalnie skłaniał człowieka do szukania w szufladzie dawno zapomnianych skarpetek…

Prawda, że wciąga ???

Marta Kisiel umie pisać pięknie, malować słowami obrazy tak, że czujemy się tak, jakbyśmy byli tam, gdzie jej bohaterowie. Równocześnie tworzy postaci wyraziste, jedyne w swoim rodzaju, opisuje je soczyście, a za ich dialogami czasem trudno nadążyć. W tym tomie moimi absolutnymi faworytami są krasnoludki z ich paradygmatem 😉

Kiedy już dotrzemy z nimi do ostatniej strony, zorientujemy się, że wbrew pozorom także tutaj mamy do czynienia z Ważnymi Sprawami. Mimo całego zwariowanego, fantastycznego anturażu, mimo że bohaterowie stanowią baśniowo – ludzki miszmasz, mimo że dzieją się tam rzeczy, o których się filologom nie śniło, „Małe Licho i babskie sprawki” to książka o dorastaniu, o pierwszej miłości i o granicach, które każdy ma i których inni (szczególnie dorośli) nie powinni przekraczać.
Nawet jeśli są rodzicami. I nawet wtedy (a nawet – szczególnie wtedy) kiedy są rodzicami mocno nietypowymi 😉

Na okładce tej książki znajdziemy takiego blurba Przemka Staronia (przypomnę: jego książka „Szkoła bohaterów i bohaterek” była laureatką Lokomotywy 2020 a kategorii: fakt):
„Małe Licho” jest jak skarbiec literatury, w którym można znaleźć najcenniejsze artefakty. Świetna, wciągająca fabuła ? Jest. Niesamowicie wartka akcja ? Jest. Żywy, dynamiczny, plastyczny i przepiękny język ? Jest. Poczucie humoru ? Jest. Niemoralizująca mądrość, która otula swoją prostotą ? Jest. Do licha, tu jest wszystko, czego od książki oczekuje czytelnik i czytelniczka.

Do tak wyczerpującej opinii ja już nie mam nic do dodania 🙂


Marta Kisiel „Małe Licho i babskie sprawki”, ilustr.: Paulina Wyrt, wyd.: Wilga, Warszawa 2021


Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu

Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: Od A do Z !!!

Pomysł na tę książkę…

pojawił się, gdy patrzyłam na moją nowo narodzoną siostrzenicę, która – opatulona niczym mumia – leżała w łóżeczku i przyglądała się światu. Pomyślałam: „Przed tobą wyjątkowa podróż”. Z jednej strony zazdrościłam jej tych wszystkich wspaniałych, czekających ją rzeczy, z drugiej – współczułam jej z powodu przykrych doświadczeń, które staną się jej udziałem.

I wówczas w pobliżu przejechał samochód. Przekręciła główkę w stronę, z której dochodził dźwięk. Jeszcze nie wiedziała, że nie ma on dla niej żądnego znaczenia.

Gdy po kilku tygodniach znów ją zobaczyłam, nie zwracała już uwagi na odgłosy samochodów. Rozpoczął się nieustanny proces kolejno następujących po sobie: zdziwienia, ewaluacji i selekcji – proces, których chroni nas przed nadmiarem bodźców, żebyśmy mogli kiedyś dotrzeć z punktu A do punktu B, nie podnosząc po drodze każdego pięknego kamienia i nie wskakując do każdej napotkanej kałuży. Aż w końcu jako dorośli przyzwyczajamy się do świata i nawet tak wspaniałe rzeczy, jak góry, pełnia czy miłość – uznajemy za oczywiste. Aby ponownie dostrzec ich wielkość, musimy spojrzeć na nie z innej perspektywy. Książka ta mówi właśnie o tym, jak z biegiem lat zmienia się nasz punkt widzenia – napisała jej Autorka w posłowiu, które jest zdecydowanie dłuższe o tekstu właściwego.

„Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu” to książka, która pokazuje, że każdy wiek przynosi nam coś nowego. W każdym momencie życia poznajemy nowe rzeczy, nowe odczucia, zyskujemy nowe spojrzenie na świat. Heike Faller nie opierała się wyłącznie na własnym doświadczeniu, bo wiekowo jest dopiero gdzieś w połowie zbierania go. Rozmawiała z wieloma osobami w różnym wieku, żyjącymi w różnych miejscach i mającymi za sobą różne przeżycia. Wszystkim zadawała to samo pytanie: Czego nauczyło cię życie ? Odpowiedzi były różne, nie wszystkie oczywiście wykorzystała, ale to właśnie dzięki jednemu z rozmówców pojawiła się tam marmolada z jeżyn, która powraca w tekście jako proustowska magdalenka.

Valerio Vidali zilustrował to w sposób, który nazwałabym ogólnikowym. Trochę schematycznie, bez drobiazgowego cyzelowania szczegółów i bez wyraźnych rysów twarzy, co powoduje, że każdy może zobaczyć w bohaterach siebie samego.

Książka powstała w języku niemieckim, a w nim w drugiej osobie mówimy tak samo, niezależnie od płci osoby, do której się zwracamy. To było problemem polskiego przekładu, ale Iwona Mączka wybrnęła z tego, tłumacząc na zmianę w rodzaju żeńskim i męskim.

Autorka zakończyła swoje posłowie następująco: Z doświadczeniami życiowymi związany jest jednak pewien problem: niewiele nam one mówią, dopóki nie staną się również naszym udziałem. Jednym ze sposobów, by temu zaradzić, jest przeczytanie tej książki z kimś, kto przeżył więcej od nas. I podyskutowanie o tym, co dla niego oznaczają zawarte w książce stwierdzenia. Na przykład przed snem, kiedy rozmawiamy o podobnych sprawach z rodzicami czy z dziadkami. Tak to sobie przynajmniej wyobrażałam.

Podoba mi się ten pomysł i bardzo Was to takiej międzypokoleniowej rozmowy o tej książce zachęcam !

Heike Faller „Sto. Rzeczy, których nauczysz się w życiu”, ilustr.: Valerio Vidali, przekł.: Iwona Mączka, wyd.: Format, Wrocław 2021

Tkaczka chmur

Tkaczka chmur

Książka nominowana i nagrodzona w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: Od A do Z !!!

Oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

Śmierć – oj, nie lubimy tego słowa.

Jest szorstkie. Zgrzytliwe. Krótkie jest jak chwila między czymś, co było zawsze i co znaliśmy, a tym, co się nagle zjawia – zupełnie nowe i inne. Jak szybki wdech, po którym przychodzi długi, trwający miesiące i lata wydech… Za tym słowem wędruje nieprzyjemna, głucha cisza.

Śmierć mamy na wiele sposobów zrytualizowaną i sformalizowaną. W religii, w kulturze. I – w obecnych czasach – jest ona bardzo, bardzo odległa od naszej codzienności. Jesteśmy od niej oddzieleni, odgrodzeni. A przecież – poza narodzinami – jest jedynym co łączy wszystkie żyjące istoty. Nosimy ją w sobie – napisała Katarzyna Jackowska-Enemuo na stronie projektu Nieuchronne nam się zdarzy, którego częścią jest ta książka.

Śmierć jest tematem, od którego uciekamy i staramy się chronić przed nim dzieci. Ale przecież tak zupełnie uchronić ich się przed tym nie da. Nie możemy przewidzieć wszystkiego, co się zdarzy. I chyba zaczynamy to rozumieć, bo pojawia się coraz więcej książek dla niedorosłych, w których ten temat jest obecny. Wśród nominacji w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA znalazły się w tym roku aż cztery – między nimi „Stan splątania” i „Jestem życie / Jestem śmierć” .

Już się nam opowieść przędzie, / Co ma być, to właśnie będzie. / A co będzie, to ma być, / Już się przędzie losu nić.

Spośród wszystkich możliwych śmierci, najtrudniejsza do ogarnięcia jest sytuacja kiedy umiera dziecko. Wydaje nam się, że to zaburza naturalny porządek rzeczy, bo życie powinno trwać aż do starości. A przecież nie zawsze to było takie oczywiste.

Na cmentarzu w podwarszawskiej miejscowości, wśród innych grobów rodzinnych odwiedzam też taki, w którym pochowani są moi pradziadkowie. Oboje umarli w wieku słusznym, ale wraz z nim w tym grobie leży także dwóje z siedmiorga ich dzieci, córka i syn którzy nie dożyli dorosłości. Pochowane są tam także ich zmarłe w dzieciństwie wnuki, bo każde z ich dorosłych dzieci straciło jedno własne. To wszystko miało miejsce mniej niż 100 lat temu, już w XX wieku. Teraz śmiertelność w dzieciństwie jest dużo mniejsza, ale jednak przydarzyło się to Naomi – córce Katarzyny Jackowskiej-Enemuo.

Ta opowieść powstała tuż po śmierci mojej córki. Patrzyłam na jej znajomych i przyjaciół, tych niedużych, dziesięcioletnich, i widziałam, że stoją oko w oko z niepojętym, tak samo jak my wszyscy. Uświadomiłam sobie wtedy, że nie znam żadnej, ale to żadnej historii dla dzieci, która opowiadałaby o śmierci. I o tym, co się dzieje z nami, kiedy zostajemy tutaj po śmierci kogoś bliskiego. Opowieści, w której śmierć byłaby nieuchronnym, choć wcale nie tragicznym zakończeniem. Pomyślałam: A co z dziećmi jeszcze młodszymi, które pojmują świat zupełnie nieintelektualnie ?

Trudno rozmawiać z dziećmi o nieuchronności, śmierci, chorobie, o tym, co wydaje się niesprawiedliwe i zupełnie bez sensu. Trudno rozmawiać z nimi o tym, co dzieje się z człowiekiem, który musi zmierzyć się z takim doświadczeniem. O tym, że zakończenia naszych historii są bardzo różne i nie zawsze jak z bajki. O emocjach, tych najtrudniejszych, które przecież są naturalne – napisała w posłowiu do „Tkaczki chmur”

Jest w tej historii dziewczynka, jest jej brat i są Zorze – takie słowiańskie Mojry albo Parki.

W pałacu Słońca, na samiuśkim końcu świata, mieszkają trzy siostry, trzy Zorze. Pierwsza z nich to Zorza Poranna, co włosy ma płomieniste i purpurową suknię. Druga z nich – Zorza Południowa, warkocze ma złote. Trzecia, najstarsza – Zorza Północna, włosy ma srebrzyste, a oczy ciemne jak noc.

Trzy Zorze ze słonecznego światła przędą nici losu i strzegą ich. Twojej, mojej, waszych… Zorza Poranna przędzie nić, Południowa dba o to, by się nić nie poplątała, by biegła jak trzeba. A Północna w odpowiednim momencie, właśnie wtedy, kiedy trzeba – tę nić przecina – bo nić losu nie ma końca, a bez końca nikt nie może żyć na świecie.

I kiedy rodzi się dziecko, trzy Zorze przychodzą i przędą nić jego życia, i troskliwie ją układają. I każdemu dziecku dają jakiś dar.

Jest w tej historii choroba i wyprawa po środek, który ma ją wyleczyć. W innych baśniach, tych które znałam wcześniej, trud Braciszka zostałby wynagrodzony wyzdrowieniem Siostrzyczki, jednak ta kończy się inaczej. Czy to znaczy, że kończy się źle ?

„Tkaczka chmur” to opowieść o żałobie oraz o towarzyszących jej: smutku, złości i zwątpieniu, ale także o tym, że należy znaleźć w sobie zaufanie do losu i zgodę na to, aby zdarzyło się to, co ma być. Nawet jeżeli wydaje nam się, że bardzo tego nie chcemy…

Złota losu nić ze słońca, / Nitka, która nie ma końca. / Już się nam opowieść tka, / I kończymy – raz i dwa!

„Tkaczkę chmur” przepięknie zilustrowała Marianna Sztyma. Jest w tych obrazach coś takiego, że nie mogę się na nie napatrzeć i za każdym razem znajduję w nich coś nowego. Katarzyna Jackowska-Enemuo powiedziała o nich: Gdy zobaczyłam te obrazy, pomyślałam, jaką niesamowitą wrażliwość ma Marianna. Bo to nie są po prostu ilustracje, to jest cała spójna opowieść. A nie znałyśmy się wcześniej, nie rozmawiałyśmy dużo. (…) Jedyną rzeczą, o którą poprosiłam Mariannę, była zmiana koloru nitki, która jest osnową obrazową całej książki – biegnie przez wszystkie ilustracje. Na początku była błękitna. Wyglądało to bardzo pięknie, ale coś mi się nie zgadzało. Powiedziałam do Marianny: „Słuchaj, ona wygląda jak woda. Jak łza. Ja bym chciała złotą, da się?”. A Marianna mówi: „Zobaczymy”. I zrobiła mi złotą.

Ta niesamowita spójność tekstu i obrazu zdecydowała o tym, że „Tkaczka chmur” została nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA w kategorii: Od A do Z, która jest przeznaczona właśnie dla takich książek totalnych – dopracowanych i dogranych w najdrobniejszych szczegółach. Docenili ją także głosujący internauci. W tym przypadku vox populi spotkał się także ze zdaniem fachowców 😉 bo właśnie te ilustracje znajdą się na Wystawie Ilustratorów podczas Bologna Children’s Book Fair – największego wydarzenia związanego z książką dla młodych czytelników (przynajmniej w naszej części świata). O udział w tej wystawie ubiegało się w tym roku 3873 ilustratorów z całego świata, a zaproszono do niej 78 artystów, w tym dwie Polki – Alę Florę i Mariannę Sztymę. Gratulacje !!!

Warto dodać jeszcze, że książka zawiera nie tylko posłowie Autorki, w którym dzieli się ona doświadczeniem w rozmawianiu z dziećmi o tej baśni, ale także nuty piosenek znajdujących się w jej tekście. Innych piosenek w wykonaniu Katarzyny Jackowskiej-Enemuo, które powstały dla projektu Nieuchronne nam się zdarzy, można posłuchać na jego stronie —>>> tutaj

Jest to także wśród naszych nominacji druga (obok „Stanu splatania”) książka, której autorka związana jest z bardzo ciekawą inicjatywą pod nazwą Instytut Dobrej Śmierci.

Katarzyna Jackowska-Enemuo „Tkaczka chmur”, ilustr.: Marianna Sztyma, wyd.: Albus, Poznań 2021

Mały atlas kotów (i kociaków) Ewy i Pawła Pawlaków

Mały atlas kotów (i kociaków) Ewy i Pawła Pawlaków

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: Od A do Z !!!

Oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

To już czwarty atlas (po wcześniejszych: ptaków, motyli i zwierzaków) który stworzyła ta wspaniała małżeńska spółka autorska. Wszystkie zachwyty, które dotyczyły poprzednich, tu także maja zastosowanie. I jak za każdym razem nasuwa się pytanie – o czym będzie następny ? Nie wątpię w to, że niebawem się dowiemy 😉

Różni się on od poprzednich doborem bohaterów. W tamtych byli oni anonimowi i znani autorom raczej z daleka, można nawet powiedzieć, że niektórzy przelotnie – tutaj natomiast mamy do czynienia z domownikami.

Choć koty od tysiącleci żyją u boku człowieka, zachowują niezależność, poczucie własnej godności, a także cale mnóstwo sekretów. Przespacerujmy się więc – jeśli nam na to pozwolą – tajemniczymi kocimi ścieżkami.

Ewa i Paweł Pawlakowie są kociarzami od dawna. Nieraz dawali temu wyraz w swojej twórczości, ale najmocniej ujawniło się to w wydanej kilkanaście lat temu książce „Ja, Bobik, czyli prawdziwa historia o kocie, który myślał, że jest królem”.

ilustracja z książki „Ja, Bobik”

Jej bohater już niestety bryka sobie za Tęczowym Mostem, ale nie mogło go zabraknąć także w tym atlasie – razem z innym kocimi współlokatorami Autorów oraz ich znajomych. Na okładce książki jest (bardzo ciekawa !!!) lista osób, które udostępniły im zdjęcia i historie swoich kociaków, żeby mogły się one na jej kartach znaleźć.

Powstała fascynująca galeria kocich ras i charakterów odwzorowanych malarsko, rzeźbiarsko oraz wyaplikowanych z materiałów. Są tam także dwie rozkładówki ekstra 😉 Jedna z nich stanowi swoisty słowniczek kociej mowy ciała, a druga opowiada do dalszych i dziko żyjących kuzynach bohaterów. Owe kuzynostwo zostało przez Pawła Pawlaka fantastycznie sportretowane na znaczkach pocztowych – tego jeszcze w tych atlasach nie było !

P.S. Dodać jeszcze muszę, że oprócz ilustracji Autorów są tam też kocie portrety wykonane przez Olę Iwanczewską

„Mały atlas kotów (i kociaków) Ewy i Pawła Pawlaków”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2021

Ewa Kozyra-Pawlak „Ja, Bobik, czyli prawdziwa historia o kocie, który myślał, że jest królem”, wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2014

Tatry. Przewodnik dla dużych i małych

Tatry. Przewodnik dla dużych i małych

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: fakt !!!

Być może słyszeliście kiedyś o Morskim Oku, Kasprowym Wierchu albo Giewoncie. Wszystkie te tajemniczo brzmiące nazwy łączą się z jednym miejscem: z Tatrami. To najwyższe góry w Polsce, które od lat przyciągają tłumy turystów z całego świata. Tatry są także najwyższą częścią Karpat. Leżą na południu Polski, na granicy ze Słowacją. Niemal 78 procent, czyli zdecydowanie większa część Tatr, znajduje się na terenie Słowacji. Pozostała część leży w Polsce – i właśnie polskim Tatrom poświęcona będzie nasza opowieść. Zanim ją rozpoczniemy, warto też wiedzieć, że Tatry dzielą się na Zachodnie, Wysokie i Bielskie. No, to chyba tyle teorii… w końcu nie szykujemy się do klasówki w szkole, tylko na wesołą wycieczkę z mnóstwem przygód ! Gotowi do drogi ? Ruszamy !

Zanim jednak wyruszymy na szlak, musimy się na tę wycieczkę odpowiednio ubrać i spakować niezbędne rzeczy:

Aż trudno uwierzyć, że jest to (jak zapewniają Autorzy) pierwsza książka dla dzieci o Tatrach !!! A nawet jeżeli tak nie jest, to na pewno pierwsza napisana przez taki duet fachowców, bo znakomitej (i nie pierwszy raz o górach piszącej) pisarce towarzyszy były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego i wieloletni ratownik TOPR. Efektem ich współpracy jest książka nie tylko pełna ciekawostek przyrodniczych i krajoznawczych, ale także ucząca szacunku dla gór i ich mieszkańców, pokazująca je w całej, często niebezpiecznej, krasie.

Dowiemy się z niej nie tylko co to jest grań, halny, jakie zwierzęta żyją w Tatrzańskim Parku Narodowym i z czego składa się strój góralski, ale przede wszystkim – jak zachowywać się w górach, aby pobyt tam był dla nas nie tylko przyjemny, ale też bezpieczny.

Ludzie są w Tatrach tylko gośćmi, a góry te są domem wielu zwierząt i dlatego powinniśmy szanować ich spokój. Nie tylko dla ich, ale także dla własnego dobra, bo spotkanie ze zdenerwowanym niedźwiedziem może być niebezpieczne. Paweł Skawiński opowiada tu parę historii, które naprawdę przydarzyły się turystom, którzy z niewiedzy bądź (nie bójmy się tego słowa !) głupoty, zaniepokoili zwierzęta i skłonili je do zachowań, które mogły się dla nich bardzo niemiło skończyć.

Ta książka uczy też ostrożności i uważnego obserwowania pogody. Historie największych tragedii, jakie się w Tatrach wydarzyły w ostatnich latach (piorun na Giewoncie i lawina pod Rysami), pojawiają się tu nie po to, żeby czytelników wystraszyć, tylko żeby zrozumieli, że z tymi górami naprawdę żartów nie ma. Dlatego tak ważne jest odpowiednie przygotowanie, zaplanowanie trasy i uważna obserwacja pogody, która może tam się zmieniać bardzo szybko.

Kreskę Adama Pękalskiego, który zilustrował tę książkę, znałam już wcześniej z leksykonów „Dawniej czyli drzewiej” i „Dzieje się je !” oraz z „Mamy Gęsi”. Wiedziałam już, czego się spodziewać i dlatego nie zdziwił mnie ani rozmach tych ilustracji, ani ich staranność, ani pewna zadzierżystość widoczna choćby w wyrazie twarzy (pyska) niektórych zwierząt.

Szczególnie zachwyciła mnie wyklejka przedstawiająca panoramę Tatr według rysunku Zbigniewa Korosadowicza. Jego nazwisko nie pojawia się w tekście książki, ale warto je wygooglać, bo to postać bardzo interesująca.

Mimo sporych rozmiarów „Tatry. Przewodnik dla dużych i małych” to książka, która oczywiście nie wyczerpuje tematu. Może jednak stać się początkiem pięknej przygody – i z górami, i z książkami o nich.

Barbara Gawryluk, Paweł Skawiński „Tatry. Przewodnik dla dużych i małych”, ilustr.: Adam Pękalski, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021

Toffi

Toffi

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst !!!

Prawie dwa lata temu, w początku marca 2020 roku wybrałam się odwiedzić Najstarszą z moich Córek w Oxfordzie. Spędziłyśmy tam razem cudowny czas, nie przypuszczając jeszcze, że jest to Ostatni Weekend Świata, Który Znamy. Ostatnia wystawa w muzeum zwiedzana bez maseczek 😉 afternoon tea w kawiarni na dachu Ashmolean Museum, różne miejsca związane z Lewisem Carollem, C.S.Lewisem czy J.R.R. Tolkienem, że o dziedzińcu, na którym Harry Potter uczył się latać na miotle nie wspomnę…
Latarnia, którą podobno kiedyś C.S. Lewis zobaczył w śniegu i pierwowzór Pana Tumnusa

Wędrując pomiędzy nimi wstąpiłyśmy na chwilę do księgarni, żeby odpocząć. Zauważyłam wtedy nieznaną mi książkę Sarah Crossan i zaczęłam ją podczytywać. Zainteresowała mnie na tyle, że nabrałam ochoty, aby się z nią zmierzyć w oryginale. To była właśnie „Toffi”.

Już w drodze na lotnisko przypomniałam sobie, że miałam przed wyjazdem wstąpić jeszcze do tej księgarni, żeby ją kupić, ale zapomniałam. Pocieszyłam się jednak tym, że na pewno niebawem ukaże się po polsku, a tymczasem musiałam na nią czekać aż półtora roku. Ale w końcu doczekałam się.

„Tofii” to czwarta książka Sarah Crossan, która ukazała się po polsku, a trzecia z gatunku verse novel. W porównaniu z poprzednimi określiłabym ją jako bardziej fabularną. Jest w niej więcej akcji, zdarzeń, które autorka opowiada, a zdania/wersy i rozdziały są często dłuższe niż w poprzednich takich jej powieściach. Jednak historia, w niej opisana jest równie mocna i przejmująca. Znajdziemy w niej starość i samotność opuszczonej kobiety oraz samotność niekochanego, krzywdzonego dziecka.

Alison i Marla – nastolatka i staruszka, obie samotne na dwóch biegunach dorosłego życia, wyrzucone poza jego nawias. To sytuacja trochę podobna jak w „Stanie splątania” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, ale życie Alison jest zdecydowanie trudniejsze niż było to w przypadku Leny, Marii i Miłosza. Jej Mama umarła zaraz po urodzeniu Alison, a ojciec w trudnych momentach chętnie sięga po przemoc. Dlatego dziewczynka uciekła, a jemu chyba jej nieobecność jest na rękę…

Marla natomiast, inaczej niż Bertand, Eldia i Jarmiła, mieszka we własnym domu, a nie ośrodku. Przychodzi do niej codziennie opiekunka, a syn odwiedza co jakiś czas, ale żadne z nich nie poświęca jej swojej uwagi, nie słucha, po prostu niezbyt chętnie spełniają swój obowiązek.

A tytułowa Toffi ? Tym imieniem, należącym do jej dawnej przyjaciółki, Marla nazwie Alison, kiedy się pierwszy raz spotkają, a ona schowa się za nim, bo tak będzie się czuła bezpieczniej.

Czy to wszystko może się skończyć dobrze ? O tym musicie przekonać się sami, ja tylko uprzedzę, że jak zawsze u tej autorki nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, Będzie bolało, ale warto.

W tegorocznym Plebiscycie Blogerów Lokomotywa, w którym głosować można do końca stycznia, „Toffi” została nominowana w kategorii: tekst. Dwa lata temu „Tippi i ja” – poprzednia verse novel Crossan zdobyła nominację za przekład. Nie znaczy to, że teraz nie doceniamy pracy tłumaczki Małgorzaty Glasenapp, a poprzednio nie doceniliśmy autorki, bo obie są tutaj równie ważne. Autor jest twórcą całej historii, bez niego nie byłoby książki – to oczywiste. Ale rola tłumacza, szczególnie w przypadku literatury dla czytelników niedorosłych, którzy raczej nie sięgną po wersję oryginalną, jest nie do przecenienia.

Sarah Crossan „Toffi”, przekł.: Małgorzata Glasenapp , wyd.: Dwie Siostry, Warszawa 2021

Powietrzny żeglarz

Powietrzny żeglarz

czyli drugi (po „Królu myszy”) tom cyklu „Uczeń sztukmistrza”. Oba zostały wyróżnione w konkursie Książka Roku 2021 Polskiej Sekcji IBBY

oraz nominowane w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst !!!

„Uczeń sztukmistrza” to cykl rozpisany na trzy tomy. W takich sytuacjach najczęściej pierwszy służy zawiązaniu akcji i przedstawieniu głównych jej uczestników, a w trzecim wszystkie wątki znajdują swoje rozwiązanie. Drugi tom jest takim pomostem miedzy nimi, rozwijającym zaczęte wcześniej wątki, ale tak, aby niczego nie dokończyć. Tak jest także i tutaj, choć nie można powiedzieć, że w tej części nic się nie dzieje !!!

Już w pierwszej scenie znany dobrze czytelnikom z poprzedniego tomu Antoni Magier znajduje na lodzie pod mostem zwłoki i nie jest to jedyna tajemnicza śmierć, z jaką mamy tu do czynienia. W dodatku wiele wskazuje na to, że te morderstwa są ze sobą w jakiś sposób powiązane…

Na kartach tej części spotykamy oczywiście wszystkich najważniejszych bohaterów, których poznaliśmy w poprzedniej, ale w tle pojawiają się także nowe postaci historyczne. Jest rok 1805, Warszawę opuszczają Prusacy i wkraczają do niej Francuzi pod wodzą marszałka Joachima Murata. Zuzanna Orlińska swoim zwyczajem z rozmachem wplata w akcję osoby, które jej czytelnicy znają ze szkolnych podręczników, więc na końcu nie odmówiła sobie także….

Nie, nie zdradzę, kto się tam we własnej ośmioletniej osobie pojawia. Musicie przeczytać sami 😉

A kim jest tytułowy powietrzny żeglarz ? To znany nam również z pierwszego tomu (i ku mojemu zaskoczeniu będący postacią autentyczną) Jordaki Kuparenko, który naprawdę był pionierem lotów balonowych na ziemiach polskich. Czytelnikom tych książek trudno sobie nawet wyobrazić jakie to wówczas miało znaczenie ! Większość ludzi żyjących w początku XIX wieku nie wspięło się wyżej niż na pierwsze czy drugie piętro budynku, a w najlepszym razie na wieżę kościelną, nie znali więc w ogóle widoku z wysokości. Przypomniała mi się przy tej okazji scena z mojego ukochanego „Pożegnania z Afryką”, w której Karen wspominając pierwszy lot samolotem mówi, że zobaczyła wtedy ziemię, tak jak widzi ją Bóg. A obecnie nawet osoby, które nigdy nie leciały samolotem, doskonale wiedzą, jak wygląda widok z niego. Ba ! wszyscy doskonale wiemy, jak wygląda Ziemia z kosmosu, a przecież tylko nieliczni tam byli. 😉

Dla współczesnych nastolatków, dla których lot samolotem nie jest już niczym szczególnie ekscytującym, ciekawie będzie dowiedzieć się, z jakimi niebezpieczeństwami musieli mierzyć się pierwsi powietrzni żeglarze. I tylko tak się zastanawiam – czy owieczka Jordakiego jest też postacią autentyczną ? Bo jej rola w rozwoju sztuki awiacji jest nie do przecenienia.

No i jak to się wszystko skończy ??? Tajemnic w tej książce wiele, żadna nie doczekała się jeszcze rozwiązania, ale na szczęście ostatni tom cyklu jest już przez wydawnictwo zapowiadany na wiosnę 🙂

A ! I dodam jeszcze, że wyklejka, której autorem podobnie jak w poprzednim tomie jest Marcin Minor, mimo że wygląda na tę samą, tylko różniącą się kolorem tła, przy bliższym zapoznaniu okazuje się byc zupełnie inna 🙂

Zuzanna Orlińska „Powietrzny żeglarz” (cykl: „Uczeń sztukmistrza” t.2), wyd.: Literatura, Łódź 2021

Wszyscy świętują

Wszyscy świętują

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: obraz !!!

Oraz wpisana na pokonkursową Listę BIS Polskiej Sekcji IBBY

Zanim „Wszyscy świętują” trafiła w moje ręce, byłam przekonana, że będę ją mogła postawić na półce z książkami o Bożym Narodzeniu. Założyłam tak z góry, kierując się tym, że ma świętowanie w tytule i ukazała się w (pojmowanym handlowo) okresie przedświątecznym. Tymczasem akurat o tych świętach nie ma w niej ani słowa ! I chociaż ma 24 części, nie można jej zaliczyć do kalendarzy adwentowych 😉

A gdyby tak wszystko rzucić i wyruszyć w podróż ? Dookoła świata, a jakże ! I niekoniecznie musimy zdążyć w 80 dni. Po co taki pośpiech ?

Zwłaszcza, że codziennie w jakimś miejscu na Ziemi dzieje się coś wyjątkowego: ludzie wkładają barwne stroje, gromadzą się, siadają razem do stołu, czasem tańczą. Domy są przygotowywane do świąt: sprzątane i ozdabiane. W takich miejscach warto się zatrzymać choćby na jedną noc, jeśli nie dłużej. Przygotowałyśmy dla Was plan takiej podróży – napisały we wstępie Autorki tej książki.

Tak, Autorki – bo nie jest to książka Joanny Rzyskiej zilustrowana przez Agatę Dudek i Małgorzatę Nowak czyli Acapulco Studio tylko ich wspólne dzieło, w którym ilustracje są równie ważne jak to, co zapisane zostało słowami. „Wszyscy świętują” ma duży rozmiar i została opracowana graficznie tak, że tekst i ilustracje wypełniają całe rozkładówki, a dzieje się na nich bardzo dużo. Można do nich wracać nie raz i pewnie zawsze znajdzie się coś, co wcześniej zostało przeoczone.

„Wszyscy świętują” to przewodnik po najbardziej oryginalnych tradycjach świątecznych pielęgnowanych w różnych zakątkach Ziemi. Wiele ze świąt, o których opowiadamy, ma bardzo ciekawą historię. Dlatego wpisano je – obok zabytków architektury i pomników przyrody – na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Podróżowanie stało się ostatnio dość skomplikowane. A mimo to życzymy Wam, byście kiedyś wzięli udział w pow-wow w Ameryce, popłynęli smoczą łodzią w Chinach lub zatańczyli na ulicy podczas karnawału w Wenecji lub w Barranquilli. Walizki gotowe ? Nasze już spakowane – kończą swój wstęp Autorki.

Ponieważ niestety nie wygląda na to, żeby sytuacja pandemiczna miała się szybko skończyć, walizki pewnie jeszcze sobie poczekają. Na razie pozostają nam głównie wędrówki palcem po mapie, a dzięki takim lekturom będą one zdecydowanie ciekawsze.

Wszystko mija, czas pandemiczny, w którym przyszło nam żyć, też się prędzej czy później skończy (mam nadzieję, że prędzej !!!) i wtedy już nie trzeba się będzie zastanawiać dokąd tylko kiedy jedziemy 🙂

Joanna Rzyska (tekst) & Agata Dudek, Małgorzata Nowak / Acapulco Studio (opracowanie graficzne) „Wszyscy świętują”, wyd.: Druganoga, Warszawa 2021

Stan splątania

Stan splątania

Książka nominowana w konkursie Książka Roku 2021 Polskiej Sekcji IBBY w kategorii literackiej

i nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: tekst !!!

Roksanę Jędrzejewską–Wróbel znałam dotąd jako autorkę piszącą dla dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Jej wcześniejsze książki to głębokie i mądre historie (jak stosunkowo niedawna „Pracownia Aurory” czy „Jeleń”) na ogół rozgrywające się w anturażu, który określiłabym jako mniej lub bardziej baśniowy. Całą jej półkę znajdziecie —>>> tutaj Dotychczas najbardziej realistyczne (czy też obyczajowe) były historie o Florce – oczywiście pomijając fakt, że tytułowa bohaterka jest ryjówką 😉

Kiedy dowiedziałam się, że napisała powieść dla nastolatków, zdziwiłam się trochę, ale moje zdziwienie urosło jeszcze bardziej, kiedy wzięłam tę książkę do ręki i zobaczyłam jej objętość. Zaryzykuję twierdzenie, że (jeśli wziąć pod uwagę tylko ilość znaków) autorka co najmniej zdublowała nią całą swoją wcześniejszą twórczość. I to z jakim skutkiem !!!

Ta historia poruszyła wiele czułych strun w mojej duszy. Ważną jej częścią jest starość, śmierć i stosunek współczesnego świata do ludzi u kresu życia. Ale nie tylko o nich jest ta opowieść, bo to także gorzkie rozliczenie z życiem obecnych dorosłych i z tym, jak urządzają oni teraźniejszość i przyszłość swoim dorastającym dzieciom.

„Stan splątania” to powieść, która nie ma jednego głównego bohatera, bo jest ich tam… aż sześcioro. Najpierw poznajemy trójkę ósmoklasistów, uczniów renomowanej szkoły niepublicznej, których poza czasem spędzanym w tej samej sali szkolnej, łączy jeszcze miejsce zamieszkania czyli to samo podmiejskie osiedle. Potem łączy ich jeszcze wolontariat w domu seniora, który mieści się niedaleko. Tam Lena, Maria i Miłosz poznają Bertrama, Elodię i Jarminę

„Stan splątania” to bardzo gorzki obraz współczesności. Świat, w którym żyją bohaterowie tej książki, niepokojąco przypomina realia znane z „Dawcy”. Tym bardziej niepokojąco, że mamy tu Polskę teraz, a powieść Lois Lowry to dystopia z akcją nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kiedy, ale zdecydowanie w przyszłości. Lawendowe Wzgórze, osiedle na którym mieszkają nastoletni bohaterowie, to świat zadbany, uporządkowany, bezpieczny i oddzielony ogrodzeniem i szlabanem od wszystkiego, co znajduje się po drugiej jego stronie. To miejsce, poza które się nie wychodzi, najwyżej jedzie samochodem do miasta albo do centrum handlowego. Na osiedlu ma być miło i przyjemnie dla oka, a jeśli coś tę harmonię zakłóca, najlepiej odwrócić wzrok, albo zmienić kanał w telewizorze.

Schowana za wysokim ogrodzeniem i kutą, ozdobną bramą Zaciszna Przystań, gdzie mieszkają Bertram, Elodia i Jarmina, to miejsce komfortowe (i nie tanie). Pensjonariusze mają własne pokoje, do których mogli zabrać własne meble, obrazy, książki, mają opiekę i zajęcia aktywizujące, a jednak trudno powiedzieć, że toczy się tam jakieś życie. Kiedy Lena, Maria i Miłosz przychodzą tam po raz kolejny, wydaje im się, że przez cały zeszły tydzień nic tu się nie zmieniło. Mają wrażenie, że podczas gdy oni pisali testy próbne i sprawdziany, skakali w dal i rzucali piłką lekarską, spóźniali się na korepetycje, tworzyli projekty, uczyli się wzorów, grali na wiolonczeli i komputerze, powtarzali słówka, wyjeżdżali co rano do miasta i wracali z niego wieczorem, rezydenci tego pokoju nie zrobili absolutnie nic. Jakby czas tutaj zastygł w przezroczystą, nieruchomą bryłę i zatopił mieszkańców jak muchy w bursztynie.

Autorka konfrontuje swoich bohaterów (a wraz z nimi czytelników) z tym, z czym dorośli sami sobie nie radzą, więc odsuwają poza pole widzenia i podobnie chronią swoje dzieci – ze starością i ze śmiercią. Nie bez powodu Jarmina mówi w pewnym momencie z goryczą: My nikogo nie obchodzimy. Tracimy wzrok, słuch, zanikają nam mięśni, kości, pamięć. Nie po to nas tu zamknęli, żeby ktoś z nami rozmawiał. Zamknęli nas, żeby nas schować przed światem, bo do niego nie pasujemy, tylko zaśmiecamy krajobraz. Niczego nie produkujemy i przypominamy o niewygodnych rzeczach. Starość zamknięta w komfortowych warunkach, schowana za ogrodzeniem nie przestaje istnieć, trudno także się nią zarazić. To choroba, która rozwija się od urodzenia. Każdy ją w sobie nosi, ale nikt w to nie wierzy, dopóki go nie dopadnie. Więc w zasadzie racja, jest się czego bać. Śmierć jest jedyną pewną rzeczą w życiu i ona także nie zniknie, jeśli się o niej nie będzie mówić.

W tej historii trudna i bolesna jest nie tylko starość trójki bohaterów. Niełatwo jest także nastolatkom, mimo że wydawać by się mogło, że żyją wygodnie i komfortowo. W ich życiu nie ma miejsca na beztroską przyjemność, nie ma miejsca na pasje, co dobitnie i przewrotnie przypomina im wiszące na szkolnym korytarzu motto Moja szkoła – moja pasja. Wszystko jest po coś, wszystko podporządkowane jest walce o punkty, którą mogą przekreślić drobiazgi – zapomnienie o legitymacji na egzamin czy nieodpowiedni długopis. Czarny. Wyłącznie czarny, bo niebieskiego długopisu komputer nie zobaczy i test pójdzie do kosza. Nawet jeśli będzie świetnie rozwiązany. Cały wysiłek pójdzie do kosza, wszystko pójdzie do kosza. Bez czarnego długopisu nie dostaniesz się do dobrego liceum, a bez tego nie masz szans na dobre studia, które przesądzą o twojej karierze i dalszym udanym życiu. Jeżeli więc nie masz kieszeni pełnej czarnych długopisów, najlepiej od razu się zabij.

Dalszym udanym życiu ? Co to w ogóle znaczy ? Czy ich rodzice sami to wiedzą ? Czy ta ich ciągła wspinaczka po szczeblach kariery jak wiewiórki po orzechy dokądś prowadzi ? Czy jest tylko rozpaczliwą walka o to, żeby się utrzymać na powierzchni ?

Wbrew temu, co mogło by się wydawać na podstawie tego, co napisałam, „Stan splątania” nie jest powieścią li i jedynie depresyjną. Mniej więcej 2/3 jej akcji to rzeczywiście gorzki realizm, ale Autorka nie pozostawiła swoich bohaterów (i czytelników) bez nadziei, że jednak może być lepiej. Zapowiadają to zresztą tytuły kolejnych części – Uśpieni, Spotkanie, Przebudzenie i nie, po przebudzeniu nie ma już powrotu do tego co wcześniej, musi być Rewolucja i Wolność.

Wiem, że były osoby, które ten zwrot akcji i zmiana nastroju zaskoczyły i nie do końca przekonały, ale dla mnie to, co tam się potem dzieje było logiczne i konsekwentne…

i w tym miejscu muszą zakończyć, bo nie jestem w stanie napisać o tej książce nic więcej bez spoilerowania, które odebrałoby przyszłym czytelnikom przyjemność lektury. Uważam, że nie jest to książka tylko dla nastolatków, dorośli znajdą tam też wiele dla siebie.

Tych, którzy chcą się dowiedzieć więcej o moich odczuciach i refleksjach z nią związanych zapraszam poniżej zdjęcia.

Roksana Jędrzejewska – Wróbel „Stan splątania”, wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021

To zdjęcie nie jest przypadkowe.

Czytałam „Stan splątania” dwa miesiące po śmierci mojej Mamy, a temat starości i odchodzenia zdominował ostatnich kilka lat mojego życia. Dlatego sceny w Zacisznej Przystani były dla mnie tak bolesne, bo choć Mama do końca była z nami w domu, to jednak nie był to jej dom. Zrozumiałam bardzo dobrze powiedzenie o tym, że starych drzew się nie przesadza. Mimo że nie było innego wyjścia, że Mama się na przeprowadzkę zgodziła, a my staraliśmy się stworzyć jej jak najlepsze warunki, temat jej powrotu do domu pojawiał się do końca.

Mama bardzo chciała też pojechać na swoją działkę. Z różnych przyczyn nie było to możliwe, a ja sama pojechałam tam kilka tygodni po pogrzebie. W tym miejscu, które było tak bardzo jej i Taty, a którego nikt nie odwiedzał przez trzy lata, najboleśniej odczułam odejście Rodziców. Dlatego tak bardzo wzruszyło mnie pragnienie Bertranda, żeby pojechać do jego ukochanego i własnoręcznie zbudowanego domu letniskowego i poczułam wyrzuty sumienia, że jednak Mamy tam nie zabrałam.

A to, co wydarzyło się potem, kiedy tam już dotarli…

„Stan splątania” to nie jest oczywiście pierwsza książka dla młodzieży, w której ktoś umiera, ale chyba pierwsza, w której ten moment jest tak dokładnie opisany. Przeżyłam to sama, więc wiem, jak przejmująca jest cisza, która zapada po ostatnim oddechu i jak silnie odczuwa się nieobecność tej osoby w ciele, które pozostało… Scena śmierci Bertranda jest, myślę, trudna dla młodego czytelnika, ale jest bardzo potrzebna. Przynosi łzy i ulgę jednocześnie.

W całym ciągu zdarzeń, które następują po spotkaniu trzech pokoleń na Lawendowym Wzgórzu, jedyną sytuacją, która mi zgrzyta jest zniknięcie ciała Bertranda, ale pewnie dałoby się to jakoś wytłumaczyć. Myślę jednak, że to dobre wyjście, bo dla nastolatków konfrontacja z wkładaniem ciała do worka do przewozu zwłok mogłaby być zbyt trudna.

Duże wrażenie zrobił też na mnie opis Wigilii – i w domach bohaterów, i w Zacisznej Przystani, wrażenie tak duże, że nadal nie jestem w stanie o tym pisać. Te święta tak odległe i od ich religijnego sensu, i od tego co zwykliśmy nazywać świątecznym nastrojem bolą mnie za każdym razem, gdy sobie o nich przypominam…

Plaster Czarownicy i inne baśnie

Plaster Czarownicy i inne baśnie

Książka nominowana w Plebiscycie Blogerów LOKOMOTYWA 2021 w kategorii: obraz !!!

Nieopodal wielkiego miasta, w domu otoczonym wspaniałym ogrodem mieszkał Stary Pan.

Stary Pan bardzo lubił swój ogród i troskliwie pielęgnował wszystkie rosnące w nim rośliny. Podlewał je, przycinał uschnięte gałązki, spulchniał ziemię i pilnował, aby w ogrodzie nie panoszyły się chwasty i szkodniki. A najbardziej kochał swoje drzewa…

Tak rozpoczyna się opowiadanie „Drzewa w ogrodzie” – moje ulubione w tym zbiorze, któremu towarzyszy moja ulubiona ilustracja. Historia o rodzinie, która po tym jak którejś zimniej, deszczowej jesieni Stary Pan wyjechał w daleką podróż i już nigdy nie wrócił do swojego ogrodu, wprowadziła się do jego domu, skojarzyła mi się z naszą własną sprzed ponad 20 lat. Też kupiliśmy wtedy dom ze starym ogrodem, ale inaczej niż tutaj, to nie rodzice (czyli my) tylko (paradoksalnie) sąsiedzi namawiali nas do wycięcia rosnących tam drzew. Bo to tylko kłopot, liście trzeba grabić, owoce spadają na trawę i gniją, a w ogóle – po co to komu, lepiej mieć ładny trawnik. Nie wycięliśmy żadnego, kilka dożyło dni swoich, jeszcze kiedy tam mieszkaliśmy, a kilka wycięli już nasi następcy. Jednak największe świerki oraz orzech, po którym łaziły moje córki, rosną nadal i cieszą mnie, za każdym razem, gdy tamtędy przejeżdżam.

Nie jestem typową czytelniczką tej książki. Oprócz tej historii o drzewach, bardzo polubiłam też najkrótsze w zbiorze opowiadanie o macierzance. Nie wątpię jednak, że czytelnicy, do których są one adresowane, będą woleli te bardziej typowe – z królewnami, królami, rycerzami, czarownicami i czarodziejami oraz krasnoludkami. Na pewno każdy znajdzie tu swoje ulubione ! To, co je łączy, to przekonanie, że dobro jest silniejsze niż zło, które jest mocne tylko na pozór – jak możemy przeczytać na ostatniej okładce. Warto o tym pamiętać szczególnie w czasach, gdy wolimy hejtować, niż podarować dobre słowo, zwłaszcza komuś, kogo nie lubimy, z kim nam nie po drodze, kto budzi w nas lęk.

„Plaster Czarownicy i inne baśnie” to książka zachwycająca od początku do końca, od deski do deski 😉 Zaczyna się od ilustracji na okładce z małym domem wśród ciemnej nocy – aż chciałoby się usiąść na tej oświetlonej werandzie z książką i kubkiem herbaty ! Z kreską Piotra Fąfrowicza spotkałam się po raz pierwszy wiele lat temu w „Leonie i kotce”. Od tego czasu z radością witam jego prace, gdziekolwiek mogę je zobaczyć. Niestety nie zdarza się to często – tym większa radość z tej książki.

Zachwyt trwa potem nieprzerwanie poprzez uroczą, wiosenną, łąkową wyklejkę, nastrojową ilustrację towarzyszącą kolorowemu spisowi treści (żaden kolor nie został użyty przypadkowo !), aż w końcu wciąga nas świat wyczarowany słowami (czasem rymowanymi) przez Małgorzatę Strzałkowską.

O tym, że Autorka jest mistrzynią słowa pisałam już nie raz, więc nie muszę tego powtarzać. Dodam tylko, że w tym roku została ona uhonorowana przez Prezydium Rady Języka Polskiego tytułem Ambasadora Polszczyzny Literatury Dziecięcej i Młodzieżowej. Jest on przyznawany za wybitne zasługi w krzewieniu pięknej, poprawnej i etycznej polszczyzny i zdecydowanie trafił pod właściwy adres !!!

„Plaster Czarownicy i inne baśnie” po raz pierwszy ukazały się w 2006 roku nakładem wydawnictwa Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza. Zilustrowała je wówczas Maria Ekier. Nie trafiłam wtedy na to wydanie, ale znalazłam kilka ilustracji na stronie ich autorki. Dla porównania:

tak widziała Czarownicę i zajączka z opowiadania tytułowego Maria Ekier

a tak Piotr Fąfrowicz

Nadziwić się nie mogę, jak różnie pięknie można widzieć to samo !!!

P.S. Bardzo lubię ostatnio książki zaopatrzone w zakładkę – wstążkę (tutaj – nieprzypadkowo soczyście zieloną). Rozwiązuje to mój wieczny problem doboru zakładki, która pasowałaby do czytanej książki, a w dodatku pozwala już po przeczytaniu zaznaczyć sobie najbardziej szczególne miejsce w niej, żeby móc do niego bez kłopotu powrócić.

Małgorzata Strzałkowska „Plaster Czarownicy i inne baśnie”, ilustr.: Piotr Fąfrowicz, wyd.: Bajka, Warszawa 2021